Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poradnik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poradnik. Pokaż wszystkie posty

19:54:00

Jak (ponownie) obudzić w sobie chęć czytania książek?

Jak (ponownie) obudzić w sobie chęć czytania książek?
Powiedzmy sobie szczerze: zbiłam tego bloga.

Niemniej zrobiłam to nie dlatego, że nie miałam czasu. Ani też nie dlatego, że zabrakło mi weny. Nie mogę też powiedzieć, że "zwyczajnie mi się nie chciało". Dlaczego więc?

Głównie dlatego, że Książkowy jest miejscem wypełnionym przede wszystkim, choć nie tylko, książkami, a ja kilka miesięcy temu... po prosu przestałam czytać. Złapmy się teraz, solidarnie, za głowę i zapytajmy: ale jak to?! A no, tak to. Wciągnęłam się w tematykę szeroko pojętej przemocy w rodzinie. Trochę ze względu na pracę, ale nie tylko. Zaczęłam sięgać po książki, które wywoływały ogrom niezbyt dobrych emocji - żalu, złości, bolesnej bezsilności, smutku, niekiedy rozpaczy, bo czułam, jak wszystko we mnie zaczyna drżeć z każdą kolejną literą coraz mocniej. Później trochę się przebranżowiłam, zawodowo, odsunęłam, choć nie całkiem, od tematu i chciałam odetchnąć od tego ciężaru, także w literaturze. Pomyślałam sobie wtedy, że poszukam czegoś lekkiego, czegoś innego. I... szukałam bardzo długo. Już wydawało mi się, że znalazłam książkę idealną: lekką, przyjemną, niekiedy był to wręcz "odmóżdżacz". Zaczynałam czytać i nagle okazywało się, że nie umiem skończyć. Czasem czułam się wręcz zmęczona.

Błądziłam po księgarniach wyszukując coraz to pozornie ciekawsze nowości i tak oto przy przeprowadzce okazało się, że mam cały karton książek nietkniętych. Nie oszukując nikogo, zabolało.

Nie lubię czytać. 

Powiedziałam sobie pewnego wieczoru, kiedy sięgnęłam po kolejną książkę typu "zupełnie inna" i zmęczyłam się przy pięćdziesiątej stronie nie mniej niż przy pierwszym czy drugim podejściu do Krzyżaków. I przestałam szukać. Mój książkowy zakupoholizm przerodził się w ciche, lub mniej ciche, westchnienia podczas wizyt w galerii, kiedy już kierowałam się w stronę księgarni, a nagle zdawałam sobie sprawę z tego, że nieważne jak piękna będzie okładka, i tak tego nie przeczytam. Bo nie mogę, po prostu. Włączyła się we mnie blokada i za nic w świecie nie mogłam jej pokonać. Przestałam próbować.

Aż pewnego dnia... 

Brzmi poetycko, ale nie do końca tak było. Pewnego dnia przechodziłam obok jednej z największych bibliotek w mieście, która - swoją drogą - odkąd się przeprowadziłam, jest zaledwie kilka ulic dalej. Jest tak wielka, że wchodząc do niej kiedyś spędzałam ponad godzinę na samym przeglądaniu książek, a później miałam ich całą stertę, zbyt wielką do wypożyczenia jednocześnie, a to dopiero trzy niewielkie regały!

Przechodziłam więc obok niej i pomyślałam sobie: dawno mnie nie było, dawno nie próbowałam, zajrzę. Trafiłam wtedy na Królową - Lady Colin Campbell. Z piękną okładką, z ciekawą przecież historią... nie przebrnęłam przez stustronowy wstęp dotyczący wszystkich, poza samą Królową. Starałam się. Ale nie lubię i nie chcę czytać niczego na siłę. Poleżało, zakurzyło się, poszłam oddać.

"Szukam lekkiej książki", odmóżdżacza, żeby przebić się przez mur niemocy czytania czegokolwiek. 

I zobaczyłam jedną z książek z dawno wypatrzonej serii Skrzywdzone, (auto)biografii spisanych przez Toni Maguire. Śmiałam się z siebie, z tej "lekkiej książki" po którą poszłam, nie do końca pewna czy chcę w ogóle jeszcze jej szukać...

I nie spałam w nocy. 

Przez książkę. Której recenzja gotowa leży już w wersji roboczej i niebawem się nią z Wami podzielę.

Przejdźmy do rzeczy.

Jak (ponownie) obudzić w sobie chęć czytania książek? 

Szukaj! Przede wszystkim. Może właśnie tego dnia, którego odmówiłam sobie wejścia do księgarni, tuż przy drzwiach leżała pozycja, za którą rozglądałam się tak długo?  

