Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Psychologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Psychologia. Pokaż wszystkie posty

22:54:00

Rhiannon Navin - Kolor samotności

Rhiannon Navin - Kolor samotności

Od momentu, kiedy przeczytałam pierwsze zdanie opisu tej książki byłam pewna, że odłożę na rzecz tej pozycji wszystkie inne, choć zalegający na parapecie stosik już dawno skradł bo całkowicie. Parapet, rzecz jasna.

A mimo to bałam się tej książki, głównie z jednego powodu - narracji dziecka, którą łatwiej niż jakąkolwiek inną popsuć choćby jednym, nietrafionym elementem. 

Zach to wrażliwie, pozostawione samo sobie dziecko, które po rodzinnej tragedii stara się poradzić ze swoimi demonami na swój sposób. Niekoniecznie trafiony, ale czego spodziewać się po sześciolatku. Co prawda niejednokrotnie odniosłam wrażenie, że jak na dziecko w tym wieku jest mocno samodzielny, trzeźwo myślący i dojrzalszy niżeli powinien być taki chłopiec. Ale może to kwestia tego, że kiedy rodzice sami nie radzą sobie ze sobą, dziecko w pewnym sensie musi dojrzeć, by zadecydować o sobie, choćby na niewielkiej płaszczyźnie.


Tego dnia sześcioletni Zach powinien był zostać w domu. Do jego szkoły wpadł uzbrojony napastnik i zabił dziewiętnaście osób, w tym Andy’ego, starszego brata Zacha. Dręczony przez koszmary chłopiec nie może liczyć na wsparcie najbliższych. Pogrążeni w żałobie i skupieni na własnym cierpieniu rodzice na ogół zbywają go niecierpliwym: ”nie teraz”. Osamotniony Zach odnajduje sposób na wyjście z traumy. Ucieka w świat wyobraźni - czyta i maluje, co pomaga mu zrozumieć i uporządkować własne uczucia. Odnajduje też sposób, jak pomóc najbliższym i sprawić, by przestali się zasklepiać w cierpieniu. On po prostu chce, by znów było jak kiedyś. 

Po kilkudziesięciu stronach podzieliłam się z Kimś myślą, że to chyba najlepsza książka, jaką wzięłam do ręki w tym roku i choć staram się być w tych osądach - zwłaszcza kiedy chodzi o książki - mocno ostrożna, mogłabym długo dyskutować na temat tego, kiedy ostatni raz spotkałam podobnie wciągającą opowieść osadzoną na gruncie psychologicznym, która nie pochodzi z serii Skrzywdzonych czy Prawdziwych historii. Choć z drugiej strony - łączy je jedynie tematyka, bo sam sposób przedstawienia tej historii jest zupełnie inny, abstrahując nawet od dziecięcej narracji. Kolor samotności to emocjonująca, chwytająca za serce opowieść rodziny, która rozbita po stracie dziecka i brata próbuje ułożyć sobie życie. Albo - może inaczej - uświadomić sobie, że tak naprawdę to życie toczy się dalej, choć zabrakło w nim jakże istotnego elementu, Andy'ego.

Jak to zwykle bywa, nie chcę powiedzieć zbyt wiele, więc po prostu zamilknę. Na koniec jeszcze jedno - uważam, że jest to jedna z tych książek, z którą każdy powinien się zapoznać. Zwłaszcza, jeśli jest lub planuje zostać rodzicem. Choć nie tylko. 

Mocne 6/6. Nie pamiętam, kiedy ostatnio oceniłam tak cokolwiek.


19:42:00

Nina Reichter - LOVE Line

Nina Reichter - LOVE Line

Ach, Nina! 

Przy okazji trylogii Ostatniej Spowiedzi wspomniałam Wam, że mam do tej autorki ogromny sentyment. Od niej de facto zaczęła się moja przygoda z internetowymi opowiadaniami, przez nią swego czasu przepłakałam niejedną noc przed szklanym ekranem i - choć robiłam to na długo przed Spowiedzią - trochę dzięki tamtej właśnie powieści sama zaczęłam pisać (dłuższe formy). Kiedy myślę o tej autorce wciąż mam przed oczami Toma, którego kochałam tak bardzo całą sobą... 

Ale LOVE Line już takie nie jest. OS zawsze pozostanie dla mnie opowiadaniem pełnym emocji i choć gratulowałam Ninie nie raz oprawienia jej w okładkę, dla mnie zawsze pozostanie niedoskonałością publikowaną w sieci co kilka(naście) dni, spędzającą mi sen z powiek (dalej mam na laptopie folder z tamtą muzyką!). Dlatego też sięgając po LL rok (!) temu, ale również wracając do niej dzisiaj, miałam mieszane uczucia. Żeby nie powiedzieć, że ponownie złamane serce... 

Wiem, za dużo w tym wstępie emocji i sentymentów. Wybaczcie mi to, ale gdybym nie powiedziała tego na początku, moje odczucia względem LOVE Line byłyby niepełne. 

Bethany McCallum jest dziennikarką, której przyszło opowiedzieć o środowisku PUA - trenerów podrywu. Matthew jest nikim innym, jak byłym trenerem i pomysłodawcą audycji radiowej chwytającej za serce miliony Amerykanek - w tym, trochę przez przypadek, Beth. Poznali się przypadkiem, dawno temu, a następnie - przez jeszcze większy przypadek - trafili na siebie po latach. A później, przypadkiem... 


Wierzycie w przypadki? Z jednej strony trochę ich tutaj za dużo, z drugiej jednak LOVE Line nie jest schematyczną powieścią romantyczną rozciągniętą na 500 (!) stron, w tym o dwieście pięćdziesiąt za dużo (często mam takie odczucia w przypadku zbyt długich form). Nic z tych rzeczy. Gdyby sięgnąć po LL zaraz po OS da się zauważyć przeskok dojrzałości. To jest trochę tak, jakby na oczach czytelników dojrzał autor. Tworząc powieść już nie tylko dla młodzieży, wypełnioną nie tylko miłością, ale toną psychologii, ambicją i ideałami doroślejszymi niżeli w przypadku poprzedniczki. 

Czytałam tę książkę "na raty" i ilekroć sięgnęłam po nią ponownie utwierdzałam się jedynie w przekonaniu, że charakterystycznym dla autorki jest sposób przedstawienia postaci kobiecych - ich nie da się kochać. Są irytujące, podejmują decyzje, które rodzą pytanie "dlaczego!", ale wbrew pozorom, właśnie dzięki temu, są autentyczne i takie... ludzkie. 

Nie będę opowiadać fabuły, bo uważam, że warto zapoznać się z nią samodzielnie. A piszę o tej książce nie przez przypadek - już 25 października premierę będzie miała druga część LOVE Line, o której obiecuję opowiedzieć Wam wcześniej niżeli za rok :) 

Czytaliście?

19:28:00

Żona

Żona


Dramat to zdecydowanie mój faworyt wśród gatunków filmowych.

Po prawie 40 latach małżeństwa, Joan i Joe Castlemanowie (Glenn Close i Jonathan Pryce) stanowią uzupełniający się wzajemnie duet. Joe lubi brylować, Joan jest nieśmiała. Joe nie przykłada wagi do ubioru, Joan jest zawsze elegancka. Joe jest nieco próżny, Joan skromna. Joe pławi się swoją publiczną rolą jednego z Wielkich Amerykańskich Powieściopisarzy, Joan tymczasem dzieli się swym intelektem, wdziękiem i dyplomacją z prywatnym życiu, spełniając się jako Żona Wielkiego Pisarza. To ona dba o dom, kontakt z dorosłymi już dziećmi, pamięta, by Joe zażył lekarstwa o określonej porze. To prawda, zdarzają jej się gorsze chwile, ale jej naturalna godność i poczucie humoru pozwalają pozostać tym momentom w ukryciu. Rok 1993, Joe dowiaduje się, że jego literacki dorobek zostanie uhonorowany literacką Nagrodą Nobla. Jego gwiazda rozbłysła, kiedy poznał Joan w późnych latach pięćdziesiątych XX wieku. Był wtedy jej (żonatym) nauczycielem. Film zestawia historię pary z ich niezwykłą młodzieńczą pasją i ambicjami oraz portretem tych samych ludzi trzydzieści lat później. Z całym dorobkiem kompromisów, sekretów, zdrad, ale i niezwykłą wzajemną miłością. W drodze do Sztokholmu małżeństwu towarzyszy syn David (Max Irons), aspirujący pisarz, który uważa, że matka nie docenia swego wkładu w karierę męża. A to nie jedyny gość towarzyszący tej podróży. Jest z nimi również Nathaniel Bone (Christian Slater), dziennikarz pracujący nad biografią Castlemana – autoryzowaną lub nie.*

Żona to film ukazujący relację długoletniego małżeństwa opartego... chciałoby się powiedzieć "nie tylko na miłości". Nie chcę tutaj spojlerować, ale to bardzo oględne stwierdzenie. Joe to kawał pajaca bez pomysłu na siebie, który widząc za młodu potencjał jednej ze swoich studentek postanowił wykorzystać jej talent, znajdując oparcie w jej umiejętności redagowania swoich (niezbyt dobrych tekstów). Czterdzieści lat małżeństwa i tej literackiej współpracy przyniosło Joe kilkanaście bestsellerów i nagrodę Nobla, a Joan... cóż, poczucie życia przeciekającego między palcami.

