Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Psychologiczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Psychologiczne. Pokaż wszystkie posty

13:26:00

Joanna Chodak - Liczone w latach

Joanna Chodak - Liczone w latach
 
Zbieram myśli od kilku dni i chcę Wam powiedzieć na wstępie, że od dawna o żadnej książce nie mówiło mi się tak ciężko, jak będzie w tym przypadku. 

Anka to 25-latka z Wrocławia, pracownik korporacji, która - jak większość pracowników takich miejsc - nienawidzi jej tak mocno, jak kocha. Mieszka z dwiema przyjaciółkami, wychodzi do klubów, czasem szuka przygód - żyje. Niby nic dziwnego, nic nadzwyczajnego, takie prawo wieku, mogłabym powiedzieć. Ale poza tym Anka ma w sobie coś jeszcze, pewną tajemnicę, swoją przeszłość i... 


Relację, która rozrywa jej serce. Która rozerwała je kiedyś, tysiąckroć, na tysiące milionowych kawałków. Z radości dnia codziennego przebijają się łzy dawnych strat i niespełnionych obietnic, a ona - choćby naprawdę chciała - nie potrafi wyrzucić GO ze swojego życia. Anka jest młodą kobietą, jakich na świecie tysiące. Tyle, że Anka ma JEGO, w każdej minucie swojego życia, nawet jeśli od półtora roku nie zamieniła z NIM choćby jednego słowa. 

Są tacy ludzie i są takie relacje, które żyją mimo upływu czasu. Których nie rozdzielają kilometry i niedopowiedzenia, które z jednej strony możemy określić - cytując za Zeusem - im jesteśmy bliżej, tym jesteśmy dalej, a z drugiej strony takie, które po wielu latach dalej będą żywe, dalej gdzieś ubodną, choć z upływem czasu przestały trząść się ręce... 

Nie chcę powiedzieć zbyt wiele. Liczone w latach to naszpikowana emocjami opowieść o poszukiwaniu siebie, o rozprawianiu się z demonami przeszłości, o relacjach kształtujących osobowości. To historia młodej kobiety, która kocha do utraty tchu. Historia pełna dumy, pełna niedopowiedzeń, pełna obietnic w oczach i iskierek rozświetlających najciemniejsze noce. Historia, która wpisuje się w człowieka.


08:35:00

Marcin Wójcik - Celibat

Marcin Wójcik - Celibat


Wspomniałam Wam ostatnio, że wrażenie odpuszczenia kina będzie nikłe, ale tym razem - zgodnie z obietnicą - mam dla Was historię pewnej książki. Ostrzegam tylko, że jest trochę bardziej kontrowersyjna niż film Vegi, o którym mówiłam poprzednio i przeznaczona nie tylko dla pełnoletnich czytelników, ale też tych o mocnych nerwach. 

A przynajmniej sądząc po większości opinii z którymi się spotkałam, tak właśnie powinnam powiedzieć. Tyle, że sama nie do końca to czuję, ale po kolei. 

Temat Celibatu zaczęła jedna z moich koleżanek, kiedy w rozmowie z drugą przeszły na tory zbliżającego się okresu komunijnego i związanym z nich przygotowań dziecka Drugiej. Od słowa do słowa - czytam właśnie książkę, pożyczę Wam jak skończę. Jako że ja byłam w kolejce trzecia, a ostatecznie stałam się czwarta, zanim sama usiadłam do lektury znałam już opinię większości, z czego dwie nie dobrnęły do końca, bo padło w tej książce aż nazbyt dużo słów, których człowiek nie chciałby być świadkiem. 

Jeszcze zanim na dobre zacznę chcę powiedzieć, że zupełnie świadomie nie poruszam publicznie tematów pieniędzy, religii i polityki i nie ma to nic wspólnego z moim brakiem zainteresowania tymi tematami, ale bardziej z tym, że uważam, że pierwsze każdy ma swoje, a na temat tych dwóch kolejnych każdy ma prawo mieć swoje zdanie i o ile dyskutować zawsze warto, tak te trzy rzeczy budzą kontrowersje tak wielkie, że zbyt często prowadzą do niepotrzebnych kłótni. I cokolwiek zostanie napisane dalej - jest to wyłącznie moja opinia, którą proszę, byście uszanowali, tak samo jak ja uszanuję Waszą. 


I zacznę, jak to często bywa - od końca, a mianowicie od słów wyjaśnienia autora, że książka zawiera tylko jedną stronę kościoła i opisuje tylko jeden sposób zachowania księży, przy czym - oczywiście - jest jeszcze ten drugi, normalny, stanowiący prawdziwych ludzi wiary.



