Pokazywanie postów oznaczonych etykietą część pierwsza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą część pierwsza. Pokaż wszystkie posty

17:49:00

Rebecca Donovan - Powód by oddychać

Rebecca Donovan - Powód by oddychać
 
Pierwsza z trzech części chwytającej za serce i pełnej trudnych emocji serii dla dziewcząt pt. Oddechy.
Gdy Emma wraca do miejsca, które nazywa domem, bo nie ma żadnego innego, o którym mogłaby tak myśleć, nigdy nie wie, co ją tam spotka. Tylko wyzwiska? A może bolesne uderzenia? Ile kolejnych ran i siniaków będzie musiała skrywać pod długimi rękawami?
Dlatego Emma nie ma przyjaciół i robi wszystko, by mieć jak najlepsze wyniki w nauce – marzy o dniu, w którym będzie mogła wyrwać się z tego piekła.
Tylko jedna osoba zna jej tajemnicę. Ale jest jeszcze ktoś, kto bardzo pragnie się do niej zbliżyć. Emma jednak za wszelką cenę chce tego uniknąć. Chociaż to rozrywa jej serce na kawałeczki.
Poruszająca historia o próbie normalnego życia za wszelką cenę… i o miłości, która pozwala w końcu zaczerpnąć powietrza.



Zacznę może od tego, że dostałam tę książkę w prezencie. Kiedy zaczęłam ją czytać byłam niemalże pewna, że nie kupiłabym jej sama. Choć ma ujmujący tytuł i nie mniej chwytającą za serce okładkę. A ci z Was, którzy mnie już znają wiedzą, że - chcąc nie chcąc - oceniam książki po okładce. Ale od dłuższego czasu mam również zwyczaj otwierania książek w księgarni i czytania choć jednego zdania. I gdybym trafiła na niewłaściwe... pewnie odłożyłabym ją na półkę. Żałowałabym.

Choć ta książka ma pięćset stron, pochłonęłam ją w niespełna trzy dni. Pamiętam, jak pierwszego wieczoru napisałam koleżance, od której ją dostałam wiadomość, że to naiwna historia nastoletniej miłości. Strach przed nieznanym, pierwsze próby złapania za rękę, przeciągane spojrzenia... To mnie momentami bawiło. Dawno już wyszłam z tego okresu i czytając te fragmenty czułam się jak podglądacz czający się gdzieś za drzwiami, który z jednej strony chciałby popchnąć ich w swoim kierunku, z drugiej mówi "jeeej! jak nie chcesz to tego nie rób, przestań mącić mu w głowie!". Ale tak naprawdę - jest to po prostu urocze. Miło od czasu do czasu przeczytać coś takiego.

Niemniej to nie jest łatwa, lekka i przyjemna książka.

Emma jest nastolatką. Na pierwszy rzut oka podobną do wszystkich - chodzi do szkoły, ma swoje pasje, najlepszą przyjaciółkę oraz mniejsze i większe problemy. Ale kiedy bliżej jej się przyjrzeć - z rówieśniczkami łączy ją tak naprawdę niewiele. Jest ładną, choć cichą dziewczyną żyjącą w cieniu tej najładniejszej. Wiemy, jak funkcjonują amerykańskie szkoły, prawda? Zawsze jest ta, z którą chcą się przyjaźnić wszyscy. Emma doświadcza zaszczytu, który przysługuje nielicznym (a właściwie nikomu innemu) - zna jej każdą, nawet najmniejszą tajemnicę. Sęk w tym, że kiedy ja wyobrażam sobie to "bożyszcze", staje mi przed oczyma... zadufana, nazbyt pewna siebie, egoistyczna lalunia. (oglądaliście "Wredne dziewczyny"? wiecie, o czym mówię ;)) Sophie taka nie jest. Jest tym rodzajem przyjaciółki, której życzę każdemu. Oddana, kochająca, potrafiąca słuchać, chętnie niosąca pomoc, bezinteresowna. Więc... Emma ma szczęście, można by pomyśleć.

Niestety, nic bardziej mylnego. Jej rodzice odeszli. Ojciec nie żyje, matka uciekła i od lat nie daje znaku życia. Emma mieszka z wujostwem - bratem ojca i psychiczną ciotką. Choć choroby psychicznej nikt nie stwierdził, nie da się ukryć, że z jej psychiką wyraźnie jest coś nie tak. Kochająca matka dwójki dzieci, która skłonna jest przychylić im nieba, a pod ich nieobecność zamienia się w kata. Bez cienia zawahania potrafi zrzucić Emmę ze schodów, oparzyć wrzątkiem czy wbić nóż w rękę. I wyjść z kuchni z uśmiechem na ustach.