Nie chcę zdradzić za dużo, więc lepiej się przymknę. Ale - polecam!



 * źródło: filmweb
źródło zdjęć: grafika google

08:02:00

Nieposłuszne

Nieposłuszne

Ileż to razy wspomniałam Wam już, że lubię trudne treści? Czy to książek (o których - wiem - stanowczo za mało piszę ostatnimi czasy), czy filmów. Skupiam na nich swoją uwagę z kilku względów, które sprowadzają się głównie do braku czasu i siły na czytanie. Wiem, wiem! Z tym brakiem czasu to zawsze jest tak, że mamy go na dane rzeczy tyle, ile chcemy znaleźć... No cóż, rzucę jednak ten kamień - nie chce mi się. Ot co. 

Nieposłuszne to kolejna kinowa propozycja (która wyszła z kin zanim zebrałam się do tego, by cokolwiek o niej opowiedzieć), opowiadająca historię konserwatywnego żydowskiego środowiska, z którego Roni wyrwała się za młodu, a do którego wraca w momencie otrzymania wiadomości o śmierci ojca, z którym od dawna nie utrzymywała kontaktu. Zderzenie jej otwartego świata ze społecznością, w której nie ma miejsca na konwenanse zdaje się dotkliwe nie tylko dla niej, ale również dla widza.


Odniosłam podczas tego filmu wrażenie, że osoby niezorientowane i nie znające żydowskich tradycji (w tym z resztą ja sama), nie będą w stanie do końca zrozumieć, o co im naprawdę chodzi. Im - bohaterom, tkwiącym w przekazywanych od pokoleń przekonaniach. Możemy patrzeć na nich "swoim okiem", nie rozumieć i niekiedy nawet denerwować się na tę wszechobecną szarość życia i zabijającą wewnętrzne pragnienia rutynę, ale... każdy z nas został przecież osadzony w jakichś ramach. Tyle, że (zazwyczaj!) mniej wyraźnych. 

Nieposłuszne to taki film, o którym pierwotnie w tym zdaniu chciałam napisać "trudny", a z drugiej strony zastanawiam się w tej chwili czy bardziej trudny, bo niezrozumiały dla wszystkich czy może jednak zbyt oględny. Niemniej jednak, to dobra pozycja, której ocen na filmwebie (co ja mam z tym filmwebem?) trochę nie rozumiem. 

źródło zdjęć: grafika google 


20:24:00

Julia Samadi - Słońce Tebrizu

Julia Samadi - Słońce Tebrizu

Czytałam w życiu kilka książek o tematyce miłości polsko - arabskiej i choć skłamałabym mówiąc, że jestem tym zafascynowana, a każda kolejna tego typu pozycja niesie za sobą nowe, niespodziewane wydarzenia... chętnie sięgam po kolejne. Z pełną jednak świadomością tego, że wszystkie te historie oparte są na podobnym schemacie, który - gdyby czytać zbyt wiele pozycji po sobie - mógłby się w pewnym momencie zbyt mocno wryć i po prostu znudzić. 

Wydaje mi się, że czytając pierwszy z opisów Słońca Tebrizu czułam, że to jednak inna historia. 

Julia jest ciężarną żoną Adama - niebieskookiego blondyna, który za żoną i nienarodzonym jeszcze dzieckiem poszedłby najpewniej w ogień bez mrugnięcia okiem. Ot, małżeńska relacja. Urlop za miastem, piękne okoliczności przyrody, hamak w zielonym ogrodzie, śpiew ptaków, błogi sen... i widmo przeszłości, które wraca coraz częściej. Widmo czarnych oczu patrzących z miłością, w których jej własne zatapiały się przez lata, choć widziały je ledwie dwa razy. Ale topić się można i zakochać nie w gestach a słowach, nie tyle w człowieku, co w osobowości. I trochę tak było. Trochę, to za mało powiedziane. 

Julia poznała Madżnuna przypadkiem. Miała piętnaście lat, dostęp do sieci i inne od pozostałych uczestników forum zdanie na temat poruszonego pewnego dnia wątku muzycznego. I kiedy chciała się nim podzielić, kiedy przed opublikowaniem zobaczyła, że wyjął jej słowa z ust, zamiast na forum - napisała do niego. Nie wiedząc kim, skąd i jaki jest. Był po prostu podobny, ciekawy, intrygujący. Tak inny, choć tak bardzo podobny do niej samej. I jakoś to poszło. 

Słońce Tebrizu to najprościej mówiąc opowieść o przeszłości, której nie da się zostawić za sobą. O miłości, która w pewien sposób nas ściga i o tym, że dawne pragnienia nie umierają. O tym, że uczucia nie gasną z upływem czasu i tym, że - jak to kiedyś napisano w sieci - to nie czas rozdziela ludzi, tylko brak miłości. 

Jest to opowieść prowadzona na kilku płaszczyznach - teraźniejszości, w której Julia jest dorosłą kobietą, żoną i matką, borykającą się z przeszłością (choć nie jestem do końca pewna czy "borykająca się" to dobre określenie, najpewniej nie), nastolatki, w której rodzi się uczucie i kogoś pomiędzy - dziewczyny, która kocha, choć jest to uczucie dla niej i jej otoczenia wysoce niezrozumiane. Bo jak to tak, na odległość, na przekór kulturze, pochodzeniu? 

Przyszło mi na myśl, by napisać tu - "fajny sposób przekazu", ale wydaje mi się to być zbyt infantylne w kontekście tej naszpikowanej emocjonalnością powieści. W dodatku! Na samym wstępie możemy przeczytać krótką historię tytułu i dowiedzieć się, że jakkolwiek niemożliwym by się to wydawało - ta historia wydarzyła się naprawdę. 

Zdecydowanie jest to jedna z tych powieści, która zmusza do myślenie i głębokich oddechów. Ale warto. Polecam.

13:26:00

Joanna Chodak - Liczone w latach

Joanna Chodak - Liczone w latach
 
Zbieram myśli od kilku dni i chcę Wam powiedzieć na wstępie, że od dawna o żadnej książce nie mówiło mi się tak ciężko, jak będzie w tym przypadku. 

Anka to 25-latka z Wrocławia, pracownik korporacji, która - jak większość pracowników takich miejsc - nienawidzi jej tak mocno, jak kocha. Mieszka z dwiema przyjaciółkami, wychodzi do klubów, czasem szuka przygód - żyje. Niby nic dziwnego, nic nadzwyczajnego, takie prawo wieku, mogłabym powiedzieć. Ale poza tym Anka ma w sobie coś jeszcze, pewną tajemnicę, swoją przeszłość i... 


Relację, która rozrywa jej serce. Która rozerwała je kiedyś, tysiąckroć, na tysiące milionowych kawałków. Z radości dnia codziennego przebijają się łzy dawnych strat i niespełnionych obietnic, a ona - choćby naprawdę chciała - nie potrafi wyrzucić GO ze swojego życia. Anka jest młodą kobietą, jakich na świecie tysiące. Tyle, że Anka ma JEGO, w każdej minucie swojego życia, nawet jeśli od półtora roku nie zamieniła z NIM choćby jednego słowa. 

