Pokazywanie postów oznaczonych etykietą motywacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą motywacja. Pokaż wszystkie posty

13:42:00

Mój pierwszy raz.

Mój pierwszy raz.
Mój pierwszy raz nadszedł dość późno i myślę, że jest wiele czynników mogących sprawić, by nie doszedł do skutku jeszcze długo. Powodów, które mogłabym wymienić jest mnóstwo, ale to nie czas i miejsce, by o nich rozmawiać. Mogłabym powiedzieć, że nie było okazji, choć prawda jest taka, że była niejedna. Może się bałam. Trochę samej siebie, trochę tej "drugiej strony". W każdym razie jestem po i z czystym sumienie mogę powiedzieć, że było fajnie. Było warto. 



A trzeba Wam wiedzieć, że tych pierwszych razów w tym roku miałam kilka. Zaczęło się to mniej więcej w momencie, kiedy pierwszy raz przekroczyłam próg budynku, w którym pracuję i pierwszy raz powiedziałam, że lubię tę pracę. Pierwszy raz wzięłam udział w koncercie filharmonii  i pierwszy raz publicznie płakałam przy muzyce, która pierwszy raz wśród ludzi przewiercała mnie na wskroś sprawiając, że nie mogłam się ruszyć. (czytaj) Później pierwszy raz wzięłam udział w obchodach folklorystycznego święta, o którym tu nie wspomniałam (a byłam na dwóch), ale choć szczerze polecić tego nie mogę, w porównaniu do tego pierwszego, to było to ciekawe doświadczenie. Pierwszy raz pojechałam (sama!) nad morze, swoim samochodem, i pierwszy raz spędziłam piękny dzień na plaży. Obserwując z resztą, pierwszy raz, pierwsze świadome uśmiechy Nowonarodzonej, która zapewniła nam powrót znad morza na sygnale. Pierwszy raz wystrzeliła mi chłodnica, ale o tym akurat myśleć nie chcę :D

A niedawno pierwszy raz wybrałam się na warsztaty florystyczne, chociaż byłam pewna, że gdzie jak gdzie, ale tam to się nie nadaję. Coś na zasadzie słonia w składzie porcelany. (opowiem Wam o tym za kilka dni, po kolejnych zajęciach) A zajęcia są moim pierwszym razem współpracy z pewnym Stowarzyszeniem.

Tych mniej pozytywnych pierwszych razów też było kilka. Nie do wszystkich chcę wracać, nie o wszystkich mówić. Rzecz w tym, że... 


To nie tylko moje pierwsze razy. Każdy z nas słyszy o robieniu czegoś po raz pierwszy. W telewizji czy radio. W sieci, w gazetach, w książkach. Wykłady motywacyjne są pełne pierwszych razów. Głównie pierwszych kroków poza swoją strefę komfortu. Poza tę pewnego rodzaju granicę bezpieczeństwa, gdzie wszystko jest nam znane. Poza tę granicę, gdzie nasi bliżsi i dalsi znajomi, przyjaciele czy rodzina czegoś się po nas spodziewają. 

A czy to nie jest trochę tak, że ugrzęznąć w ramach przewidywalności to jedna z najgorszych rzeczy, z jaką możemy się spotkać? Ja lubię planować. Lubię stabilizację, poczucie bezpieczeństwa i w większości mając wybór - wolę kalendarz od spontaniczności. Choć nie mówię, że na nią w życiu nie ma miejsca, bo to bzdura absolutna. Ale zdarza się, że ktoś dzwoni z pytaniem "co robisz? chodź gdzieśtam/zaraz będę" i choć wydawało mi się kiedyś, że chcę otwartego domu i takich ludzi wokół, to trochę to burzy mój rytm dnia i sama wolę się umówić niż składać propozycję wyjścia na ostatnią chwilę. Choć muszę przyznać, że kilka lat temu spontanicznie, z dnia na dzień, postanowiłam pierwszy raz spędzić Sylwester i Nowy Rok nad morzem, na wielkim koncercie, na sopockim molo. I wspominam to najlepiej ze wszystkim końców i początków (roku). I powtarzaliśmy to kilka razy z rzędu. Ale to są te wyjątki potwierdzające regułę. A reguła jest taka, że lubię zapełniać kalendarz. 

Z drugiej strony - pierwszy raz byłam ostatnio na żużlu, który zawsze chciałam zobaczyć, a temat motoryzacji obecnej w moim życiu bardzo często dziwi ludzi w moim otoczeniu. I to wyłamywanie się z ram rzeczy do przewidzenia jest uczuciem, które szczerze wszystkim polecam. Tak zwyczajnie, żeby się nie udusić. Z samym sobą. W tych granicach. 

Czasem (ba, zawsze!) warto jest pójść gdzieś z ciekawości, choćby to do nas nie pasowało. Nie gwarantuję, że każdorazowo zacznie pasować, bo to zwyczajnie niemożliwe. Ale może... A nawet jeśli nie, to jesteśmy o krok dalej. W życiu, w poznawaniu siebie, w przekraczaniu granic komfortu. I nie chodzi tu o to, żeby będąc nieśmiałym stanąć na scenie i mówić do tysięcy ludzi, bo to grozi zawałem. Na to przyjdzie czas później. Życie jest sztuką małych kroczków. I każdy z nich przybliża nas do rzeczy, które kuszą gdzieś w oddali, a po które boimy się sięgnąć. Przeważnie z niewiedzy. Nigdy nie pozwól, by strach przed działaniem wykluczył Cię z gry. Z pewnością znacie to hasło, ale jak często się do niego stosujecie? Ile rzeczy Wy zrobiliście w tym roku po raz pierwszy? I dlaczego tak mało? Co chcielibyście zrobić? I co Was powstrzymuje?