Mimo wszystko Celibat jest właśnie ni mniej ni więcej, a właśnie opowieścią o miłości i pożądaniu. W dużej mierze opisuje on historie księży wierzących, wątpiących, czujących powołanie do głoszenia religii, ale również umiłowanie dla drugiego człowieka, które niekiedy prowadzi do miłości - ludzkiej, prawdziwej, człowieka do człowieka, mężczyzny do kobiety, do ich dzieci, niekiedy do mężczyzn, do swoich rodzin, wcale nie na przekór Bogu, choć jest to sprzeczne z tym, czemu ślubowali, w czym obiecywali wytrwać, ale nie wytrwali. 

Z drugiej jednak strony Celibat to historia księży krzywdzących - swoje kobiety, swoich mężczyzn, ufające im dzieci, dla których mieli stanowić wzór do naśladowania, najwyższą formę autorytetu, z którym mieli dzielić największe lęki i troski. 

Słyszałam i czytałam naprawdę wiele opinii, że to obrzydliwa i denerwująca historia kościoła, o której wszyscy wiedzą i wszyscy mówią, a oficjalnie wciąż utrzymuje się, że te sytuacje nie mają miejsca. Dlaczego ja tego nie poczułam? Wzdycham tu ciężko, ale świadomie. Ja to już widziałam. Znam mężczyzn, którym wiele lat temu, kiedy byli dziećmi, ksiądz składał niedwuznaczne propozycje zostania po mszy. Znam syna proboszcza swojej niegdysiejszej parafii, który jest - w porównaniu do ojca - naprawdę świetnym człowiekiem, dobrym partnerem i cudownym ojcem. I znam księdza, który ludzko kochał pewną cudowną kobietę przez wiele miesięcy, które jednak nie oderwały go od Boga, a które im obojgu złamały wtedy serca. 

Nie potrafię powiedzieć, że ta książka jest obrzydliwa, bo poza tym, że kilkoro z tych księży okazało się zwyczajnymi tyranami to uważam, że w dużej mierze przedstawiono w niej ludzi i ludzkie słabości. Czytałam już wiele historii o przemocy i tej wcale nie uważam za gorszą. Niemniej jednak jestem w pełni świadoma, że sposób pojmowania wiary i Kościoła jako takiego niewątpliwie wpływa na odbiór tego, co za sprawą Wójcika ujrzało światło dzienne. Ja je już po prostu znałam. 


14:31:00

Casey Watson - Krzyk o ratunek

Casey Watson - Krzyk o ratunek


Wydawnictwo: Amber
Data wydania: 2013 rok
Liczba stron: 336
Przekład: Julia Wolin
 
Casey Watson jak Cathy Glass opiekuje się najbardziej skrzywdzonymi przez najbliższych dziećmi. Prowadzi dom zastępczy dla dzieci z największymi problemami psychologicznymi i wychowawczymi. Takich, z którymi nikt już nie mógł sobie poradzić. A potem – jak Cathy Glass – opisuje ich historie: jeszcze bardziej tajemnicze, jeszcze bardziej drastyczne i przejmujące.Dziewczynka, która trafia do Watsonów, ma u nich przebywać tymczasowo: jej stała opiekunka przechodzi załamanie nerwowe, Sophia jest u niej od półtora roku, odkąd jej matka uległa tajemniczemu wypadkowi…
Ale od pierwszej chwili Casey czuje niepokój, który stopniowo zamienia się w coraz większy lęk. Sophia wygląda bardziej jak osiemnastolatka niż dwunastolatka. Prowokuje mężczyzn niedwuznacznym erotycznym zachowaniem. Kobietami gardzi. I każdy musi robić to, czego ona chce. Bo jeśli nie, wie, jak sprawić, żeby tego pożałował…
Casey, jej mąż i dorosłe dzieci są najpierw zakłopotani i skrępowani. Potem pojawiają się podejrzenia, że nie powiedziano im wszystkiego. A wreszcie strach – bo nie wiedzą, kim naprawdę jest Sophia: zagubioną dwunastolatką czy Lolitą, dziewczynką z problemami psychicznymi czy wyrachowaną manipulantką, dzieckiem po koszmarnych przejściach czy potworem. Jedno jest pewne: dopóki Sophia mieszka z nimi, nie są bezpieczni…

Tylko Casey, mimo śmiertelnego zagrożenia, nie rezygnuje z walki. Dla niej Sophia to tylko chore, skrzywdzone dziecko. I tylko ona słyszy w jej przerażających czynach rozpaczliwy krzyk o ratunek.


Jakkolwiek brutalnie może to zabrzmieć w kontekście historii tak strasznej, bo przecież prawdziwej... spodziewałam się po tej książce czegoś więcej. Na moją listę Must Read trafiły wszystkie pozycje z serii "Skrzywdzone" z Amber, a pierwsza, z którą się spotkałam to "Nikt nie przyjdzie" Maguire i Garner, które to... emocjonalnie mnie rozbiło. Pamiętam jeszcze jak bolało mnie serce, kiedy tym chłopcom działa się krzywda... I pamiętam, że zaraz na początku, dodając tę książkę do biblioteczki na Lubimy Czytać przeczytałam kawałek recenzji mówiący o tym, że to "najłagodniejsza pozycja z serii".