Są tacy ludzie i są takie relacje, które żyją mimo upływu czasu. Których nie rozdzielają kilometry i niedopowiedzenia, które z jednej strony możemy określić - cytując za Zeusem - im jesteśmy bliżej, tym jesteśmy dalej, a z drugiej strony takie, które po wielu latach dalej będą żywe, dalej gdzieś ubodną, choć z upływem czasu przestały trząść się ręce... 

Nie chcę powiedzieć zbyt wiele. Liczone w latach to naszpikowana emocjami opowieść o poszukiwaniu siebie, o rozprawianiu się z demonami przeszłości, o relacjach kształtujących osobowości. To historia młodej kobiety, która kocha do utraty tchu. Historia pełna dumy, pełna niedopowiedzeń, pełna obietnic w oczach i iskierek rozświetlających najciemniejsze noce. Historia, która wpisuje się w człowieka.


11:17:00

Sonia Belasco - Mów do mnie

Sonia Belasco - Mów do mnie
 
Trochę to trwało, ale jest ze mną dzisiaj "Mów do mnie" Sonii Belasco. Czytałam ją dość długo, w międzyczasie robiąc inne rzeczy, ale skoro już od tego zaczynam to... Albo, zaraz. 

Mam tak przynajmniej dwadzieścia razy dziennie. Robię coś albo coś mówię, albo coś widzę i mam ochotę wysłać pocztówkę do tego miejsca bez adresu, w którym teraz przebywasz: „Szkoda, że Cię tu nie ma”.
Nie ma dobrych słów, by wyrazić ból po stracie. Nie ma słów, które pomogłyby walczyć z pustką po kimś, kto odszedł.
To dlatego Melanie zaczęła malować. Jej matka była dość ekscentryczną artystką, wspaniałą kobietą. Zmarła przedwcześnie na raka. Melanie maluje, by poczuć jej bliskość.
To dlatego Damon zaczął robić zdjęcia. Carlos, jego najlepszy przyjaciel, był fotografem. Odebrał sobie życie. Damon chce zrozumieć, dlaczego. Wierzy, że przez obiektyw jego aparatu zobaczy świat oczami Carlosa.
Dla obojga sztuka to terapia, światło nadziei w trudnym powrocie do normalności.
Spotykają się podczas prób do szkolnej wersji Otella. Mają ze sobą wiele wspólnego, coraz dłuższe rozmowy przynoszą obojgu ulgę. Przekonują się, że czasami wystarczy, by ktoś nas wysłuchał, bo zainteresowanie życzliwej osoby to najlepsze lekarstwo na smutek.

Do rzeczy - jeśli mam być szczera, naprawdę trudno mi było zacząć. I pisać (bo zaczynam to zdanie czwarty raz) i czytać, kiedy pewnego wieczoru wzięłam tę książkę do ręki i czułam, że oto nadszedł jej czas. Lubię historie ze sztuką w tle - muzyką szczególnie, ale nie gardzę ani fotografią ani malarstwem. A jeśli dodać do tego choć odrobię psychologii to wydawało mi się, że to będzie coś dla mnie. Z ręką na sercu - nie przypominam sobie, by w jakiejkolwiek inne książce (choć teraz pomyślałam o Zmierzchu) jakiś bohater irytował mnie tak bardzo, jak robił to Damon. Odniosłam wrażenie, że autorka nie do końca potrafi stworzyć postać nastolatka, chłopaka, bo w przypadku Malenie poszło to znacznie lepiej. Problem polegał na tym, że książka jest przepleciona narracją raz jednego, raz drugiego bohatera. 

Choć z drugiej strony, kiedy już naprawdę postarałam się nie patrzeć na Damona jako na nastolatka, u którego co drugie słowo to stary (niewyobrażalnie mnie to irytuje w życiu, w książkach widocznie też) wydaje mi się, że on z czasem dojrzał. Bo o ile z początku ciężko mi było przebrnąć przez jego rozdziały, w którym jedynym światełkiem była zbliżająca się narracja Mel, którą dla odmiany polubiłam - później ta granica trochę się zatarła. 


Dla nikogo chyba nie będzie zaskoczeniem, że tę dwójkę ciągnie do siebie znacznie więcej niżeli to, że oboje kogoś stracili... Trochę naiwny romans dwójki młodych ludzi, którzy zdają się dopiero poznawać to, co może się wydarzyć, kiedy dwoje ludzi zaczyna odczuwać pewnego rodzaju pożądanie (nie tylko fizyczne, a może przede wszystkim nie takie?). 

Oboje są młodzi, oboje skrzywdzeni, oboje tęsknią i oboje przed światem udają, że wcale tak nie jest. Damon chowa się za aparatem, Melanie tysiącem kolorów próbuje zatuszować swoją szarość. Na pozór (niekiedy nazbyt) pewni siebie, w rzeczywistości wyciszeni i samotni... Myślę, że momentami oni są samotni nawet będąc razem, dość długo ukrywając przed sobą prawdziwe ja. 

Przeczytałam w jakiejś recenzji, że to książka z dużym potencjałem, którego autorka nie wykorzystała. Niestety się z tym zgadzam, podobnie jak z opinią, że sposób przedstawienia bohaterów trochę uniemożliwił wczucie się zarówno w nich, jak i ich emocje. 

Nie powiem, że zawiodłam się jakoś szczególnie... ale oczekiwałam czegoś bardziej, hm, porywającego. W kontekście książki o żałobie naprawdę nie brzmi to dobrze, ale chcę powiedzieć, że nastawiałam się na to, że będę z nimi płakać i przeżywać z nimi to, co ich od środka zabijało. Niestety nic takiego się nie stało.

Zapraszam na facebooka i instagrama - szczególnie na tym drugim zdecydowanie jest mnie więcej! :)


08:35:00

Marcin Wójcik - Celibat

Marcin Wójcik - Celibat


Wspomniałam Wam ostatnio, że wrażenie odpuszczenia kina będzie nikłe, ale tym razem - zgodnie z obietnicą - mam dla Was historię pewnej książki. Ostrzegam tylko, że jest trochę bardziej kontrowersyjna niż film Vegi, o którym mówiłam poprzednio i przeznaczona nie tylko dla pełnoletnich czytelników, ale też tych o mocnych nerwach. 

A przynajmniej sądząc po większości opinii z którymi się spotkałam, tak właśnie powinnam powiedzieć. Tyle, że sama nie do końca to czuję, ale po kolei. 

Temat Celibatu zaczęła jedna z moich koleżanek, kiedy w rozmowie z drugą przeszły na tory zbliżającego się okresu komunijnego i związanym z nich przygotowań dziecka Drugiej. Od słowa do słowa - czytam właśnie książkę, pożyczę Wam jak skończę. Jako że ja byłam w kolejce trzecia, a ostatecznie stałam się czwarta, zanim sama usiadłam do lektury znałam już opinię większości, z czego dwie nie dobrnęły do końca, bo padło w tej książce aż nazbyt dużo słów, których człowiek nie chciałby być świadkiem. 

Jeszcze zanim na dobre zacznę chcę powiedzieć, że zupełnie świadomie nie poruszam publicznie tematów pieniędzy, religii i polityki i nie ma to nic wspólnego z moim brakiem zainteresowania tymi tematami, ale bardziej z tym, że uważam, że pierwsze każdy ma swoje, a na temat tych dwóch kolejnych każdy ma prawo mieć swoje zdanie i o ile dyskutować zawsze warto, tak te trzy rzeczy budzą kontrowersje tak wielkie, że zbyt często prowadzą do niepotrzebnych kłótni. I cokolwiek zostanie napisane dalej - jest to wyłącznie moja opinia, którą proszę, byście uszanowali, tak samo jak ja uszanuję Waszą. 


I zacznę, jak to często bywa - od końca, a mianowicie od słów wyjaśnienia autora, że książka zawiera tylko jedną stronę kościoła i opisuje tylko jeden sposób zachowania księży, przy czym - oczywiście - jest jeszcze ten drugi, normalny, stanowiący prawdziwych ludzi wiary.



