Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Casey Watson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Casey Watson. Pokaż wszystkie posty

08:21:00

Casey Watson - Chłopiec, którego nikt nie kochał ( + 18 )

Casey Watson - Chłopiec, którego nikt nie kochał ( + 18 )
Z góry zaznaczam, że książka przez wzgląd na swoją treść nie jest przeznaczona dla czytelników poniżej 18 roku życia. (i recenzja też) 


Jeśli mam być szczera, to chcę mi się rzygać. Tak po prostu i szczerze, w odruchu bezwarunkowym.

Justin jest pięciolatkiem, jego mama narkomanką, a młodsi bracia głodują. Głodują do tego stopnia, że pewnego dnia wchodząc do ich pokoju widzi obraz, który przesądza o dalszych losach całej rodziny - ci dwaj mali chłopcy zdjęli pieluchy i wyjadali ich zawartość, bo nic innego nie było. Więc ten biedny pięciolatek... podpalił dom i psa. Pod nieobecność matki, która i tak nie potrafiła się nimi zająć. Sprowadzając na siebie uwagę dorosłych, którzy dotąd pozostawali głusi i jakby ślepi na to, co dzieje się w ich domu.

Sześć lat później trafił do domu Casey Watson, tak zwanej opiekunki ostatniej szansy, która wraz z mężem postanowiła stworzyć dom zastępczy dla dzieci, z którymi "normalni" opiekunowie sobie nie radzili. Przez ta lata Justin trafiał do dwudziestu różnych miejsc - domów, rodzin i ośrodków - z których szybko był odsyłany dalej. Choć okazji do rozmowy i pomocy temu dziecku było mnóstwo, jego akta wciąż pozostawały puste, co dla rodziny Watsonów stanowiło nie lata trudność w "rozszyfrowaniu" powodów zachowania, z którym nikt do tej pory nie potrafił sobie poradzić.

Nie będę Wam opowiadać fabuły z kilku względów, choć możecie mi wierzyć, że chciałabym opowiedzieć o wszystkim, żeby zwyczajnie to z siebie wyrzucić.

Moje pierwsze spotkanie z Casey miało miejsce już jakiś czas temu, gdzie poznałam inne dziecko "przewijające" się przez jej dom, następne po Justinie. Choć zdecydowanie była to jedna z tego typu książek, która trochę mrozi krew w żyłach, to wywołała we mnie nieco inne uczucia wysuwające się na pierwszy plan - poza, oczywiście, niedowierzaniem i współczuciem dla krzywdy, jaką "matka" jest w stanie zrobić własnemu dziecku. Przede wszystkim, kolejny raz, czuję złość. Przy czym przy pierwszym spotkaniu byłam zła głównie na autorkę-opiekunkę za nieumiejętność udzielenia pomocy i niewystarczające starania - tutaj to ogólna złość na dorosłych, którzy przez bardzo długi czas nie zrobili NIC, żeby tej pomocy udzielić i pewnie gdyby nie rodzina Watsonów, dalej nic by nie zrobili.

"To takie przypadkowe i tragiczne, że dziecko rodzi się w warunkach, które tłumią w nim każdą najmniejszą iskrę potencjału. Przypadkowe i tragiczne, ale miałam nadzieję - do naprawienia, nawet jeśli wywabienie na światło dzienne tego prawdziwego dziecko, ukrytego w środku, to długi i zniechęcające zadanie."

Z tych kwestii przyziemnych, z fabułą niezwiązanych, a tyczących się samej w sobie książki jako tekstu spisanego i puszczonego do druku... Zacznijmy od tego, że brakuje w niej słów. Jest kilka zdań, z których momentami wynika "takie trochę nic", masło maślane, bo brakuje części, o przyimkach to już w ogóle nie wspominając. W pewnym momencie zaczęło mnie denerwować  określenie "dzieciak" w odniesieniu do tytułowego bohatera (bo i w pewnym momencie się pojawiło, na początku był "po prostu" Justinem lub chłopcem). Raz, że nie lubię tego słowa w odniesieniu do dzieci, bo wydaje mi się być lekceważącym a dwa, że ta książka ma 300 stron, z których można byłoby zrobić 200, gdyby skupić się na tym co faktycznie dzieje się w psychice Justina i osób w jego otoczeniu. Przy czym nie zrozumcie mnie źle. Nie męczyłam się czytając i nie uważam, żeby coś tam było mocno niepotrzebne, bo każde z słów w tej książce zamieszczonych tworzy historię tego Chłopca, którego nikt nie kochał. Rzecz w tym, że to historia roku, jaki spędził w ich domu... ale raczej przebłysków tego, co się działo. W większości opisane są sytuacje "przełomowe" - te dobre lub złe - co jest zrozumiałe, ale pomiędzy tym nic nie ma. Justin przyszedł do domu Watsonów mając 11 lat, ani się obejrzałam miał 12 urodziny, aż nagle Casey została babcią (a wydawało mi się, że minęło dużo czasu odkąd Justin z nimi zamieszkał zanim jej córka zaszła w ciążę).