Tak więc (nie zaczyna się zdania od "tak więc"), tak więc biorąc pod uwagę tamten komentarz, spodziewałam się czegoś, co kolejny raz odbierze mi oddech i przyprawi o stan co najmniej przedzawałowy. Tymczasem... ciężko było mi te słowa czytać, ale z innego powodu.

Sophia jest dzieckiem. Dwunastolatką, której mama w stanie wegetatywnym przebywa w szpitalu po ciężkim, niewyjaśnionym wypadku. Dziewczynką, której wuj - jedyna rodzina wykazująca chęć opieki - odrzuca ją z przyczyn nikomu niezrozumiałych. Nastolatką we wczesnym tego okresu stadium, która nieco odbija się od jednej rodziny zastępczej do drugiej, nigdzie nie mogąc zagrzać miejsca, wciąż spotykając się z brakiem zrozumienia i - dziś już to wiem - zainteresowania.

Do Watsonów trafia po załamaniu nerwowym swojej dotychczasowej opiekunki. Już z początku stwarza pozory niezdyscyplinowanej, rozpieszczonej dziewuchy, która fizycznie jest aż nazbyt dojrzała jak na swój wiek. Nie przypomina bowiem innych dwunastolatek. Jest piękna i na każdym kroku stara się to wykorzystać.

Ale... to już chyba wiecie z opisu, co? Do rzeczy. Ten niepokój, który w związku z przybyciem Sophii czuje Casey przenosi się na czytelnika. Współodczuwanie emocji w przypadków książkowych bohaterów jest zabiegiem pożądanym, ale ja nie jestem pewna czy tutaj to były właściwe emocje. Trzysta stron tej książki to tak naprawdę trzysta stron palenia papierosów i bezradności. Pytań co robić, co dalej, o co chodzi... Rzadziej jak jej pomóc. Odniosłam tutaj wrażenie, że Casey zwątpiła w słuszność decyzji jaką było przyjęcie Sophii pod swój dach, choć ona w rozmowie z mężem zaprzeczyła jego podobnym domniemaniom.

Kolejną rzeczą jest... pochrzaniony system. Inaczej tego nie mogę ująć, wybaczcie. Chodzi mi o to, że opieka społeczna "dała" Watsonom dziecko i umyła ręce, kiedy poszukiwali - najpierw - informacji, a później już zwyczajnie pomocy. Zbywani kolejnym "robię co w mojej mocy" przeżywali koszmar niewiedzy w swoim domu i - tak naprawdę - koszmar strachu o własną rodzinę, kiedy nie mogli już zapanować nad dzieckiem, z którego problemów nikt nie zdawał sobie sprawy.

Wrócę do początku - Sophia jest dzieckiem. Nie przeciętnym, nie jak każde inne. Niemniej jednak jest dzieckiem, które po strasznych wydarzeniach w domu, po braku zainteresowania ze strony matki, dziadków, wuja i opiekunki, która miała stać się jej ostoją, po prostu potrzebuje pomocy. Prawda jest taka, że to biedne dziecko potrzebowało jej już na pierwszej stronie, kiedy dzwoniło po pogotowie widząc wypadek matki. A może, tak uważam, potrzebowało jej dużo, dużo wcześniej. Casey mimo usilnych chęci pomocy, jakie są tutaj niejednokrotnie podkreślone, po prostu nie może jej pomóc. I choć możecie to uznać za spojler (wybaczcie) to chodzi o to, że bez względu na to jak wiele miłości i zainteresowania włoży się w kontakt z drugim człowiekiem - nie można wykluczyć z jego otoczenia specjalistów, bo żadne uczucie nie zastąpi fachowej pomocy i - przede wszystkim - wiedzy, jaką dysponuje psycholog czy psychiatra.

Abstrachując na chwilę od książki nasunęła mi się myśl, kolejny raz z resztą, że choć żyjemy w pozornie otwartym społeczeństwie to mam wrażenie, że ludzie wcale tacy otwarci nie są i każdy PROBLEM psychologiczny jawi im się jak choroba. A to wcale tak nie działa.

"Krzyk o ratunek" to traktat o poszukiwaniu pomocy. Nie przypisałabym temu etykiety "o przemocy", powiedziałabym raczej "o problemach". Tak czy siak, psychologicznie bardzo, bez względu na szufladkę i choć spodziewałam się czegoś innego, czegoś może mocniejszego, to dziś powiem, że emocjonalność tej książki dostrzegam w niej bardziej po odłożeniu niżeli w momencie czytania. Z ręką na sercu, po prostu nie lubiłam Casey.

Nie oceniam, bo nie mam prawa. Życia nie poddaje się ocenie.
Ale polecam, bo warto znać ten temat. (i zagłębić się w niego po skończeniu lektury)

19:47:00

Tina Nash - Oślepiona (+18)

Tina Nash - Oślepiona (+18)

 książka zawiera brutalne sceny, 
przez co przeznaczona jest dla osób powyżej 18 roku życia.