Mimo wszystko Celibat jest właśnie ni mniej ni więcej, a właśnie opowieścią o miłości i pożądaniu. W dużej mierze opisuje on historie księży wierzących, wątpiących, czujących powołanie do głoszenia religii, ale również umiłowanie dla drugiego człowieka, które niekiedy prowadzi do miłości - ludzkiej, prawdziwej, człowieka do człowieka, mężczyzny do kobiety, do ich dzieci, niekiedy do mężczyzn, do swoich rodzin, wcale nie na przekór Bogu, choć jest to sprzeczne z tym, czemu ślubowali, w czym obiecywali wytrwać, ale nie wytrwali. 

Z drugiej jednak strony Celibat to historia księży krzywdzących - swoje kobiety, swoich mężczyzn, ufające im dzieci, dla których mieli stanowić wzór do naśladowania, najwyższą formę autorytetu, z którym mieli dzielić największe lęki i troski. 

Słyszałam i czytałam naprawdę wiele opinii, że to obrzydliwa i denerwująca historia kościoła, o której wszyscy wiedzą i wszyscy mówią, a oficjalnie wciąż utrzymuje się, że te sytuacje nie mają miejsca. Dlaczego ja tego nie poczułam? Wzdycham tu ciężko, ale świadomie. Ja to już widziałam. Znam mężczyzn, którym wiele lat temu, kiedy byli dziećmi, ksiądz składał niedwuznaczne propozycje zostania po mszy. Znam syna proboszcza swojej niegdysiejszej parafii, który jest - w porównaniu do ojca - naprawdę świetnym człowiekiem, dobrym partnerem i cudownym ojcem. I znam księdza, który ludzko kochał pewną cudowną kobietę przez wiele miesięcy, które jednak nie oderwały go od Boga, a które im obojgu złamały wtedy serca. 

Nie potrafię powiedzieć, że ta książka jest obrzydliwa, bo poza tym, że kilkoro z tych księży okazało się zwyczajnymi tyranami to uważam, że w dużej mierze przedstawiono w niej ludzi i ludzkie słabości. Czytałam już wiele historii o przemocy i tej wcale nie uważam za gorszą. Niemniej jednak jestem w pełni świadoma, że sposób pojmowania wiary i Kościoła jako takiego niewątpliwie wpływa na odbiór tego, co za sprawą Wójcika ujrzało światło dzienne. Ja je już po prostu znałam. 


13:39:00

Linda Bleser - Dom łez

Linda Bleser - Dom łez

Naczytałam się o tej książce tylu cudownych słów, że kiedy tylko stanęłam przed możliwością przeczytania - nie mogłam przejść obojętnie. 

Każdego dnia dokonujemy wielu wyborów. Czasami chodzi o jakiś drobiazg, czasami o coś naprawdę istotnego.
Większość wyborów nie powoduje wielkich zmian w naszym życiu. Są jak małe gałązki, które wplatają się w inne. Co innego podejmowanie ważnych decyzji, które powodują rozwidlenie naszej rzeczywistości, tak jak u drzewa, gdy z pnia wyrastają dwa konary.
Życie toczy się dalej, ale w dwóch różnych kierunkach. W jednej rzeczywistości jesteś tą, która coś zrobiła, a w drugiej, równoległej, tą, która czegoś nie zrobiła.
Bo przecież każdy ma swoje „co by było, gdyby…”, prawda? I nigdy nie można przewidzieć, która decyzja będzie słuszna, a która nie. Dopiero później, patrząc wstecz, można osądzić, co z tego wyszło.
Opowieść o kobiecie, która dostała od losu niezwykłą szansę, by sprawdzić, jak wyglądałoby jej życie, gdyby dokonała innych wyborów.

Jenny poznajemy w dzień jej 13 urodzin. Powiedziałabym, że to zwyczajna nastolatka, pełna marzeń i przekonana, że oto stoi u progu okresu, który uwolni ją od etykietki dziecka a uczyni z niej prawie-dorosłą... ale to nie do końca prawda. Jenny jest młodziutką nastolatką, właściwie jeszcze dzieckiem, zostawionym trochę samej sobie, zobowiązanym do opieki nad młodszą siostrą. Ma plany i marzenia, ma kilka postanowień i głowę pełną pomysłów. I mamę, poetkę, której zawód i osobowość rzutują na życie całej rodziny. 

Jenny ma 13 lat tylko przez chwilę, kiedy chcąc rozpocząć dzień, który ma zmienić jej życie, widzi matkę w kałuży krwi. Widzi po raz ostatni. 

Nie potrafię opowiadać Wam fabuły książek o tyle, że boję się powiedzieć zbyt wiele. Niemniej jednak samobójstwo matki rzutuje na całej tej powieści i sprawia, że Jenny jest jaka jest i przeżywa... co przeżywa. Wrażliwa, zamknięta, wciąż pełna marzeń, choć zabrakło wiary. 


Nie jestem fanką tego typu książek. Prawdę mówiąc, co możecie tutaj zauważyć, sięgam raczej po historie z wątkiem psychologicznym, obyczajówki i pozycje z półek dla nastolatków, choć stosunkowo dawno temu wyszłam już z tego okresu. Dlaczego więc, choć minęło trochę czasu od kiedy odłożyłam tę książkę na półkę, wciąż w jakiś sposób ją przeżywam? (dlatego też nie napisałam tej recenzji od razu) 

Linda Bleser zafundowała nam historię, która w całej swej niewiarygodności jest prawdziwa. Poza Jenną na pierwszym planie, pełną żalu i smutku, mamy też jej siostrę Cassie, która z początku wydawała mi się trywialną dziewczynką (którą de facto po drodze przestała być) i wybory, przed którymi sami stajemy niejednokrotnie, a które nam samym nie zawsze wydają się aż tak ważne. 

"Wsiąknęłam" w tę historię niczym w rozmowę z dobrą koleżanką i trochę przypomniały mi się czasy spędzone przed komputerem przy opowiadaniach, które wbrew pozorom swego czasu stanowiły naprawdę wartościowy element literatury (o ile mogę to tak określić). 

Mówiłam Wam już niejednokrotnie, że boję się wysoko ocenianych książek z prostego powodu - że przyniosą zawód. Z ręką na sercu chyba pierwszy raz w życiu nie zmęczyła mnie powieść, o której wielu ludzi tak dobrze mówiło. Polecam. Zwłaszcza, że zajmie Wam ona góra dwa wieczory, bo naprawdę pochłania się nią zamiast czytać.

09:49:00

Małgorzata Friedel - Moja mama jest aniołem

Małgorzata Friedel - Moja mama jest aniołem


Siadam z herbatą, biorę głęboki oddech i... postaram się opowiedzieć Wam o pewnej książce. Zanim jednak zacznę chciałabym na wstępie uzmysłowić Wam, że będzie to dość ciężka opowieść. 

Celem tej książki, co z resztą zostało ujęte już na okładce, jest opisać niewypowiedziane. Bo jakże by inaczej traktować historię umierającej matki, opowiadaną przez jej własne dziecko?

11:57:00

Współcześni idole.

Współcześni idole.
Prawda jest taka, że mogłabym w domu nie mieć telewizora i nie czułabym z tego powodu wielkiej "straty". Włączam go niekiedy głównie dlatego, że w pustym mieszkaniu daje poczucie mniejszego wyobcowania, jeśli wiecie co mam na myśli. Coś tam gra w tle. Chociaż, przyznaję, są takie wieczory kiedy chcę się odmóżdzyć. A gdzieś pośrodku tego, stosunkowo rzadko, trafia się coś wartego obejrzenia.



Pamiętam Wojewódzkiego z czasów konkurencyjnej stacji i choć wtedy może nie darzyłam go sympatią - facet ma w sobie coś, co przyciąga widzów.

08:32:00

Regina Brett - Bóg nigdy nie mruga. 50 lekcji na trudniejsze chwile w życiu.

Regina Brett - Bóg nigdy nie mruga. 50 lekcji na trudniejsze chwile w życiu.



Wydawnictwo: Insignis
Data wydania: 2013 rok
Liczba stron: 320
Przekład:Olga Siara
 
Pięćdziesiąt wskazówek. Pięćdziesiąt lekcji, w których autorka przeplata własne przeżycia z doświadczeniami ludzi spotkanych na swojej krętej drodze; przywołuje ważne dla siebie postaci, znaczące książki i filmy, inspirujące modlitwy i wypisy z lektur; przypomina o sile psalmów
i prostych sentencji.

