Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sensacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sensacja. Pokaż wszystkie posty

08:15:00

Odnajdę Cię

Odnajdę Cię
 
Kolejna produkcja kinowa, tym razem polska. Odnajdę Cię to historia matki policjantki ruszającej w pogoń za porwaną, przetrzymywaną w upiornym miejscu nastoletnią córką, której warunkiem uwolnienia jest wystawienie świadka koronnego - byłego żołnierza. 

Z przykrością stwierdzam, że nie mam w tym temacie nic więcej do powiedzenia. 

A tak na poważnie - Odnajdę Cię to 80-minutowa produkcja, której pół godziny więcej stałoby się dla mnie nieznośne. O ile mogę tak powiedzieć, to film nakręcony w stylu starych (dobrych?) Kryminalnych, którzy nigdy nie przypadli mi do gustu, do którego zwiastuna - klasycznie - wybrano najciekawsze sceny, a który w trakcie okazał się zbędnie przedłożonym, miałkim, wątpliwym kinem akcji. Choć podobno jest to film na pograniczu thrillera i sensacji. Jak dla mnie tej drugiej zabrakło całkowicie. 

Więcej nie powiem, bo szkoda mi czasu. A może jeszcze jedno, pytanie na odchodne: kiedy powstanie w tym kraju film bez Stramowskiego? 


źródło zdjęć: grafika google

21:08:00

Mariusz "Darthmagik" Walczak - "Koszmar Michaela Knighta"

Mariusz "Darthmagik" Walczak - "Koszmar Michaela Knighta"
To już druga część trylogii o tym nierozpieszczanym przez los detektywie. To sto trzydzieści stron psychodelicznych przeżyć naszego bohatera trzymających ciągle w napięciu. 

"Opowieść bardziej psychodeliczna opowiadająca o szaleństwie, obłędzie i wszech panującym szepcie, bo przeklęte słowa potrafią niszczyć skuteczniej niż wystrzelony pocisk."

Autor zapowiadając Koszmar Michaela Knighta nas nie okłamał, bowiem mrok i zło przenika przez kartki z o wiele większą siłą, niżeli w części pierwszej. Szczerze pisząc, nie przypuszczałam, że można tak świetnie opisać obłęd człowieka, jego zmagania ze złem i ciągle przewijające się koszmary Knighta. 

Przy trylogiach, seriach jest zawsze jeden problem. Jeśli pierwsza część jest dobra, nie wiadomo czy kontynuacja będzie równie dobra, lub lepsza niż pierwsza część, jestem pewna, że zarówno autor jak i czytelnik się tego obawia. Darthmagik stanął na wysokości zadania i udowodnił, że ma talent do przelewania tworów swojej wyobraźni na kartkę papieru. 

Druga część jest mroczniejsza, ciekawsza, lepiej napisana, widać, że warsztat autora ulega ewolucji, widać starania, by zaciekawić czytelnika. 

Książkę przeczytałam niemalże jednym tchem, zrobiłam sobie tylko przerwę na kilka godzin snu i wróciłam do czytania. Powód jest taki sam, jak przy części pierwszej, historia od początku do końca jest pełna wydarzeń i napięcia, nie nudziłam się przez chwilę, co bardzo wiele dla mnie znaczy. Ogromne znaczenie w tej książce ma również nieprzewidywalna fabuła, momentami byłam pewna, że wydarzy się to i to, a działo się coś całkiem innego i za każdym razem myślałam Pric, nie męcz się, tej książki nie da się przewidzieć!
Co oczywiście mnie cieszy, książka, w której od razu znamy zakończenie jest nudna, nie już zapału ani ochoty na jej czytanie. 

Jedynym minusem tej książki jest to, że czytałam ją w wersji elektronicznej, bowiem papierową dostanę dopiero pod koniec miesiąca, ale dla każdego komu zależy na czasie, pieniądzach i jest przyzwyczajony do ebooków mogę polecić tą książkę już dziś, do kupienia tylko tutaj.  