Moja nieobecność tutaj nie jest spowodowana brakiem weny. Jest kolejnym wynikiem zapracowania, jakie ogarnęło mnie w ostatnich tygodniach. Co za tym idzie, czasu na książki też nie umiałam wygospodarować. Wierzcie lub nie, ale nawet kilku minut na słuchanie muzyki mi zabrało. W każdym razie - dwa tygodnie temu w moim domu pojawiła się książka, obok której nie sposób przejść obojętnie. Z jednej strony z racji tytułu, który bardzo przyciąga uwagę, z drugiej z racji tego, co pochłonęło moją uwagę w tym roku, a kolejna rzecz... przejęcie mojej rodzicielki, kiedy bardzo delikatnie odkładała ją na półkę, jakby nie chcąc uszkodzić. Na pewno znacie to uczucie i na pewno rozumiecie co mam na myśli. Chodzi o to, że niektóre książki poruszają nas tak bardzo, że nie sposób o nich zapomnieć i kiedy tylko bierzemy je do rąk wyznaczają sobie miejsce, gdzieś w nas samych.

Nie będę pisać recenzji tej książki, bo nikt nie dał mi prawa oceny cudzego życia, a w związku z tym, że jest to autobiografia - wydanie jej oceny byłoby co najmniej nie na miejscu. Ale odłożyłam tę książkę na półkę z tą samą delikatnością, którą widziałam u rodzicielki, a teraz nie mogę się tym z Wami nie podzielić.

Możliwe, że część z Was tragiczną historię Tiny Nash zna z wiadomości. Być może nigdy o niej nie słyszeliście i nie wiecie, co ten (+18) skurwiel jej zrobił. Nie będę przepraszać za słownictwo, bo tego typu wydarzenia budzą emocje i zdolność do ich odczuwania świadczy o tym, że jesteśmy ludźmi. W porównaniu do niego.



Szokująca historia prawdziwa niewyobrażalnej przemocy domowej i dramatu okaleczonej matki opisana w bestsellerowej autobiografii. Historia, która wstrząsnęła Wielką Brytanią i odbiła się szerokim echem w mediach na świecie – również w Polsce pisała o niej prasa

Top 10 listy bestsellerów „The Bookseller” w listopadzie 2012 – w pierwszym tygodniu sprzedaży.



Kochała go bezgranicznie. A on pozbawił ją oczu… Kiedy w roku 1999 dziewiętnastoletnia Tina poznała Shane’a, koleżanka ostrzegła ją, że jest niebezpieczny. Lecz gdy spotyka go dziesięć lat później, widzi w nim przede wszystkim mężczyznę, w którego silnych ramionach znajdzie upragnione poczucie bezpieczeństwa. Całkowicie zauroczona nie zauważa, jak agresywny potrafi być jej ukochany.
Po ośmiu miesiącach następuje pierwszy brutalny atak. Shane wyzywa Tinę, opluwa i wyrzuca przez okno na ulicę... Tina nie zrywa z nim – miłość bierze górę nad instynktem samozachowawczym. „Stałam się jak narkomanka, byłam szczęśliwa tylko wtedy, kiedy dostałam swoją działkę – Shane’a”. To uzależnienie jest silniejsze niż ból, strach i upokorzenia. Ciężkie pobicia, pęknięcie kości policzkowej, rany zadawane nożem, interwencje policji, kochanki Shane’a przewijające się przez dom Tiny – jak można to wytrzymać? Jednak Tina znosi kolejne tortury. Shane znęca się nad nią, również na oczach jej dzieci, a ona wciąż wierzy, że to już ostatni raz, że teraz on się zmieni. Ta nadzieja kończy się 20 kwietnia 2011 roku, wraz z ostatnim okrutnym atakiem. Przez dwanaście godzin Shane katuje Tinę do nieprzytomności i wbija jej palce w oczy... 


Wiecie, ja stłumiłam w sobie echo tych wydarzeń z wiadomości. Do ostatniej kartki miałam nadzieję, że ten opis z okładki jest przesadzony. Że Tina tak naprawdę jest postacią fikcyjną, a co ważniejsze, że Shane jest jedynie chorym wytworem wyobraźni autora. Że tej historii nie było. Ale nie, to naprawdę miało miejsce w rzeczywistości...

W pewnym momencie czytania pojawia się nie tyle ciekawość co potrzeba, by do tych wydarzeń wrócić. By zapytać Google co stało się z Tiną dalej, co z tym bydlakiem - czy zgnił w pierdlu, czy wyszedł na wolność. Kto wie jak ten facet wygląda, jak wyglądał przy Ti... wiecie, ja znam taką parę. Tyle tylko, że oni są małżeństwem, które łączy taka miłość, że każdy chce brać z nich przykład.