Felietony Reginy Brett docenili i pokochali czytelnicy na całym świecie. Przyklejano je na lodówkach, rozsyłano w e-mailach do bliskich. Tematy lekcji, których udzieliło autorce życie, cytowano na tysiącach blogów i przedrukowywano w gazetach.

Książka, którą trzymasz w ręce, stanie się bliska każdemu, kto kiedykolwiek znalazł się na życiowym zakręcie oraz wszystkim szukającym inspiracji. Niech każda z pięćdziesięciu lekcji będzie manifestem – jak bohaterka jednego z esejów, pewna sportowa czapka z prostym hasłem: „Życie jest dobre”. Bo takie jest. Naprawdę.

Może nie wszyscy ją czytali, ale wszyscy o niej słyszeli. Tak sądzę. Swego czasu było wielkie bum na Bóg nigdy nie mruga, na skalę podobną jak Secret Rhondy Byrne. (którego nie czytałam) I coś mi podpowiadało "Ty też musisz spróbować!" - i spróbowałam. Tak naprawdę kilka miesięcy temu, nie wiem dlaczego piszę o niej dopiero teraz. Do rzeczy.

Czy to jest 50 lekcji na trudniejsze chwile w życiu?

Nie wiem. Czytając tę książkę byłam na etapie poszukiwania jakiegoś sensu w machinalnie wykonywanych czynnościach i chyba oczekiwałam, że choć jedna z tych wskazówek natchnie mnie ku wielkim zmianom. Bo ustalmy, że ani książka, ani film, ani nic poza nami samymi, nie ma mocy zmiany naszego życia. Ale może skłonić nas ku zmianie nastawienia. A to ono odpowiedzialne jest za... wszystko? Poniekąd za nasze wybory. Ale na pewno za to jak zareagujemy na to, co się w naszym życiu dzieje.

Chyba mnie nie natchnęło, bo trwałam w tym dalej.


Chociaż dzisiaj, będąc na lepszym etapie życia, jestem w stanie powiedzieć, że to była moja lekcja.  Pokuszę się o stwierdzenie, że tu nie chodzi o wielkie zmiany w momencie czytania, ale o to, żeby choć część z nich zapamiętać i kiedy w końcu zrobimy coś dla siebie, poczujemy się lepiej, przypomnieć sobie słowa, które... no, były mądre. Skoro je zapamiętaliśmy, musiały być. Chyba?

Powiedzmy, że postanowiłam to sprawdzić. Wracam do tych słów dzisiaj, nieco pobieżnie i nie po kolei i myślę sobie, że na beznadziejną sytuację w życiu naprawdę nic nie pomoże. Ale kiedy człowiek wyjdzie z tej swojej ciemni i zacznie patrzeć na życie w ten pożądany sposób, czyli nie przez różowe okulary, ale i nie w czarnych barwach, to nagle okazuje się, że życie naprawdę ma wszystko, czego nam potrzeba, a my musimy jedynie wyciągnąć po to ręce. Nie jestem i nigdy nie byłam optymistką. Nauczyłam się jedynie cieszyć z małych rzeczy, dzisiaj wiem, że to bardzo pomaga. 

I... chyba o to chodziło pani Brett. Siła słów motywacyjnych jest bardziej wyczuwalna dla ludzi szczęśliwych, bo oni są otwarci. 


Co za tym idzie - nie odnalazłam żadnego remedium w momencie czytania, to nie było 50. moich lekcji na trudniejsze chwile w życiu. Nie było, bo nie umiałam ich przyjąć. I myślę, że tak to właśnie działa. Ale warto to zapamiętać, przyczepić gdzieś na korkowej tablicy przy biurku albo na lodówce. Może na lustrze w łazience. Ja, ta nie-optymistka, wierzę, że przyjdzie taki dzień, kiedy te błahe słowa, które kilka miesięcy temu wywołały na twarzy pobłażliwy uśmiech, w swoim czasie uderzą w nas z wielką siłą. 

A więc (wiem, wiem) chociaż nie było "bum" w tamtym momencie, to te wskazówki są cenne i choć tak naprawdę... słyszymy je często z każdej strony, to fajnie jest mieć je pod ręką, by (jak ja w tej chwili) móc do nich pewnego dnia wrócić. 

Moja ocena: 4/6


źródło zdjęć: google

14:31:00

Casey Watson - Krzyk o ratunek

Casey Watson - Krzyk o ratunek


Wydawnictwo: Amber
Data wydania: 2013 rok
Liczba stron: 336
Przekład: Julia Wolin
 
Casey Watson jak Cathy Glass opiekuje się najbardziej skrzywdzonymi przez najbliższych dziećmi. Prowadzi dom zastępczy dla dzieci z największymi problemami psychologicznymi i wychowawczymi. Takich, z którymi nikt już nie mógł sobie poradzić. A potem – jak Cathy Glass – opisuje ich historie: jeszcze bardziej tajemnicze, jeszcze bardziej drastyczne i przejmujące.Dziewczynka, która trafia do Watsonów, ma u nich przebywać tymczasowo: jej stała opiekunka przechodzi załamanie nerwowe, Sophia jest u niej od półtora roku, odkąd jej matka uległa tajemniczemu wypadkowi…
Ale od pierwszej chwili Casey czuje niepokój, który stopniowo zamienia się w coraz większy lęk. Sophia wygląda bardziej jak osiemnastolatka niż dwunastolatka. Prowokuje mężczyzn niedwuznacznym erotycznym zachowaniem. Kobietami gardzi. I każdy musi robić to, czego ona chce. Bo jeśli nie, wie, jak sprawić, żeby tego pożałował…
Casey, jej mąż i dorosłe dzieci są najpierw zakłopotani i skrępowani. Potem pojawiają się podejrzenia, że nie powiedziano im wszystkiego. A wreszcie strach – bo nie wiedzą, kim naprawdę jest Sophia: zagubioną dwunastolatką czy Lolitą, dziewczynką z problemami psychicznymi czy wyrachowaną manipulantką, dzieckiem po koszmarnych przejściach czy potworem. Jedno jest pewne: dopóki Sophia mieszka z nimi, nie są bezpieczni…

Tylko Casey, mimo śmiertelnego zagrożenia, nie rezygnuje z walki. Dla niej Sophia to tylko chore, skrzywdzone dziecko. I tylko ona słyszy w jej przerażających czynach rozpaczliwy krzyk o ratunek.


Jakkolwiek brutalnie może to zabrzmieć w kontekście historii tak strasznej, bo przecież prawdziwej... spodziewałam się po tej książce czegoś więcej. Na moją listę Must Read trafiły wszystkie pozycje z serii "Skrzywdzone" z Amber, a pierwsza, z którą się spotkałam to "Nikt nie przyjdzie" Maguire i Garner, które to... emocjonalnie mnie rozbiło. Pamiętam jeszcze jak bolało mnie serce, kiedy tym chłopcom działa się krzywda... I pamiętam, że zaraz na początku, dodając tę książkę do biblioteczki na Lubimy Czytać przeczytałam kawałek recenzji mówiący o tym, że to "najłagodniejsza pozycja z serii".

Tak więc (nie zaczyna się zdania od "tak więc"), tak więc biorąc pod uwagę tamten komentarz, spodziewałam się czegoś, co kolejny raz odbierze mi oddech i przyprawi o stan co najmniej przedzawałowy. Tymczasem... ciężko było mi te słowa czytać, ale z innego powodu.

Sophia jest dzieckiem. Dwunastolatką, której mama w stanie wegetatywnym przebywa w szpitalu po ciężkim, niewyjaśnionym wypadku. Dziewczynką, której wuj - jedyna rodzina wykazująca chęć opieki - odrzuca ją z przyczyn nikomu niezrozumiałych. Nastolatką we wczesnym tego okresu stadium, która nieco odbija się od jednej rodziny zastępczej do drugiej, nigdzie nie mogąc zagrzać miejsca, wciąż spotykając się z brakiem zrozumienia i - dziś już to wiem - zainteresowania.

Do Watsonów trafia po załamaniu nerwowym swojej dotychczasowej opiekunki. Już z początku stwarza pozory niezdyscyplinowanej, rozpieszczonej dziewuchy, która fizycznie jest aż nazbyt dojrzała jak na swój wiek. Nie przypomina bowiem innych dwunastolatek. Jest piękna i na każdym kroku stara się to wykorzystać.