Nie próbuj sobie wmówić, że szukasz czegoś, co Cię nie interesuje. Przede wszystkim. Straciłam prawie rok czasu na szukaniu "czegoś innego", bo wydawało mi się, że "muszę odpocząć", a dziś wydaje mi się, że wystarczyłaby dobra kawa wypita w ciszy i kilka wieczorów z muzyką czy filmem zamiast usilnego przekonywania siebie, że potrzebuję czegoś lekkiego.

Nie zakładaj, że "to Ci się nie spodoba". Nie wszyscy lubią wszystko. I... jakkolwiek głupio to zabrzmi, nie wszyscy lubią to, co im się wydaje. Ja na przykład lubię oglądać komedie romantyczne. Uwielbiam te nakręcone na podstawie powieści Sparksa. Próbowałam książek, ale one wzbudzały we mnie odruch wymiotny. Stety, niestety... miłość na ekranie tak, w książkach czuję zbyt duży przesyt nią, więc stricte po romanse na ogół nie sięgam. Filmem nigdy nie pogardzę. Może dlatego, że film to około dwóch godzin, a w książkach tych "słodkości" mam za dużo? Nieważne, nie lubię po prostu. Choć nic do nich nie mam i nie uważam, że to gorszy gatunek niż jakikolwiek inny. Po prostu nie mój.

Punkt drugi podtrzymuję, ale nie zamykaj się. Są takie momenty, kiedy mam ochotę na powieść psychologiczną jakiej sam Freud by się nie powstydził, albo i nawet coś napisanego przez Freuda we własnej osobie. A później znajduję piękną okładkę na dziale dla młodzieży i choć tak książka obiektywnie rzecz biorąc jest mniej ambitna, to jednak po nią sięgam i bywam książkami tego typu zachwycona nie mniej niż tym wymieniony w pierwszej kolejności. Po prostu, książka musi mieć w sobie to coś. Niezależnie od gatunku. Niezależnie od wszystkiego. A może... nagle zakochamy się w czymś innym? To znów głupio zabrzmi, ale wierzę, że wiecie co mam na myśli - chodzi o to przyciąganie.

Szukaj. Powtarzam to i będę to robić, bo... mam koleżankę, która nigdy nic nie czytała. Nigdy. Nic. Poważnie. Powiedziała mi kiedyś: "pierwszą książką, którą w życiu przeczytam będzie ta, którą Ty napiszesz". A później sięgnęła po coś, co było tak rozreklamowane, że chciała zobaczyć czy się przekona. W tej konkretnie pozycji się nie zakochała, ale... dzisiaj już mi za nią nie wstyd, bo znalazła coś dla siebie i nagle stwierdziła, że...

Czytanie jest fajne!

I... pamiętaj, że nigdy nie jest za późno, żeby zacząć. Czy to w ogóle, od zera, czy przygodę z czymś zupełnie innym. Ważne, żeby nie wmawiać sobie czegoś, czego nie ma. Trzeba po prostu być otwartym.

źródło: sieć


Książkowy, wraz ze mną i moim statusem czytelnika zmartwychwstaje. 
Witam Wam ponownie, mam całą masę planów :)

Zapraszam na fejsbuka.

14:11:00

Sherry Argov - Dlaczego mężczyźni poślubiają zołzy?

Sherry Argov - Dlaczego mężczyźni poślubiają zołzy?


Dlaczego mężczyźni poślubiają zołzy to poradnik śmiały i zabawny. Sherry Argov wyjaśnia kobietom, jak z przygodnego związku stworzyć głęboki i trwały. Bez cackania się, ze szczerością i zadziornością wyjaśnia, dlaczego bycie miłą do bólu niekoniecznie sprawi, że facet będzie bardziej oddany. Albowiem kobietą, jakiej on pragnie, jest zołza.

Autorka przytacza autentyczne rozmowy z mężczyznami, którzy bez cienia skrępowania udzielają drobiazgowych odpowiedzi na takie oto pytania:

• W jaki sposób mężczyźni manipulują związkiem, chcąc go utrzymać na niezobowiązującej stopie?

• Czy mężczyźni świadomie sterują emocjami kobiet?

• Jak ona może go przekonać, że zaangażowanie w związek było jego pomysłem?

• W jaki sposób kobieta może sprowokować oświadczyny, nie mówiąc słowa o małżeństwie?

Bez względu na to, czy jesteś singielką, mężatką, świeżo po rozstaniu, czy po prostu masz dość rodzinki, która radzi ci złowić męża, „bo czas leci”, Dlaczego mężczyźni poślubiają zołzy to nieodzowny poradnik, który pokaże ci, jak tryskać pewnością siebie, zdobyć jego serce i otrzymać miłość oraz szacunek, na jakie zasługujesz...