Czytałam opisy tych wydarzeń i w pewnym momencie zauważyłam, że trzęsą mi się dłonie. I to nie był wynik niewygodnej pozycji czy niskiej temperatury. Ja się po prostu bałam. Bo czułam się tak, jakbym stała tuż obok. Jakbym z całych sił próbowała odciągnąć Shane'a od Tiny, by już nigdy więcej nie mógł zrobić jej krzywdy. A później jakbym patrzyła jak jej wychudzone, zmęczone katuszami ciało powoli eksploduje, kiedy zmysł wzroku został już nie tyle uszkodzony, co zwyczajnie... wyszarpnięty z jej ciała.

Tematyka przemocy w rodzinie jest mi bliska z wielu względów, także zawodowych. Nie oceniam tej książki i nie powiem Wam, że nadaje się dla każdego. Bo dla ludzi wrażliwych... po prostu nie jest dla nich. Bo to nie jest historia, która porusza serca w ten piękny sposób, w jaki otulają nas romanse. I to nie jest historia, którą ktoś z nas chciałby przeżyć czy obserwować. Nie oceniam tej książki i nie mówię, by po nią sięgnąć, jeśli macie płakać bądź nie spać po nocach. (co, wierzcie mi, jest możliwe)

Proszę Was tylko, byście zawsze, cokolwiek się dzieje wokół - mieli otwarte oczy. Bo świat nie jest usłany różami, a Was zdziwiłoby to, jak wiele osób w naszym najbliższym otoczeniu potrzebuje pomocy i jak wielu bezgłośnie o nią prosi. Bądźcie w stanie słuchać. Zwłaszcza ciszy. Bo to w niej ukryte są najgłośniejsze wołania.

19:16:00

Martyna Masiak - Jestem wiatrem

Martyna Masiak - Jestem wiatrem



Książka ukazuje ponury świat młodych ludzi z bardzo poważnymi problemami, którzy biorą narkotyki, kaleczą się, podejmują próby samobójcze. Wskazuje, że zbyt łatwo przychodzi nam ocenianie osób, które uważane są za trudne. Rzadko zaś mamy ochotę podjąć wysiłek i naprawdę poznać danego człowieka, by odkryć źródło jego kłopotu. Żadne problemy, nałogi, antyspołeczne zachowania młodych ludzi nie biorą się z powietrza. Książka stara się podpowiadać drogę wyjścia. Pomóc może nie tylko drugi człowiek, ale również kontakt z przyrodą, szczególnie ze zwierzętami, które postawione są w hierarchii na równi z człowiekiem. Narracja przeplatana jest opowiadaniami, przypowieściami, poezją, osobistymi przemyśleniami.








Moje zamiłowanie do psychologii powraca ostatnio na półki z książkami, coraz częściej wybieram to, co w mniejszym lub większym stopniu jest z nią związane. I podobnie tutaj, właśnie te poważne problemy sprawiły, że zdecydowałam się sięgnąć po tę powyższą. 

Od tego typu książek na dobre zaczęła się moja przygoda z czytaniem, więc mogę powiedzieć, że mam do nich niejaki sentyment i zawsze chętnie wracam do tego typu psychologicznych pozycji. "Jestem wiatrem" to historia zwierająca śladowe ilości autobiografii autorki, która przeszła długą drogę do odnalezienia samej siebie. Z resztą, chyba każdy z nas taką przeszedł, w taki czy inny sposób mierząc się ze swoimi demonami. W tym przypadku - tymi demonami są nałogi. Poznajemy tutaj nie tylko historię młodych, zagubionych ludzi, ale również spojrzenie na nich postronnych obserwatorów, którzy często pochopnie wydają sądy na ich temat, nie biorąc w ogóle pod uwagę tego, że wszystko ma przecież swój powód. 

Pani Masiak wprowadza nas w ten świat uzależnień i samookaleczeń pokazując, że nie zawsze jedynym wyjściem z sytuacji, w jakiej się znaleźli jest drugi człowiek, za którym przeważnie stoi szpital i grono ludzi w kitlach. Ważną rolę w tej historii odgrywają zwierzęta, które swoim spokojem i łagodnym usposobieniem, a także zdolnością wyczucia w nas tego co dobre i nawiązania przyjaźni pomimo tych skaz, które często odrzucają ludzi. 

Nie jest to pamiętnik, a mimo to nieraz odniosłam wrażenie, jakbym czytała pełne bólu i cierpienia zapiski poszczególnych osób. W dodatku przeplecione z uwagami autorki i krótkimi przypowieściami niosącymi za sobą jakąś - niekiedy trudną do zrozumienia, zwłaszcza dla bohaterów - prawdę. 