Nie chcę zdradzać Wam zbyt wiele, żeby nie odwieźć Was od sięgnięcia po tę pozycję. Ale muszę Wam przyznać, że jest to jedna z najlepszych książek skierowanych do młodszych czytelników, z jaką miałam do czynienia. Od tego typu literatury zaczynałam swoją przygodę z czytaniem i naprawdę chętnie sięgnę po więcej. Co więcej - "Powód by oddychać" to pierwsza część serii zatytułowanej "Oddechy" (aktualnie czytam drugą część, niebawem pojawi się recenzja) i kiedy ją skończyłam, byłam szczerze wściekła, że muszę kolejne kilka dni poczekać na kontynuację.

A na końcu zwyczajnie płakałam.

zdjęcie własne.

Moja ocena: 6/6

16:34:00

Emily Giffin - Coś pożyczonego.

Emily Giffin - Coś pożyczonego.



Przebojowa Darcy i rozważna Rachel są najlepszymi przyjaciółkami. 

Mimo różnic charakterów darzą się pełnym zaufaniem. 

Jedna noc wszystko zmienia. 

Kiedy Rachel budzi się u boku Deksa, narzeczonego Darcy, wie, że nic już nie będzie takie jak dawniej. Bo Rachel zakochuje się w Deksie, a data jego ślubu z Darcy jest coraz bliższa...








Niechętnie muszę przyznać, że nie mam ostatnio czasu na czytanie książek. Mój stosik nieustannie się powiększa, a ja mogę jedynie wbijać w niego wzrok, idąc spać po długim dniu. 

Za to moja rodzicielka pochłania książki zamiast je czytać. A w związku z miesiącem, jaki ostatnio spędziła w domu, przytargała z biblioteki wielką torbę, a wśród nich powyższa pozycja. (swoją drogą, powinnam zaangażować mamę w recenzje, byłaby systematyczność! :)) 

Znam już panią Giffin i choć nieczęsto zdarzają mi się tego typu komplementy muszę przyznać, że bardzo tę panią lubię. Więc kiedy zobaczyłam Coś pożyczonego na matczynej półce, postanowiłam zrobić sobie chwilę przerwy i skorzystać z tego, że mamy w domu lekturę, do której zbieram się od dłuższego czasu. 

Rachel poznajemy w dniu jej imprezy urodzinowej, którą organizuje jej przyjaciółka - Darcy. Te dwie na pozór zgrane, z całą pewnością kochające się kobiety, znają się niemalże od zawsze. Wspólne dzieciństwo, wspólne liceum, wspólne plany na przyszłość i... wspólny mężczyzna. Kiedy pijana Darcy opuszcza imprezę, z której zapomina zabrać torebkę, jej narzeczony Deks wraca po nią, kompilując tym samym nie tylko swój związek, ale również (nie)rozerwalną przyjaźń tych dwóch ważnych dla niego kobiet, idąc do łóżka z przyjaciółką.

Historia, której jesteśmy świadkami tak naprawdę zaczęła się dużo wcześniej - jeszcze za czasów studiów. Wtedy bowiem Rachel i Deks się poznali, zaprzyjaźnili, a także - czego nie sposób nie zauważyć - zaczęli darzyć się jakiś głębszym uczuciem. A na pewno zrodziło się ono w mężczyźnie. Rachel... cóż, wydaje mi się, że również, aczkolwiek jej rozwaga skierowała ją bardziej na tory zawodowe niż emocjonalne. I takim oto sposobem, zamiast sama poznawać Deksa bliżej - Rachel poznała go ze swoją przyjaciółką.

Więc mamy zakochaną parę. Narzeczonych, wkrótce idących do ołtarza. I Rachel. Przyjaciółkę z dzieciństwa. Takie trochę popychadło. Przynieś, wynieś, i tak dalej. Sposób traktowania jej przez Darcy sprawia, że tej drugiej szczerze nienawidzę od samego początku, niemalże od pierwszej strony. Chyba wszyscy mamy to nieszczęście, że znamy tego typu ludzi. Wywyższających się, mających się za najważniejszych, pozornie czułych, a tak naprawdę fałszywych i zakłamanych. No cóż, nie jestem w stanie wykrzesać z siebie choć jednego dobrego słowa, kiedy o niej myślę. 