Sama na spojlery spoglądam bardzo krytycznym okiem, ale muszę Wam napisać, że w tej części jest jeszcze więcej demonów, ogromna ilość niewyjaśnionych wydarzeń, kilka zagadek i bardzo dużo zła, a detektywa sponiewierają okropne koszmary, przez które strasznie gościowi współczuję.

Niełatwo jest mnie zadowolić, ale tu muszę i chcę przyznać jak najwyższą notę, bo książka jest naprawdę dobrą lekturą. Polecam jeszcze goręcej niż pierwszą część, choć powinniście sięgnąć po obie! 

Moja ocena: 6/6 

"Dlaczego szukasz jakiejkolwiek definicji, która ukształtowałaby ciebie? Jesteś
niewiadomą. To czyni ciebie wyjątkowym. Upadasz, a jednak idziesz dalej. Dławisz się
własnymi myślami, a jednak idziesz dalej. Nie jesteś bohaterem, który wplątał się w
odwieczną walkę między niebem a piekłem. To jest twoja osobista wojna. Pamiętasz te
słowa? Każdy ma własną apokalipsę, nic nie jest błahe, gdy dotyczy ciebie bezpośrednio."

~ Mariusz "Darthmagik" Walczak - "Koszmar Michaela Knighta", Rozdział II "Nadchodzi sztorm",Część IV "Obudź się, Michael"

Tylko u nas!
Recenzja pierwszej części trylogii o Michaelu - Klik!
oraz
Jedyny blogowy wywiad z Darthmagikiem - Klik! 

13:21:00

Mariusz "Darthmagik" Walczak - "Michael Knight"

Mariusz "Darthmagik" Walczak - "Michael Knight"
Książka autora, z którym mieliście już okazję się zapoznać dwa posty wcześniej, młodego i ambitnego faceta, który tworzy własny niebanalny świat i styl pisania. 

Michael Knight to pierwsza część trylogii opowiadającej o mrocznych losach detektywa żyjącego w ubiegłym wieku, w latach siedemdziesiątych, miasteczko Haven City, USA. 

Tempo zwalnia, zatrzymuje się i boom! Padają strzały, które odmieniają scenariusz. Tematyka szaleństwa, obłędu, zła mieszkającego w każdym z nas przewijają się w tle. Tu nie ma kryształowo czystych postaci, każdy ma swoje grzechy, każdy ma własną apokalipsę, a armagedon Michaela Knighta dopiero się zaczyna. Pierwsza część z trylogii właśnie się zaczęła!

Zapowiedź znajdująca się na okładce książki zachęciła mnie do czytania, bowiem rzadko czytam kryminały i sensacje, w ogóle do książki podchodziłam dość sceptycznie, ze względu na to, że znałam już kilka tekstów tego autora i szczerz mówiąc bałam się, że styl Darthmagika mnie przerośnie i kompletnie nie odnajdę się w tej fabule, ale na szczęście strach był irracjonalny, a fabuła jest wciągająca i nie pozwalająca odejść od książki chociaż na chwilę. 

Cała historia, cały koszmar zaczyna się od wizyty księdza, który do Knighta przychodzi ze zleceniem, rzecz tyczy się morderstwa, a nikt nie chce mieszać w całe zajście policji. Niedługo po wyjściu księdza detektyw słyszy strzał i tu, tak naprawdę zaczyna się właściwa akcja książki, co bardzo mnie cieszy, bo na rozwój wydarzeń nie musiałam czekać aż do ostatniego rozdziału książki, jak to ma miejsce w wielu innych książkach. 

Utwór pogrążony w mroku dosłownie i w przenośni, już sama okładka jest bardzo mroczna, Marta Drzymalska, która ów okładkę zaprojektowała wykazała się według mnie ogromnym talentem, mimo iż nie jest skomplikowana jest idealnym odzwierciedleniem zawartości książki. Osobiście ilekroć nie spojrzałabym na książkę uśmiecham się do okładki. 