Ale... to już chyba wiecie z opisu, co? Do rzeczy. Ten niepokój, który w związku z przybyciem Sophii czuje Casey przenosi się na czytelnika. Współodczuwanie emocji w przypadków książkowych bohaterów jest zabiegiem pożądanym, ale ja nie jestem pewna czy tutaj to były właściwe emocje. Trzysta stron tej książki to tak naprawdę trzysta stron palenia papierosów i bezradności. Pytań co robić, co dalej, o co chodzi... Rzadziej jak jej pomóc. Odniosłam tutaj wrażenie, że Casey zwątpiła w słuszność decyzji jaką było przyjęcie Sophii pod swój dach, choć ona w rozmowie z mężem zaprzeczyła jego podobnym domniemaniom.

Kolejną rzeczą jest... pochrzaniony system. Inaczej tego nie mogę ująć, wybaczcie. Chodzi mi o to, że opieka społeczna "dała" Watsonom dziecko i umyła ręce, kiedy poszukiwali - najpierw - informacji, a później już zwyczajnie pomocy. Zbywani kolejnym "robię co w mojej mocy" przeżywali koszmar niewiedzy w swoim domu i - tak naprawdę - koszmar strachu o własną rodzinę, kiedy nie mogli już zapanować nad dzieckiem, z którego problemów nikt nie zdawał sobie sprawy.

Wrócę do początku - Sophia jest dzieckiem. Nie przeciętnym, nie jak każde inne. Niemniej jednak jest dzieckiem, które po strasznych wydarzeniach w domu, po braku zainteresowania ze strony matki, dziadków, wuja i opiekunki, która miała stać się jej ostoją, po prostu potrzebuje pomocy. Prawda jest taka, że to biedne dziecko potrzebowało jej już na pierwszej stronie, kiedy dzwoniło po pogotowie widząc wypadek matki. A może, tak uważam, potrzebowało jej dużo, dużo wcześniej. Casey mimo usilnych chęci pomocy, jakie są tutaj niejednokrotnie podkreślone, po prostu nie może jej pomóc. I choć możecie to uznać za spojler (wybaczcie) to chodzi o to, że bez względu na to jak wiele miłości i zainteresowania włoży się w kontakt z drugim człowiekiem - nie można wykluczyć z jego otoczenia specjalistów, bo żadne uczucie nie zastąpi fachowej pomocy i - przede wszystkim - wiedzy, jaką dysponuje psycholog czy psychiatra.

Abstrachując na chwilę od książki nasunęła mi się myśl, kolejny raz z resztą, że choć żyjemy w pozornie otwartym społeczeństwie to mam wrażenie, że ludzie wcale tacy otwarci nie są i każdy PROBLEM psychologiczny jawi im się jak choroba. A to wcale tak nie działa.

"Krzyk o ratunek" to traktat o poszukiwaniu pomocy. Nie przypisałabym temu etykiety "o przemocy", powiedziałabym raczej "o problemach". Tak czy siak, psychologicznie bardzo, bez względu na szufladkę i choć spodziewałam się czegoś innego, czegoś może mocniejszego, to dziś powiem, że emocjonalność tej książki dostrzegam w niej bardziej po odłożeniu niżeli w momencie czytania. Z ręką na sercu, po prostu nie lubiłam Casey.

Nie oceniam, bo nie mam prawa. Życia nie poddaje się ocenie.
Ale polecam, bo warto znać ten temat. (i zagłębić się w niego po skończeniu lektury)

16:55:00

Toni Maguire, Robbie Garner - Nikt nie przyjdzie

Toni Maguire, Robbie Garner - Nikt nie przyjdzie

+18 przez wzgląd na straszne wydarzenia



Wydawnictwo: Amber
Data wydania: 2013 rok
Liczba stron: 304
Przekład: Julia Wolin
 
Robbie ma pięć lat, kiedy jego ojciec po samobójczej próbie trafia do szpitala psychiatrycznego. Matka, już wcześniej zajęta wyłącznie kolejnymi kochankami, teraz znika na dobre. Starszy brat Robbiego zostaje umieszczony w domu dziecka Haut de la Garenne, a Robbie i jego trzyletni braciszek - w Sacre Coeur, sierocińcu prowadzonym przez siostry zakonne.

Ogromny, ponury gmach przeraża chłopców od pierwszej chwili. Ale gorsze jest to, co dzieje się za jego murami. Bicie, chłostanie pejczem, ciemny kurnik, w którym za karę zamyka się dzieci jak w karcerze. Okrucieństwo zakonnic jest niewyobrażalne. Uderzony w głowę brat Robbiego doznaje nieodwracalnego urazu mózgu…

Kiedy Robbie zostaje przeniesiony do Haut de la Garenne, myśli, że to koniec horroru. Tu są książki, telewizor, ogród… i pokoje kar, gdzie wychowawcy znęcają się nad chłopcami. I jeszcze bardziej koszmarne miejsca...

Robbie spędził w sierocińcach dziesięć lat. I przez dziesięć la nikt nie przyszedł bezbronnym dzieciom z pomocą.

Prawda o tym, co działo się za murami domów dziecka na wyspie Jersey, wyszła na jaw, dopiero kiedy Robbie był już dorosły. Skandal poruszył opinię publiczną, ale nie zwrócił dzieciństwa tym, którzy stracili je bezpowrotnie. Ludziom takim jak Robbie Garner.


Pierwszy raz w życiu czytałam coś, co wzbudziło we mnie tak wielkie emocje. Nie wiem jak miałabym Wam o tym opowiedzieć, bo nie wiem, czy istnieją odpowiednie na to słowa.

Przeczytałam wiele książek o tej tematyce i widziałam wiele sytuacji, których nie chciałabym widzieć. Przypomina mi się wers z piosenki Zeusa "a może piekło jest już tu?" i myślę sobie, że jako dzieci byliśmy się potworów pod łóżkiem podczas gdy te najstraszniejsze mają ludzkie twarze.

Kilka miesięcy temu wspomniałam Wam o Oślepionej Tiny Nash, nad którą wylewałam łzy bólu, strachu i bezradności. I do wczoraj wydawało mi się, że gorzej już być nie może. Tymczasem poszukując "lekkiej książki" trafiłam na zupełnie nie-lekką o tematyce, w którą weszłam stosunkowo dawno temu i kiedy chciałam zrobić przerwę okazało się, że nie umiem już czytać niczego innego. Trafiłam, zupełnie przypadkiem, w bibliotece, na jedną z książek z serii "Skrzywdzone", po która chciałam sięgnąć już dawno. Trafiłam i... przypomniałam sobie jak to jest czytać i przeżywać książki.

Recytowaliśmy modlitwy przed posiłkami i po nich. Poranne msze, wieczorne msze, na których byliśmy już tak zmęczeni, że myśleliśmy tylko o śnie. Zapach kadzidła, postukiwanie paciorków różańca, wielkie figury mężczyzny z obnażonym sercem, oczami wywróconymi w agonii i koroną cierniową na głowie oraz Maryja, która podobno kochała małe dzieci, ale nie te z Sacre Coeur, byliśmy o tym przekonani. 
Pierwszym co przychodzi mi na myśl w kontekście tej książki są mdłości. Potworne obrzydzenie odbierające jakąkolwiek zdolność sensownego składania zdań czy choćby dalszych myśli. Później pojawia się ogromna  złość. A dalej jest cisza i przerażająca bezsilność...
Najgorsze jest to, że to jest biografia. Nie przejdę nad tym do porządku dziennego i nie powiem sobie "spokojnie, to tylko fikcja"... Bo to nie jest fikcja i ten mały, skrzywdzony Robbie istnieje naprawdę. Naprawdę doświadczył tego okrucieństwa, widział śmierć emocjonalności swojego brata, tę realną swojego przyjaciela. A ktoś, kto miał czuwać nad ich bezpieczeństwem miał czelność mówić jeszcze, że spełnia wolę Bożą.