Za to Rachel polubiłam od samego początku. Na pozór pewna siebie. Ale to raczej w pracy. W życiu bardziej zagubiona, potrzebująca (choć nigdy nie szukająca) miłości, kogoś, kto byłby w stanie się nią zaopiekować. Toczy walkę pomiędzy sercem - które ucieka w kierunku Deksa, a rozumem - który każe być wiernym przyjaciółce. Pokierowana słowami przyjaciela poddaje wątpliwości szczerość wieloletniej relacji z Darcy, ale skłamałabym mówiąc, że to rozwiązuje problem. Poniekąd jeszcze go nasila. 

Część z Was widziała pewnie ekranizację tej powieści, nakręconą w 2011 roku, pod tytułem Pożyczony narzeczony. Ja również widziałam film jakiś czas temu, ale to jeszcze bardziej zachęciło mnie do przeczytania książki. (wiecie już, że ja zawsze robię wszystko na odwrót ;)) 

Moja ocena: 5.5/6

+ zapraszam na fejsbuka. 

A tak poza tym, moi drodzy czytelnicy,
to życzę Wam wszystkiego dobrego na te święta. 
Mnóstwa radości i czasu na czytanie :)

23:15:00

MUZYCZNIE, czyli odkrycia muzyczne part ONE

MUZYCZNIE, czyli odkrycia  muzyczne part ONE
Lubię odkrywać nowe zespoły, które swoją muzyką skradają miejsce w moim małym serduszku. Te moje gusta muzyczne kumulują się w bardzo podobnych brzmieniach - głównie rock, rock alternatywny, muzyka alternatywna. Coś, co nie jest znane szerszej publiczności, którego nie słuchają tabuny. Czegoś, czego nie da się usłyszeć w radiowej stacji, czegoś, co trzeba samemu wyszperać i docenić, że jednak to istnieje i jest całkiem niezłe, mimo że polskie (a o tym kolejny muzyczny post w moim wykonaniu).  

dzisiaj słów kilka o zespole LoREiN

Grupa LoREiN powstała w 2009 roku. Członkowie zespołu to mieszkańcy Suchedniowa i Skarżyska-Kamiennej. Wiosną 2010 roku zespół nagrał pierwsze demo (4 piosenki) i zdobył kilka ogólnopolskich nagród: pierwsze miejsce na FAZA Festiwal 2010 w Katowicach, dwie pierwszych nagrody w plebiscycie Świętokrzyskich Nagród Muzycznych "Muzyczne Scyzoryki 2010" (debiut roku oraz najlepszy wykonawca pop). Jest również finalistą kilku innych festiwali, m. in.: Browar Rock Festiwal 2010 w Żywcu, Maj Music Festival 2010 w Katowicach, KrakRock 2010 w Krakowie oraz VII Przeglądu Kapel Studenckich w Krakowie. W tym samym roku grupa podpisała kontrakt fonograficzny z wytwórnią płytową SP Records, której nakładem 22 października 2012 ukazała się pierwsza płyta LoREiN pt. MoNoKoLoR.

Zespół ten miałam przyjemność poznać przed jednym z koncertów happysadu. Wyszli jako zespół przedskoczkowy (jakoś nie umiem znaleźć innego określenia) i bez bicia przyznaję się, że wtedy mnie... Nie zachwycili. Nie wiem, czy było to spowodowane faktem, iż nie mogłam doczekać się, jak na scenę wyjdzie "mój" zespół, czy może tym, że przed nimi śpiewała Kasia Sochacka, która wprowadziła mnie w totalne, pozytywne, oszołomienie. Słuchając wtedy tego, co grają, odliczałam minuty, aż zejdą ze sceny i ustąpią miejsca zespołowi powołanemu.

Minęło jednak trochę czasu, kiedy w internetowym radiu, na kanale polski rock usłyszałam piosenkę Krótkowzroczność. Po prostu zawróciła mi w głowie. Gdy okazało się, że to właśnie zespół Lorein ją wykonał, postanowiłam, że muszę nadrobić pewne braki z nimi związane. Idąc tym tokiem myślenia stwierdziłam, że skoro jedna piosenka jest taka fajna, to reszta... Musi być jeszcze lepsza! Ponadto okazało się, że przecież wcześniej, po koncercie nie mogłam zagłębić się w ich twórczości, ponieważ płyta dopiero wychodziła na rynek!