Mrok w Michaelu przejawia się niemal na każdej zapisane stronie książki, niebezpieczeństwo czyhające na każdym kroku, narkotyk, który przenosi ludzi do innego świata, historyczna postać, która realizuje swój diabelski plan, a w tym wszystkim Knight, który nie wierzy, że wyjdzie z tego cało. 

Wulgaryzm książki wcale nie uwłacza jej świetności, nie odrzuca i nie odpycha, Darthmagik wręcz umiejętnie podkreśla wszechobecne zło i wcale nie przesadzam, bo zła i niebezpieczeństw jest co niemiara. 

Dla kogo mogę polecić Michaela Knighta? Dla każdego kto nie gardzi dobrą historią, napisaną niebanalnym stylem, dla każdego, kto lubi zatopić się w innym świecie i nie boi się wkroczyć do świata zła i nieznanych istot. 

Diament, który może nie jest do końca wyszlifowany, ale warty zapoznania się z nim. 
Moja ocena 6/6

„Każdy z nas miał własną apokalipsę, nic nie jest banalne, gdy dotyczy ciebie bezpośrednio.”

11:46:00

Stephen King "Komórka"

Stephen King "Komórka"

Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Albatros
Oryginalny tytuł: Cell
Data oryginalnego wydania: 2006 rok
Data polskiego wydania: 2007
Liczba stron: 432

„Młody rysownik Clay Ridell ma powody do zadowolenia. Przed chwilą podpisał lukratywny kontrakt wydawniczy. Uczcił ten radosny fakt zakupem prezentu dla żony. Wracając ze spotkania, jest świadkiem budzących grozę wydarzeń. Elegancko ubrana kobieta i dwie nastolatki wpadają w krwiożerczy szał. Nie tylko one. Ulice zapełniają się bełkoczącymi ludźmi, przechodnie bez powodu rzucają się na siebie, z nieba spadają samoloty. Szaleństwo ogarnia każdego, kto odebrał telefon komórkowy. Tajemniczy sygnał, później nazwany pulsem, nie niszczy aparatów, ale wyzwala agresywne, destrukcyjne skłonności. Świat ogarnia chaos, zaczyna się bezlitosna walka o przeżycie. Syn Ridella i jego żona są w domu, z dala od Bostonu. Clay musi do nich dotrzeć, nim Johnny użyje komórki, którą otrzymał na dwunaste urodziny. Pieszo, bo komunikacja już nie istnieje. Na będących w podobnej sytuacji wędrowców czyhają zombi, ofiary Pulsu, zabijając nielicznych, którzy pozostali normalni. Jedynym bezpiecznym miejscem jest centrum stanu Maine, obszar znajdujący się poza zasięgiem telefonii komórkowej. Ostatnia enklawa ludzkości, czy przemyślnie skonstruowana pułapka?”

Zachęcona „Christine” sięgnęłam po kolejną książkę Kinga licząc, że znów zachwycę się tak jak wtedy, za pierwszym razem. Oczywiście, tak się stało, tylko moim skromnym zdaniem, do tej książki powinien być dołączony kupon na darmową terapię u psychiatry czy psychologa… Ale od początku.

Jednym z głównych bohaterów jest Clay Ridell (czy tylko ja widzę podobieństwo do nazwiska Voldemorta? :D ), młody rysownik. Wraz z postępem akcji, do Claya dołączają inni, Ci, którym udało się umknąć złej mocy przesyłanej przez telefony komórkowe. Tak więc był on (Clay), młoda, piętnastoletnia dziewczyna o imieniu Alice oraz mężczyzna, którego imię wyparowało mi chwilowo z głowy. O, mam, Tom. Tak, to był Tom…

Zła sytuacja, niebezpieczeństwo czyhające na nich z każdej strony zmusiło ich do tego, by pogłębić swoje więzi. W ciągu jednego dnia z osób, które w ogóle się nie znały, których życia kompletnie różniły stali się bliskimi sobie osobami. Bo przecież w grupie łatwiej, prawda? Ale o co chodzi?