Zaciągnęły nas po podłodze do schowka na buty. Słyszeliśmy jak otwierają się drzwi, czuliśmy, jak nas tam wpychają nogami i usłyszeliśmy pełen jadu głos siostry Bernadette, która syczała: 
- Siedźcie tu bez jedzenia i myślcie o swoich grzechach, bezbożnicy.
A później miało być lepiej... a było jeszcze gorzej. Z "Domu Bożego" pełnego chłosty i zamykania w ciemnych szafkach bez jedzenia i picia przeniesiono nas - bo mnie, jako czytelnika, wraz z Robbie'm - do miejsca, które miało być lepsze, a było pełne opiekunów pedofilii i zbiorowych gwałtów.

Opiekunowie trzymali w piwnicy niewielki generator. Włączyli go, kiedy zawlekli tam Marca za drugim razem. Pokazali mu go, dali do zrozumienia, że to wytwarza prąd. A on wiedział, że prąd i woda razem mogą zabić i zaczął trząść się z przerażenia. Śmiali się z niego, że tak się boi i wzięli metalową elektrodę, którą podłączyli do generatora.  To było coś takiego, czego farmerzy używają do ogłuszania krów, zanim je zabiją. Widział to na farmie, gdzie mieszkał jako dziecko. Dotknęli tym jego genitaliów.
Zanim zaczęłam czytać książkę, przeczytałam kawałek recenzji, w której było powiedziane, że to najłagodniejsza z serii, bo "dobrze się zaczyna i dobrze się kończy". I to ta myśl kierowała mnie przez te 300 stron i sprawiła, że nie rzuciłam nią o ścianę, nie podarłam jej na strzępy... a, wierzcie mi, że choć nigdy mi się to wcześniej nie zdarzyło, nawet chęci takiej nie miałam, to tutaj z trudem udało mi się ją powstrzymać. To po prostu bolało.
Nie oceniam, bo to biografia. Cudze życie nie podlega żadnej ocenie.
Ale jest to książka warta uwagi, choć podpisze się pod stwierdzeniem, że pozytywny początek i koniec nie jest do końca tym, czego się spodziewałam. Niemniej oczywiście cieszę się, że Robbie przeżył ten okres, którego nijak nie nazwę dzieciństwem.
  

/ swoją drogą, zaraz po tym zaczęłam czytać kolejną książkę, w której zdanie: "(...) rozciągał się piękny widok na Sacre Coeur" i cała ta złość, pozostała po historii Robbie'go obudziła się z tą samą siłą, z jaką odczuwałam ją w trakcie czytania. Takie książki zostawiają ślad w czytelniku. 

14:53:00

Liliana Fabisińska - Córeczka

Liliana Fabisińska - Córeczka


Wydawnictwo: Filia
Data wydania: 2015 rok
Liczba stron: 415
 
Kochanek sprzed lat.
Obietnica złożona małej dziewczynce.
Sekret, który może kosztować życie wielu ludzi.

Agata jest szczęśliwą żoną i matką. Ekspertem od wychowywania dzieci i rozwiązywania rodzinnych problemów. Pewnego dnia w progu jej mieszkania staje dziewczynka, której Agata kiedyś zbyt pochopnie złożyła obietnicę. Ta chwila zmienia życie Agaty. Na nią samą, jej męża i ukochanego synka pada strach. Żeby odzyskać spokój, Agata będzie musiała zapukać do wielu drzwi i wyjawić obcym osobom swoje najskrytsze tajemnice. Zrozumie też, że czasami milczenie może kosztować życie wielu ludzi.

“Córeczka” to powieść o różnych obliczach miłości, o sile, którą może odnaleźć w sobie kobieta w najtrudniejszej w życiu chwili. O przeszłości, która staje się teraźniejszością i o odpowiedzialności, która czasami każe dokonywać śmiertelnie trudnych wyborów.

Kolejny raz zacznę od tego, że... nie wiem jak zacząć.

Przeczytałam tę książkę już jakiś czas temu i od tamtego momentu szukam słów, by Wam o niej opowiedzieć. Problem polega jednak na tym, że jedyne co przychodzi mi na myśl to: emocjonalna. 

Lubię tego rodzaju powieści. A tak naprawdę to lubię każdy przejaw emocjonalności we wszystkim - książkach, filmach, muzyce. Więc, teoretycznie, powinnam oceniać ją dobrze. Tymczasem... przeczytałam ją jakiś czas temu i nieszczególnie zapadła mi w pamięć. 

Tradycjnie przyciągnęła mnie do niej okładka, a opis tylko dopełnił przekonania, że chcę ją przeczytać. Mimo polskiego nazwiska, którego - jak już zapewne wiecie - nie darzę wielką sympatią. (wszystkich, nie tego szczególnie)

Nie będę opowiadać o fabule z dwóch względów - po pierwsze wszystko, co powinniście wiedzieć zostało już powiedziane na okładce, a po drugie - nie wiem co miałabym dodać.

Na "Córeczkę" tak naprawdę trafiłam przypadkiem. Przypadkiem znalazła się w moim domu, przypadkiem mi się spodobała i przypadkiem postanowiłam ją przeczytać. Temat jest... poważny. Bo jest to powieść o zaufaniu, o przyjaźni, o miłości dziecka tak naprawdę... Trochę o postawieniu do góry nogami swojego ułożonego świata, by móc wrócić do przeszłości, która miała już nigdy nie dawać o sobie znaku. Przy okazji, choć tak naprawdę zupełnie nie "przy okazji", został w niej poruszony temat HIV i, mam wrażenie, odpowiedzialności za świadomość życia z tym wirusem. I odpowiedzialności za słowa. Język jest lekki, przyjemny w odbiorze. Główna bohaterka jest trochę... niestabilna emocjonalnie. Historia z przeszłości... naiwna. A całość... chyba mieszana.

Nie wiem jak mam ją ocenić. Niby dobrze, bo emocje, bo język, bo temat... Niby źle, bo przeszłość Agaty... jakby to powiedzieć, chyba zdenerwowała mnie jej nieodpowiedzialność. A tak naprawdę to chyba średnio, bo niekoniecznie zapadnie mi w pamięć to, co tak bardzo wciągnęło mnie w momencie czytania.

Moja ocena: 4/6


// Hej, hej! Mam sprawę!
   Poszukuję lekkich książek, żeby przełamać w sobie jakąś niemoc czytania.
   Wszystko po co sięgam w ostatnim czasie okazuje się tak ciężkie, 
   że choć temat jest ciekawy... nie mogę przez to przebrnąć.
   Z góry dziękuję!
   

11:49:00

Katarzyna Gondek - Horror vacui

Katarzyna Gondek - Horror vacui
 
Wielopłaszczyznowa, intrygująca i niepokojąca powieść Katarzyny Gondek to historia dojrzewania młodej kobiety. Gorzki obraz nieszczęśliwej rodziny miesza się z mroczną i groteskową, niedziecięcą fantazją.

Nor(m)a ma grubego, pijanego Ojca i chudą, złą Matkę, którą Ojciec bije. Ale umowy o bycie rodziną nie da się łatwo wypowiedzieć. Nor(m)a ucieka więc z domu, którego nie ma, do szkoły, której nienawidzi, a potem znów ze szkoły do domu. Kiedy w jej życiu pojawia się chora Babka, okazuje się, że jest inna droga wyjścia. Nie, nie na zewnątrz. Do brzucha. W głąb. W światy, które nosi w sobie każdy z nas. Przewodnikiem Nor(m)y będzie w nich nie biały królik, lecz Paw i Wąż, prostytutka i olbrzym, Staruszka i drewniany Jezus. Ale Nor(m)a i tak się zgubi. Po drodze pozna okrutne, dziwne baśnie, które trzeba poznać, żeby wrócić do świata. Do siebie.