Zazwyczaj na koniec staram się określić, komu polecam poszczególną lekturę, a komu niekoniecznie... w przypadku "Jestem wiatrem"po prostu tego nie wiem. Z jednej strony wydaje mi się, że jest to pozycja dobra dla osób lubiących psychologię i takich, które wykazują się empatią, nie oceniają po pozorach. Z drugiej myślę, że to dobra lekcja dla tych z nas - czytelników - którzy mają problem ze znalezieniem własnej ścieżki i tych, którzy potrzebują... kopa, by poszukać sensu. W każdym razie - te niespełna trzysta stron to całkiem niezły wykład, zwłaszcza dla młodych ludzi.

Moja ocena: 5/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Novae Res.



+ zapraszam na fejsbuka :)

16:40:00

Kaja Platowska - O tym się nie mówi

Kaja Platowska - O tym się nie mówi
Wciąż istnieją wśród nas tematy trudne i wstydliwe. Tabu, które budzi przerażenie, pogardę lub śmiech. Mimo iż stopniowo otwieramy się na rozmowę o zdrowiu psychicznym, to najczęściej nie chcemy mieć z tym nic wspólnego. Boimy się tego, co odmienne.

Hanna lubi porządek i czuje nieustanny przymus powtarzania oraz liczenia różnych rzeczy. Izabela żyje z chwili na chwilę, w permanentnym bałaganie i słowo „plan” zna tylko ze słownika. Obie trafiają do jednej sali w miejscowym szpitalu psychiatrycznym. Hanna i Izabela – dwa przeciwieństwa, dwie różne osobowości. Każda z nich ma swój własny sposób na przetrwanie i radzenie sobie z życiowymi trudnościami. Długo nie zdają sobie sprawy, że łączy ich ten sam cel.

Bohaterowie powieści „O tym się nie mówi” to pacjenci szpitala psychiatrycznego. Marzą, tęsknią, przeżywają smutki, przyjaźnią się, czekają, radują i walczą jak każdy człowiek. Mają swoje obowiązki, czas wolny, przyjęcia, strajki i Dzień bez Lekarza Dyżurnego. Często gromadzą się wokół oddziałowej budki telefonicznej, która stanowi dla nich symbol innego życia i świata zewnętrznego. Każdy dzień, choć pozornie wygląda tak samo, niesie za sobą nowe przeżycia, porażki i sukcesy.

Książka zabiera nas w ten świat i, niczym przewodnik, prowadzi przez codzienność i niecodzienność szpitalnej rzeczywistości, oswajając, zmuszając do refleksji i ucząc dystansu....


Nie wiem, czy kiedyś o tym wspomniałam, ale psychologia jest moją wielką pasją, a co za tym idzie, obok powyższej pozycji nie mogłam przejść obojętnie. 

Mamy szpital psychiatryczny wypełniony ludźmi z różnymi problemami, a wśród nich dwie kobiety. Pierwsza z nich - Izabela - uzależniona jest od alkoholu. Pociąg do niego sprawia, że jej życie powoli zaczyna się sypać. To, co do tej pory można było rozwiązać przy odrobinie chęci teraz wydaje się nie do poskładania. Iza jest chaotyczna, niezorganizowana i mocno zagubiona. 

Hanna zaś jest jej przeciwieństwem. Cierpiąca na zaburzenia maniakalne kobieta by móc funkcjonować potrzebuje określonego planu, idealnego porządku i harmonii. Jedna rzecz pozostawiona nie na miejscu sprawia, że jej spokój ulatuje, a na jego miejsce pojawia się niewytłumaczalny lęk. Co za tym idzie - życie w jednym pokoju z Izabelą stanowi dla niej nie lada wyzwanie. 

Pani Platowska wprowadza na w świat tych dwóch kobiet, pozwala je poznać, zagłębić się w ich historię. Cofamy się do momentu, w którym ich problemy się zaczęły i stopniowo idziemy dalej. 

Nie powiem, że "choroby psychiczne", bo nie tylko one - wszelakie zaburzenia psychiczne, czy nawet psychologiczne, stanowią dla nas temat tabu. Co mnie osobiście nadal zaskakuje zważywszy na to, że żyjemy w świecie, gdzie co druga osoba choć raz w życiu miała (lub mieć powinna) styczność z psychologiem, a te spotkania nie są przecież niczym złym. Co trzeci Amerykanin chodzi do psychoterapeuty i tam dla nikogo nie stanowi to problemu. Dobra, to byłby długi temat, a nie o tym miałam... 

Trochę się zawiodłam. Kaja Platowska podjęła się bardzo ciekawego tematu, który niestety mam wrażenie pozostawiła trochę nierozwinięty. Czytam historię, która ma wielki potencjał, a w pewnych momentach czuję... nudę, po prostu. Są w tej książce chwile stanowiące zwyczajne lanie wody i kwestie błądzące i powtarzane w kółko, co moim zdaniem można by pominąć i zastąpić czymś, czego jeszcze nie wiemy. 