„MoNoKoLoR” to debiutancki krążek grupy LoREiN. Czterech muzyków, solidne gitarowe aranże, ciekawe autorskie teksty i melodyjny śpiew wokalisty przywołujący brzmienie Chrisa Martina z Coldplay czy Artura Rojka. W muzyce zespołu odnajdujemy inspiracje indie rockiem (The Killers, Interpol, Kings of Leon, Arcade Fire). Piosenki LoREiN są przyjmowane bardzo entuzjastycznie, co powoduje, że zespół zdobywa coraz większą popularność. Grali z happysad, koncertowali z kultową czeską formacja Please The Trees, odwiedzili kluby w wielu miejscach w Polsce. Zagrali też na największym studenckim festiwalu muzycznym w kraju - Ursynalia 2011, Warsaw Student Festival. Dostali się na główną scenę poprzez koncertowe eliminacje a ostatecznie przez głosowanie internautów (zajęli pierwsze miejsce). Wystąpili na jednej scenie z grupami: Simple Plan (CAN), Young Guns (UK), Oedipus (USA). Pierwszy singiel promujący album nosi tytuł "Krótkowzroczność".

Może zanim odniosę się do całej płyty, pogadam troszkę o nich samych, ponieważ ich muzyka jest... Dosyć szczególna. Jak już jest napisane w powyższym opisie (pochodzącym z ich oficjalnej strony www) śpiew wokalisty przywołujący Chrisa Martina czy Artura Rojka. Podpisuję się pod tym rękami i nogami i wszystkimi innymi częściami ciała, które utrzymają długopis. Ja nawiązałabym również do happysadu (ale to pewnie moje zboczenie), ponieważ teksty piosenek, czy nawet sama muzyka nawiązuje właśnie do tego zespołu czy też do Myslovitzu. 

Moją uwagę zwrócił głos wokalisty, Łukasza Lańczyka. Niby niepozornie wyglądający chłopak, lekko stresujący się na scenie, a tu jaki głos! No proszę państwa, można porównywać do pana Rojka, a przecież wiadomo, że ten drugi, niegdyś lider Myslovitzu, głos ma wprost fenomenalny! Lekkość, z jaką śpiewa, przekłada się na moje odczucia, kiedy wysłuchuję tych piosenek. Muszę powiedzieć, że singiel, Krótkowzroczność zawrócił mi w głowie i do tej pory, kiedy tylko mam doła, odpalam i jest lepiej. 

No i przede wszystkim wychodzi na jaw to samo, co już tyczy się niektórych innych zespołów polskich, które nie są doceniane w większym gronie, że się tak wyrażę. Jeszcze kiedyś przeszkadzało mi, że prawdziwa muzyka na dobrą sprawę nie ma siły przebicia się. Odkąd w radiach puszczana jest muzyczna sieczka, piosenki, nie mające żadnego sensu (o przesłaniu już nie mówiąc) wychodzi na to, że zespoły, które nie lecą i nie prą na kasę i jakąś znowu niewyobrażalną sławę są spychane gdzieś tam na bok. Wspaniałą sprawą w tym wypadku okazuje się Internet, czy inne zespoły, które mimo wszystko się bronią. Można uznać to za fenomen również w ich wypadku - płyta sprzedaje się mimo, iż o niej się nie mówi na forum publicznym. Zespół występuje (to nic, że na razie przed koncertami happysadu, czy innego zespołu - wyjdą na swoje, to i będą mieli własne trasy koncertowe), ludzie przychodzą, bawią się, kupują płyty.

I tu, na sam koniec pojawia się pytanie: dlaczego tak się dzieje? Dlaczego te niby niepozorne zespoły, które nie mają parcia na szkło, którym zależy na fanach, prawdziwych fanach, a nie na kasie, są nie doceniane? Podobnie jak w wypadku wielu innych zespołów, także ten obronił się bez mediów. Dał radę rozpromować się mimo niesprzyjającym warunkom.. Moim zdaniem to działa na ich korzyść - walczą. A przede wszystkim - muzyka jest ich życiem, i to chyba w tym wszystkim najważniejsze :)

A teraz kilka filmików/piosenek z tej płyty:
krótkowzroczność


milkyway


monoświat


w następnym wydaniu muzycznym słów kilka o Kasi Sochackiej, tymczasem czekam na Wasze opinie na temat tego zespołu :)