Od tygodnia myślę jak zabrać się za tę recenzję i jeśli mam być szczera - wciąż nie wiem. Więc zacznę od początku, czyli od tego, dlaczego ją kupiłam. A było to tak naprawdę stosunkowo dawno temu, chyba w sobotę, w warszawskich Złotych Tarasach. Kupiłam wtedy cały stos książek i ta była ostatnią, na jaką zwróciłam uwagę. Ale był to ten moment, kiedy głęboko siedziałam w tematyce przemocy w rodzinie. Otworzyłam, przeczytałam fragment z okładki... i kupiłam, nie czytając opisu.


zdjęcie własne

Gdybym miała recenzować tę książkę tak szczerze, zgodnie z własnym sumieniem - musiałabym tę recenzje podzielić na trzy części. Dokładnie tak, jak podzielona została książka. Część pierwsza to jakaś abstrakcja, przez którą ciężko mi było przebrnąć. Poznajemy tam Norę i jej schorowaną Babkę, która szybko przechrzciła ją na Normę. Nor(m)a jest dziewczynką z trudną sytuacją domową. Ojciec pije, Matka płacze i pali w łazience. Dziecko jest jakby obok, odizolowane, niepewne i zamknięte w sobie. Na szczęście dla Małej, do ich domu trafia Babka, której zostało niewiele życia. Zaprzyjaźniają się i Stara zaczyna opowiadać Norze niestworzone historie o... norze. A właściwie o świecie, małym kosmosie, który każdy człowiek nosi w sobie. I o tym, jak można uciec do niego przed światem, który rani i nie rozumie... A później Babka umiera.


I Nor(m)a zamyka się w sobie. Mogłabym powiedzieć, że poznaje tam ludzi, ale bliżej temu do stwierdzenia, że... poznaje siebie od środka.


A później wychodzi do świata, budzi się ze śpiączki i uczy życia od nowa.

I chyba tyle jestem w stanie powiedzieć na temat samej w sobie fabuły.
Przez pierwszą część było mi ciężko przebrnąć, bo uznałam Babkę za osobę potrzebującą kaftana bezpieczeństwa, nie pielęgniarki. Może to też nie był dobry moment na czytanie tej książki, bo kiedy wróciłam do niej po trzech tygodniach - zaczęłam chłonąć słowa jedno po drugim. Wiecie już pewnie, że nie jestem i nigdy nie byłam fanką polskich autorów. Niestety. Wciąż jestem czytelnikiem poszukującym kogoś, kto przekona mnie do polskiej literatury, co uważam za ogromny postęp, bo dwa lata temu unikałam tych nazwisk jak ognia i jakkolwiek zachęcał by mnie opis - odkładałam te książki na półkę, nie zaglądając do środka.

Tym razem muszę przyznać, że o ile ta historia (nieskutecznie na szczęście) odrzucała mnie na początku - to wciągnęła w drugiej części. I sposób składania zdań Pani (czy Panny, nie wiem) Gondek przekonał mnie do tego, by sięgnąć po kolejną książkę, o ile kiedyś taka trafi w moje ręce. (pierwszy raz w życiu piszę coś takiego o rodzimym autorze!)

Czytałam recenzje. Że dobra, dziwna, niemożliwa do jednoznacznej oceny, że ciężka, że balansuje na granicy dobrego smaku... I pierwszy raz zgadzam się ze wszystkim naraz. Wielki plus za język, to na pewno. Za ciekawych bohaterów, nawet tych, których spotykamy na chwilę. Minus za nieco obrzydzającą pierwszą część.

Nie wiem jak ją ocenić, zostawię to Wam.

Moja ocena: 4/6

17:49:00

Rebecca Donovan - Powód by oddychać

Rebecca Donovan - Powód by oddychać
 
Pierwsza z trzech części chwytającej za serce i pełnej trudnych emocji serii dla dziewcząt pt. Oddechy.
Gdy Emma wraca do miejsca, które nazywa domem, bo nie ma żadnego innego, o którym mogłaby tak myśleć, nigdy nie wie, co ją tam spotka. Tylko wyzwiska? A może bolesne uderzenia? Ile kolejnych ran i siniaków będzie musiała skrywać pod długimi rękawami?
Dlatego Emma nie ma przyjaciół i robi wszystko, by mieć jak najlepsze wyniki w nauce – marzy o dniu, w którym będzie mogła wyrwać się z tego piekła.
Tylko jedna osoba zna jej tajemnicę. Ale jest jeszcze ktoś, kto bardzo pragnie się do niej zbliżyć. Emma jednak za wszelką cenę chce tego uniknąć. Chociaż to rozrywa jej serce na kawałeczki.
Poruszająca historia o próbie normalnego życia za wszelką cenę… i o miłości, która pozwala w końcu zaczerpnąć powietrza.



Zacznę może od tego, że dostałam tę książkę w prezencie. Kiedy zaczęłam ją czytać byłam niemalże pewna, że nie kupiłabym jej sama. Choć ma ujmujący tytuł i nie mniej chwytającą za serce okładkę. A ci z Was, którzy mnie już znają wiedzą, że - chcąc nie chcąc - oceniam książki po okładce. Ale od dłuższego czasu mam również zwyczaj otwierania książek w księgarni i czytania choć jednego zdania. I gdybym trafiła na niewłaściwe... pewnie odłożyłabym ją na półkę. Żałowałabym.

Choć ta książka ma pięćset stron, pochłonęłam ją w niespełna trzy dni. Pamiętam, jak pierwszego wieczoru napisałam koleżance, od której ją dostałam wiadomość, że to naiwna historia nastoletniej miłości. Strach przed nieznanym, pierwsze próby złapania za rękę, przeciągane spojrzenia... To mnie momentami bawiło. Dawno już wyszłam z tego okresu i czytając te fragmenty czułam się jak podglądacz czający się gdzieś za drzwiami, który z jednej strony chciałby popchnąć ich w swoim kierunku, z drugiej mówi "jeeej! jak nie chcesz to tego nie rób, przestań mącić mu w głowie!". Ale tak naprawdę - jest to po prostu urocze. Miło od czasu do czasu przeczytać coś takiego.

Niemniej to nie jest łatwa, lekka i przyjemna książka.

Emma jest nastolatką. Na pierwszy rzut oka podobną do wszystkich - chodzi do szkoły, ma swoje pasje, najlepszą przyjaciółkę oraz mniejsze i większe problemy. Ale kiedy bliżej jej się przyjrzeć - z rówieśniczkami łączy ją tak naprawdę niewiele. Jest ładną, choć cichą dziewczyną żyjącą w cieniu tej najładniejszej. Wiemy, jak funkcjonują amerykańskie szkoły, prawda? Zawsze jest ta, z którą chcą się przyjaźnić wszyscy. Emma doświadcza zaszczytu, który przysługuje nielicznym (a właściwie nikomu innemu) - zna jej każdą, nawet najmniejszą tajemnicę. Sęk w tym, że kiedy ja wyobrażam sobie to "bożyszcze", staje mi przed oczyma... zadufana, nazbyt pewna siebie, egoistyczna lalunia. (oglądaliście "Wredne dziewczyny"? wiecie, o czym mówię ;)) Sophie taka nie jest. Jest tym rodzajem przyjaciółki, której życzę każdemu. Oddana, kochająca, potrafiąca słuchać, chętnie niosąca pomoc, bezinteresowna. Więc... Emma ma szczęście, można by pomyśleć.

Niestety, nic bardziej mylnego. Jej rodzice odeszli. Ojciec nie żyje, matka uciekła i od lat nie daje znaku życia. Emma mieszka z wujostwem - bratem ojca i psychiczną ciotką. Choć choroby psychicznej nikt nie stwierdził, nie da się ukryć, że z jej psychiką wyraźnie jest coś nie tak. Kochająca matka dwójki dzieci, która skłonna jest przychylić im nieba, a pod ich nieobecność zamienia się w kata. Bez cienia zawahania potrafi zrzucić Emmę ze schodów, oparzyć wrzątkiem czy wbić nóż w rękę. I wyjść z kuchni z uśmiechem na ustach.

Nie chcę zdradzać Wam zbyt wiele, żeby nie odwieźć Was od sięgnięcia po tę pozycję. Ale muszę Wam przyznać, że jest to jedna z najlepszych książek skierowanych do młodszych czytelników, z jaką miałam do czynienia. Od tego typu literatury zaczynałam swoją przygodę z czytaniem i naprawdę chętnie sięgnę po więcej. Co więcej - "Powód by oddychać" to pierwsza część serii zatytułowanej "Oddechy" (aktualnie czytam drugą część, niebawem pojawi się recenzja) i kiedy ją skończyłam, byłam szczerze wściekła, że muszę kolejne kilka dni poczekać na kontynuację.

A na końcu zwyczajnie płakałam.

zdjęcie własne.

Moja ocena: 6/6