Niemniej poza tymi rzeczami "nieistotnymi" to najważniejszy jest Justin. Zwłaszcza, że przecież ta historia wydarzyła się naprawdę... Dużo w niej opisów. Zarówno tych, które sprawiały, że robiło mi się niedobrze, tych wywołujących złość i łzy bezsilności (mojej, Casey, wcześniejszych opiekunów, pedagogów i opieki społecznej), ale też dużo nadziei. Może to ze względu na to, że to było ich "pierwsze dziecko" (nie pamiętam tego z późniejszych relacji tak dosadnie) i wydaje mi się, że było w niej coś... co mnie trochę złamało. Jak z resztą każda książka z tej serii, jestem przecież człowiekiem.

Polecam, choć może nie dla osób o słabych nerwach.
Opowiadałam o niej wczoraj koleżance (całość fabuły) i uznała, że po pierwsze - nie dziwi się, że nie mogę spać, a po drugie - że nie byłaby w stanie tego czytać. I rozumiem.

Moja ocena: 5/6

14:31:00

Casey Watson - Krzyk o ratunek

Casey Watson - Krzyk o ratunek


Wydawnictwo: Amber
Data wydania: 2013 rok
Liczba stron: 336
Przekład: Julia Wolin
 
Casey Watson jak Cathy Glass opiekuje się najbardziej skrzywdzonymi przez najbliższych dziećmi. Prowadzi dom zastępczy dla dzieci z największymi problemami psychologicznymi i wychowawczymi. Takich, z którymi nikt już nie mógł sobie poradzić. A potem – jak Cathy Glass – opisuje ich historie: jeszcze bardziej tajemnicze, jeszcze bardziej drastyczne i przejmujące.Dziewczynka, która trafia do Watsonów, ma u nich przebywać tymczasowo: jej stała opiekunka przechodzi załamanie nerwowe, Sophia jest u niej od półtora roku, odkąd jej matka uległa tajemniczemu wypadkowi…
Ale od pierwszej chwili Casey czuje niepokój, który stopniowo zamienia się w coraz większy lęk. Sophia wygląda bardziej jak osiemnastolatka niż dwunastolatka. Prowokuje mężczyzn niedwuznacznym erotycznym zachowaniem. Kobietami gardzi. I każdy musi robić to, czego ona chce. Bo jeśli nie, wie, jak sprawić, żeby tego pożałował…
Casey, jej mąż i dorosłe dzieci są najpierw zakłopotani i skrępowani. Potem pojawiają się podejrzenia, że nie powiedziano im wszystkiego. A wreszcie strach – bo nie wiedzą, kim naprawdę jest Sophia: zagubioną dwunastolatką czy Lolitą, dziewczynką z problemami psychicznymi czy wyrachowaną manipulantką, dzieckiem po koszmarnych przejściach czy potworem. Jedno jest pewne: dopóki Sophia mieszka z nimi, nie są bezpieczni…

Tylko Casey, mimo śmiertelnego zagrożenia, nie rezygnuje z walki. Dla niej Sophia to tylko chore, skrzywdzone dziecko. I tylko ona słyszy w jej przerażających czynach rozpaczliwy krzyk o ratunek.


Jakkolwiek brutalnie może to zabrzmieć w kontekście historii tak strasznej, bo przecież prawdziwej... spodziewałam się po tej książce czegoś więcej. Na moją listę Must Read trafiły wszystkie pozycje z serii "Skrzywdzone" z Amber, a pierwsza, z którą się spotkałam to "Nikt nie przyjdzie" Maguire i Garner, które to... emocjonalnie mnie rozbiło. Pamiętam jeszcze jak bolało mnie serce, kiedy tym chłopcom działa się krzywda... I pamiętam, że zaraz na początku, dodając tę książkę do biblioteczki na Lubimy Czytać przeczytałam kawałek recenzji mówiący o tym, że to "najłagodniejsza pozycja z serii".

Tak więc (nie zaczyna się zdania od "tak więc"), tak więc biorąc pod uwagę tamten komentarz, spodziewałam się czegoś, co kolejny raz odbierze mi oddech i przyprawi o stan co najmniej przedzawałowy. Tymczasem... ciężko było mi te słowa czytać, ale z innego powodu.