Tak czy siak... jest to ciekawa pozycja dla tych, którzy lubią psychologię i literaturę opisującą zagubienie, bowiem bohaterki miotają się tutaj pomiędzy tym, co powszechnie uznawane za normalne, a swoim światem, w który zaprowadził ich umysł. Natomiast nie jest to coś lekkiego i przyjemnego dla chcących spędzić wiosenny wieczór w towarzystwie muzyki i pachnącej herbaty. 

Moja ocena: 4/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Novae Res.


+ zapraszam na fejsbuka :)

17:17:00

Paulina Machnicka - Zagubiona

Paulina Machnicka - Zagubiona


Miłości nic nie może rozdzielić. Nawet śmierć.

Julia, dwudziestoparoletnia studentka – wychowanka domu dziecka - nie może pogodzić się ze stratą ukochanego. Nie dość, że była świadkiem jego wypadku, to jeszcze wszystko przypomina jej o martwym chłopaku. Najchętniej zanurzyłaby się w ciepłej kołdrze i nie ruszała w ogóle, ale są jeszcze na świecie osoby, które starają się jej pomóc – dwie koleżanki ze studiów i mama jej chłopaka.

Widzi ich starania, ale rozpacz przepełnia ją doszczętnie. W końcu nie zawsze miłość jest czymś, co zdarza się na co dzień. A szczególnie taka, która łączyła Julię i Micah. Bezpretensjonalna i szczera.

Refleksje Julii na temat tego, co jest dla nas ważne i jak bardzo można cierpieć popychają ją do czynu, który staje się dla niej wybawieniem.




Może to przez te oczy na okładce, może zaciekawił mnie tytuł, może opis... sama nie wiem. Byłam zaskoczona biorąc do ręki tę książkę, ponieważ byłam przygotowana na coś obszerniejszego, a tu nagle okazało się, że Zagubiona ma zaledwie osiemdziesiąt osiem stron. Godzina spędzona ze słowami pani Machnickiej, aż tu nagle... koniec.

Tak jak czytamy w opisie, Julia jest studentką, wychowanką domu dziecka, bardzo przywiązaną do mamy swojego chłopaka, Micah. Poznajemy ją w dniu urodzin, w momencie, kiedy pogrąża się w głębokim smutku po stracie ukochanego. W prezencie od niedoszłej teściowej dostaje pamiętnik, który poniekąd staje się jej azylem. Przez równe sześćdziesiąt dni zapisuje w nim słowa, kieruje je do nieżyjącego mężczyzny, zwierza się z uczuć, emocji i lęków. Z czasem też z małych, krótkich, jednak ważnych radości, jakie stanowią dla niej spotkania z przyjaciółkami. 

I więcej Wam nie powiem. 

Zastanawiałam się jak mam się zabrać za recenzję tej książki. Ze względu na to, że jest ona bardzo krótka, nie mogę powiedzieć Wam zbyt wiele, by nie zniechęcić Was do czytania spojlerem. Z drugiej strony - coś powiedzieć wypada. Więc może... sprawdźcie sami, o co w tym wszystkim chodzi. 

Zdaję sobie sprawę z tego, że nie wszystkim tego typu książki mogą się podobać. Jest to dziennik, zapiski młodej, skrzywdzonej przez los dziewczyny, która nie potrafi pogodzić się ze stratą najważniejszej dla niej w życiu osoby. Co za tym idzie - pełno tutaj smutku i melancholii. Powiedziałabym, że moje klimaty. Nie dlatego bynajmniej, że lubię patrzeć na cierpnie innych, ale dlatego, że lubię zagłębiać się w psychikę bohaterów. Julię polubiłam chyba od początku. Dość szybko się do niej przywiązałam, bo dzięki tym słowom pisanym bezpośrednio "przez nią", byłam w stanie wczuć się w jej sytuację. 

Ze względu na tematykę Zagubionej nie powinnam mówić, że jest to lektura lekka i przyjemna, ale szczerze mówiąc... Poniekąd tak właśnie jest. I dlatego trochę się zawiodłam. Jak już wspomniałam na początku, spodziewałam się czegoś obszerniejszego, bo kiedy myślę sobie o utraconej miłości, wydaje mi się, że człowiek wtedy wspomina. Wspomina dużo i dużo chciałby zapisać, by nigdy tego nie zapomnieć. Czy nie tak się dzieje w większości wypadków? Zwłaszcza, że Julia, podobnie jak ja i pewnie wielu z Was, jest miłośniczką słów, autorką niejednego tekstu, a nawet własnej powieści, o której niejednokrotnie wspomina w swoich monologach do Micah. Dlatego, moim zdaniem, tę książkę można by rozwinąć, mocno rozbudować. Zamysł autorki był jednak taki a nie inny, książka jest dobra, tylko ja jako zapalony czytelnik, który trafił na coś, co tematycznie i językowo naprawdę do niego przemawia - po ukończeniu Zagubionej czułam się tak, jakbym właśnie skończyła czytać streszczenie.