Tym razem, dla odmiany, nie zauroczyła mnie okładka. Słyszałam na temat tej książki dziesiątki opinii, w zdecydowanej większości pozytywnych, dlatego sama postanowiłam po nią sięgnąć. W przypadku poprzedniej recenzji przyznałam Wam, że to moje pierwsze spotkanie z opowiadaniami, tutaj powiem, że nigdy wcześniej nie zatrzymałam się (na dłużej) przy żadnym poradniku. Po ten sięgnęłam z czystej ciekawości. Chciałam zobaczyć o czym mówią setki kobiet na całym świecie. I... przyznaję, że pani Argov porwała mnie niemalże od początku. Może nawet nie tyle treścią, co swoim stylem. Ale od początku.

Ci z Was, którzy czytali choć kilka moich recenzji wiedzą już, że jestem czytelnikiem wymagającym i jeśli coś nie wciągnie mnie od początku, zazwyczaj zdania na temat danej lektury już do końca nie zmienię. Nawet, jeśli po zamknięciu książki stwierdzam, że "jednak nie było tak źle, jak założyłam", tego co na dzień dobry uznam za nienajlepsze, do kategorii dobrego już nie przypisuję. Tym, co mnie najczęściej zraża jest styl autora. Szanuję oczywiście zdanie tych, którzy się ze mną nie zgadzają - każdy z nas lubi coś innego i to, co do mnie nie przemawia, Wam może się podobać. 

Otwierając Dlaczego mężczyźni poślubiają zołzy? miałam wrażenie, jakbym zamiast książki otworzyła... bloga. Albo poszła na spotkanie z kobietą, która nie zadając pytań, zaczyna udzielać na nie odpowiedzi. W każdym razie nie była to terapeutka, a raczej sąsiadka. Ktoś, kto podchodzi do tematu całkiem na luzie i potrafi powiedzieć chyba oszalałaś! chociażby podejrzewając mnie (nas, kobiety) o opisane w Zołzach zachowania.

Żeby nakreślić Wam schemat tej książki, mogłabym powiedzieć, że jest to lista najczęściej popełnianych w relacjach damsko-męskich błędów. A zasadą w nich najważniejszą jest: im mniej się starasz, tym lepiej wychodzi.  Wbrew powszechnemu przekonaniu, mózg faceta nie jest żadną ślepą uliczką, czarną dziurą czy martwym punktem. Chociaż nad tym ostatnim można by się chwilę zastanowić... Okej, nie w tym rzecz. Myślenie facetów jest schematyczne. Nie trzeba być wróżką, żeby przewidzieć niektóre zachowania, wystarczy zagłębić się w ich psychikę. Tym z Was, które nie mogą przestudiować samców na żywo, polecam pomoc pani Argov. Tylko pamiętajcie - jak to z poradnikiem, nie traktujmy wszystkiego zbyt serio, żeby nie oszaleć. Wracając do błędów. Współczuję kobietom, które popełniają je wszystkie, a na pewno takie istnieją, ale na pewno nie ma wśród nas takiej, której udało się wszystkich uniknąć.

Dlaczego mężczyźni poślubiają zołzy? składa się z faktów i mitów na temat męskiego myślenia. Z zasad, którymi powinny kierować się kobiety chcące zatrzymać przy sobie facetów, a także rzeczy absolutnie zakazanych w tych relacjach. Wszystkie te reguły, zakazy i objaśnienia zachowane są w tonie koleżeńskiej rozmowy, wykluczonej z pseudo-psychlogicznych wywodów, poparte rzeczywistymi rozmowami z mężczyznami, które przeprowadziła autorka. 

Oczywiście nie są to rady gwarantujące którejkolwiek z nas zamążpójście, a z czasem może się nawet wydawać, że im więcej z nich wprowadziłybyśmy w życie, tym więcej mężczyzn się od nas odsunie, ale pamiętajmy, że żaden poradnik nigdy nie zagwarantuje nam spektakularnego sukcesu, a jedynie wpłynie na nasz sposób myślenia i przede wszystkim postrzegania samej siebie. A nie od dziś wiadomo, że najważniejsze jest podejście. :)

Polecam tę książkę każdemu, kto choć trochę ciekaw jest tego, jak od kuchni działają relacje damsko-męskie, a także każdej kobiecie, której wydaje się, że do szczęścia niezbędny jest jej mężczyzna. 

Moja ocena: 5/6
PS. Zapraszam na fejsbuka :)