źródło zdjęć: sieć

08:32:00

Regina Brett - Bóg nigdy nie mruga. 50 lekcji na trudniejsze chwile w życiu.

Regina Brett - Bóg nigdy nie mruga. 50 lekcji na trudniejsze chwile w życiu.



Wydawnictwo: Insignis
Data wydania: 2013 rok
Liczba stron: 320
Przekład:Olga Siara
 
Pięćdziesiąt wskazówek. Pięćdziesiąt lekcji, w których autorka przeplata własne przeżycia z doświadczeniami ludzi spotkanych na swojej krętej drodze; przywołuje ważne dla siebie postaci, znaczące książki i filmy, inspirujące modlitwy i wypisy z lektur; przypomina o sile psalmów
i prostych sentencji.

Felietony Reginy Brett docenili i pokochali czytelnicy na całym świecie. Przyklejano je na lodówkach, rozsyłano w e-mailach do bliskich. Tematy lekcji, których udzieliło autorce życie, cytowano na tysiącach blogów i przedrukowywano w gazetach.

Książka, którą trzymasz w ręce, stanie się bliska każdemu, kto kiedykolwiek znalazł się na życiowym zakręcie oraz wszystkim szukającym inspiracji. Niech każda z pięćdziesięciu lekcji będzie manifestem – jak bohaterka jednego z esejów, pewna sportowa czapka z prostym hasłem: „Życie jest dobre”. Bo takie jest. Naprawdę.

Może nie wszyscy ją czytali, ale wszyscy o niej słyszeli. Tak sądzę. Swego czasu było wielkie bum na Bóg nigdy nie mruga, na skalę podobną jak Secret Rhondy Byrne. (którego nie czytałam) I coś mi podpowiadało "Ty też musisz spróbować!" - i spróbowałam. Tak naprawdę kilka miesięcy temu, nie wiem dlaczego piszę o niej dopiero teraz. Do rzeczy.

Czy to jest 50 lekcji na trudniejsze chwile w życiu?

Nie wiem. Czytając tę książkę byłam na etapie poszukiwania jakiegoś sensu w machinalnie wykonywanych czynnościach i chyba oczekiwałam, że choć jedna z tych wskazówek natchnie mnie ku wielkim zmianom. Bo ustalmy, że ani książka, ani film, ani nic poza nami samymi, nie ma mocy zmiany naszego życia. Ale może skłonić nas ku zmianie nastawienia. A to ono odpowiedzialne jest za... wszystko? Poniekąd za nasze wybory. Ale na pewno za to jak zareagujemy na to, co się w naszym życiu dzieje.

Chyba mnie nie natchnęło, bo trwałam w tym dalej.


Chociaż dzisiaj, będąc na lepszym etapie życia, jestem w stanie powiedzieć, że to była moja lekcja.  Pokuszę się o stwierdzenie, że tu nie chodzi o wielkie zmiany w momencie czytania, ale o to, żeby choć część z nich zapamiętać i kiedy w końcu zrobimy coś dla siebie, poczujemy się lepiej, przypomnieć sobie słowa, które... no, były mądre. Skoro je zapamiętaliśmy, musiały być. Chyba?

Powiedzmy, że postanowiłam to sprawdzić. Wracam do tych słów dzisiaj, nieco pobieżnie i nie po kolei i myślę sobie, że na beznadziejną sytuację w życiu naprawdę nic nie pomoże. Ale kiedy człowiek wyjdzie z tej swojej ciemni i zacznie patrzeć na życie w ten pożądany sposób, czyli nie przez różowe okulary, ale i nie w czarnych barwach, to nagle okazuje się, że życie naprawdę ma wszystko, czego nam potrzeba, a my musimy jedynie wyciągnąć po to ręce. Nie jestem i nigdy nie byłam optymistką. Nauczyłam się jedynie cieszyć z małych rzeczy, dzisiaj wiem, że to bardzo pomaga. 

I... chyba o to chodziło pani Brett. Siła słów motywacyjnych jest bardziej wyczuwalna dla ludzi szczęśliwych, bo oni są otwarci. 


Co za tym idzie - nie odnalazłam żadnego remedium w momencie czytania, to nie było 50. moich lekcji na trudniejsze chwile w życiu. Nie było, bo nie umiałam ich przyjąć. I myślę, że tak to właśnie działa. Ale warto to zapamiętać, przyczepić gdzieś na korkowej tablicy przy biurku albo na lodówce. Może na lustrze w łazience. Ja, ta nie-optymistka, wierzę, że przyjdzie taki dzień, kiedy te błahe słowa, które kilka miesięcy temu wywołały na twarzy pobłażliwy uśmiech, w swoim czasie uderzą w nas z wielką siłą. 

A więc (wiem, wiem) chociaż nie było "bum" w tamtym momencie, to te wskazówki są cenne i choć tak naprawdę... słyszymy je często z każdej strony, to fajnie jest mieć je pod ręką, by (jak ja w tej chwili) móc do nich pewnego dnia wrócić. 

Moja ocena: 4/6


źródło zdjęć: google