Plus, jeszcze jedna sprawa... do samego końca czekałam na przełomowy moment w życiu Julii, kiedy wyjdzie z domu, pokona depresję, zacznie żyć... i jeśli chodzi o zakończenie - nie lubię przewidywalnych książek, ale tutaj, mimo że nie spodziewałam się tego, co się stało - chyba się jednak zawiodłam.

Mimo wszystko, jeśli macie chwilę, lubicie teksty naładowane emocjami, niekoniecznie do końca pozytywnymi, ale z całą pewnością bardzo silnymi - polecam Wam tę pozycję. Dużo czasu Wam to nie zajmie, a zawsze miło zapoznać się z kimś młodym, nowym na rynku, kto bardzo obiecująco się zapowiada.

Moja ocena: 3/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Novae Res. 



Zapraszam na fejsbuka :)

23:01:00

Jolanta Knitter-Zakrzewska - Asmodeusz. Portrety.

Jolanta Knitter-Zakrzewska - Asmodeusz. Portrety.





Fascynacja drugim człowiekiem, obsesja, uzależnienie psychiczne – to wszystko może być tylko iluzją, w której tkwimy silniej niż w rzeczywistości.

Nigdy nie jest jednak zbyt późno na zmianę. Wyboru dokonujemy każdego dnia, podobnie, jak bohaterowie sportretowani w Asmodeuszu. Co może być latarnią w ciemności? Czy na pewno wiemy, co jest dla nas najważniejsze? 

Asmodeusz. Portrety to zbiór 7 opowiadań.








Spodobała mi się oczywiście okładka. Zaintrygował opis. I pokusiłam się o sięgnięcie po Asmodeusza ze względu na to, że od dawna zabierałam się za książkę pisaną w formie opowiadań. Z czystej ciekawości, bo nigdy wcześniej się z taką (bliżej) nie spotkałam.

To, co zastałam w środku nieco mnie zdziwiło. Być może miałam nieco mylne wyobrażenie o tej formie pisania, a może pani Knitter-Zakrzewska po prostu zrobiła to mniej schematycznie od innych (ciężko mi to oceniać ze względu na to, że to moje pierwsze opowiadania). W każdym razie Asmodeusz to nie zbiór kilku tekstów pisanych po kolei, ale historia siedmiu osób spleciona ze sobą. 

To, że skusiłam się na opowiadania to jedno. Ta część z Was, która już mnie poznała, zapewne wie, że nieczęsto zdarzają mi się spotkania z polskimi autorami. Coś mnie od nich odrzuca i mimo świadomości, że niekiedy naprawdę wiele tracę - nie potrafię się nie skrzywić widząc rodzime nazwisko na okładce. No cóż, taki mój defekt. Niemniej ostatnio po naszą literaturę sięgam znacznie częściej i... naprawdę muszę przyznać, że mamy w Polsce osoby warte uwagi. 

Często się czepiam stylu autorów, a tu nie mam czego. Nie zanudziłam się, nie musiałam trzy razy czytać jednego zdania, nie denerwowały mnie powtórzenia czy niedociągnięcia. Więc to mogę uznać za największy plus. Drugim jest oczywiście to, że historie opowiedziane przez panią Zakrzewską (plus za nazwisko, bardzo je lubię ;)) są ciekawe. Jestem wielką fanką psychologicznych rozważań, a nawet wywodów, więc nie mogłabym "psioczyć" na jakość Asmodeusza. Jest w nim dużo refleksji, które lubię. Nieco melancholii, ale przede wszystkim całość stanowi rozważanie na temat jakości naszego życia i naszej świadomości, może raczej jej braku. 

Myślę, że tego typu książki każdemu są czasem potrzebne. W pewnym stopniu skłaniają do refleksji nad naszym życiem i decyzjami, jakie podejmujemy, a także pozwalają nam wyobrazić sobie jakie będą konsekwencje tych wyborów. Nie ma tu jakiegoś niebezpiecznego zagłębiania się w psychikę (trochę tego żałuję ;)), więc nie jest to powieść na miarę Dostojewskiego, co ma swoje plusy, bo z pewnością jest to lektura znacznie prostszą niż niejedna tego typu, a jednocześnie opowiada o rzeczach, które mogą spotkać tak naprawdę każdego z nas, co pozwala lepiej się wczuć w sytuację bohaterów. 

Nie będę Wam tego streszczać, bo nie jest to obszerna książka i gdybym zaczęła moglibyście stwierdzić, że nie warto po nią sięgać, bo wszystko najważniejsze już wiecie. Powiem tyle, że jest to przyjemna pozycja na jesienne, melancholijne wieczory z kubkiem herbaty i kroplami deszczu stukającymi w parapet. Opisane w Asmodeuszu historie są dość smutne, bohaterowie nieszczególnie szczęśliwi (żeby nie powiedzieć, że całkiem nieszczęśliwi). Jeśli fascynują Was ciekawe postaci i lubicie poznawać ludzi - polecam. 

Moje ocena: 5/6