Sophia jest dzieckiem. Dwunastolatką, której mama w stanie wegetatywnym przebywa w szpitalu po ciężkim, niewyjaśnionym wypadku. Dziewczynką, której wuj - jedyna rodzina wykazująca chęć opieki - odrzuca ją z przyczyn nikomu niezrozumiałych. Nastolatką we wczesnym tego okresu stadium, która nieco odbija się od jednej rodziny zastępczej do drugiej, nigdzie nie mogąc zagrzać miejsca, wciąż spotykając się z brakiem zrozumienia i - dziś już to wiem - zainteresowania.

Do Watsonów trafia po załamaniu nerwowym swojej dotychczasowej opiekunki. Już z początku stwarza pozory niezdyscyplinowanej, rozpieszczonej dziewuchy, która fizycznie jest aż nazbyt dojrzała jak na swój wiek. Nie przypomina bowiem innych dwunastolatek. Jest piękna i na każdym kroku stara się to wykorzystać.

Ale... to już chyba wiecie z opisu, co? Do rzeczy. Ten niepokój, który w związku z przybyciem Sophii czuje Casey przenosi się na czytelnika. Współodczuwanie emocji w przypadków książkowych bohaterów jest zabiegiem pożądanym, ale ja nie jestem pewna czy tutaj to były właściwe emocje. Trzysta stron tej książki to tak naprawdę trzysta stron palenia papierosów i bezradności. Pytań co robić, co dalej, o co chodzi... Rzadziej jak jej pomóc. Odniosłam tutaj wrażenie, że Casey zwątpiła w słuszność decyzji jaką było przyjęcie Sophii pod swój dach, choć ona w rozmowie z mężem zaprzeczyła jego podobnym domniemaniom.

Kolejną rzeczą jest... pochrzaniony system. Inaczej tego nie mogę ująć, wybaczcie. Chodzi mi o to, że opieka społeczna "dała" Watsonom dziecko i umyła ręce, kiedy poszukiwali - najpierw - informacji, a później już zwyczajnie pomocy. Zbywani kolejnym "robię co w mojej mocy" przeżywali koszmar niewiedzy w swoim domu i - tak naprawdę - koszmar strachu o własną rodzinę, kiedy nie mogli już zapanować nad dzieckiem, z którego problemów nikt nie zdawał sobie sprawy.

Wrócę do początku - Sophia jest dzieckiem. Nie przeciętnym, nie jak każde inne. Niemniej jednak jest dzieckiem, które po strasznych wydarzeniach w domu, po braku zainteresowania ze strony matki, dziadków, wuja i opiekunki, która miała stać się jej ostoją, po prostu potrzebuje pomocy. Prawda jest taka, że to biedne dziecko potrzebowało jej już na pierwszej stronie, kiedy dzwoniło po pogotowie widząc wypadek matki. A może, tak uważam, potrzebowało jej dużo, dużo wcześniej. Casey mimo usilnych chęci pomocy, jakie są tutaj niejednokrotnie podkreślone, po prostu nie może jej pomóc. I choć możecie to uznać za spojler (wybaczcie) to chodzi o to, że bez względu na to jak wiele miłości i zainteresowania włoży się w kontakt z drugim człowiekiem - nie można wykluczyć z jego otoczenia specjalistów, bo żadne uczucie nie zastąpi fachowej pomocy i - przede wszystkim - wiedzy, jaką dysponuje psycholog czy psychiatra.

Abstrachując na chwilę od książki nasunęła mi się myśl, kolejny raz z resztą, że choć żyjemy w pozornie otwartym społeczeństwie to mam wrażenie, że ludzie wcale tacy otwarci nie są i każdy PROBLEM psychologiczny jawi im się jak choroba. A to wcale tak nie działa.

"Krzyk o ratunek" to traktat o poszukiwaniu pomocy. Nie przypisałabym temu etykiety "o przemocy", powiedziałabym raczej "o problemach". Tak czy siak, psychologicznie bardzo, bez względu na szufladkę i choć spodziewałam się czegoś innego, czegoś może mocniejszego, to dziś powiem, że emocjonalność tej książki dostrzegam w niej bardziej po odłożeniu niżeli w momencie czytania. Z ręką na sercu, po prostu nie lubiłam Casey.

Nie oceniam, bo nie mam prawa. Życia nie poddaje się ocenie.
Ale polecam, bo warto znać ten temat. (i zagłębić się w niego po skończeniu lektury)