Jak sam tytuł mówi, mamy do czynienia z komórkami, które w oczach bohaterów są czymś totalnie niebezpiecznym. Gdy ktoś przyłożył ją do ucha, tracił zmysły. Zaczynał zachowywać się jak zwierzak, a momentami jeszcze gorzej. Odgryzanie uszu, wgryzanie się w szyje, zwisające policzki „przyszyte” do brody. Istny obraz koszmaru.

Świat się kończy.

Może to ta apokalipsa, która zapowiadana jest na grudzień 2012?

A może tytuł powinien brzmieć „Noc trupów”? Bo kiedy jest noc, potwory śpią, a ludzie mogą żyć. Dzień zamienia się z nocą. Ludzie zmieniają tryb swojego życia.

Ze strachu.

No ja mówię, że potrzebuję psychologa. Właściwie, jak przeczytałam Rodzicielce krwisty fragment, sama ze smutkiem oznajmiła, że chyba mnie do psychiatry trza wziąć…

Nadal jestem w szoku. Pozytywnym.

I chyba w związku z tym odpocznę od Kinga, co w ty na to?

Oczywiście 5/6, jeden punkcik odjęłam za drastycznośc, stanowczo nie na moje nerwy :D

Znów mam wrażenie, że działam na swoją niekorzyść. Czerpę z końca wakacji tyle, że siedzę do drugiej nocy, by skończyć książkę, a na drugi dzień jestem kompletnie niewyspana, ale jaka dumna z siebie! Jeszcze trzy zaległe recenzje, i będę na bieżąco... Ciekawe jakie to uczucie!

20:45:00

Harlan Coben "Bez śladu"

Harlan Coben "Bez śladu"
Autor: Harlan Coben
Wydawnictwo: Albatros
Oryginalny tytuł: Fade Away
Seria/Cykl wykładniczy: Myron Bolitar tom 3
Data wydania: oryginalna wersja 1996, w Polsce dopiero w roku 2005
Liczba stron: 336


Myron Bolitar przyjmuje propozycję właściciela klubu New Jersey Dragons i zgadza się odnaleźć gwiazdę drużyny, Grega Downinga, swojego rywala z czasów studenckich, który przepadł jak kamień w wodę. Dzięki temu zleceniu otrzyma szansę powrotu do zawodowej koszykówki. Co naprawdę stało się z Gregiema Czy uciekł przed gangsterami poszukującymi go za długi hazardowe, czy ukrywa się przed policją w związku z zabójstwem Carli kobiety, która go szantażowałaa W domu zaginionego Myron znajduje ślady krwi zamordowanej, które niebawem ktoś usuwa, podobnie jak ślady obecności tajemniczej kobiety, z którą Greg żył po rozstaniu z żoną. Okazuje się, że cała sprawa ma związek z wydarzeniami z własnej przeszłości Bolitara...

To moja pierwsza książka, tego autora. Wpadłam na nią w sumie zupełnie przypadkowo – leżała sobie na szafce w bibliotece, a ja, stojąc w kolejce ją złapałam, przeczytałam tył… No i mi się spodobało. Ale może teraz kilka słów o książce, a nie o moich upodobaniach co do niej.

Zaginięcie niejakiego Grega Downinga niesie ze sobą dużo komplikacji. Pomijając sam fakt, że show biznes (nawet jeśli nie dotyczy gwiazd filmowych, ale gwiazd sportowych) jest, że się tak wyrażę, posrany. Każdy jest od kogoś zależny, każdy ma jakąś tajemnice i w końcu każdy stara się, by ta „tajemnica” nie wyszła na jaw. A Myron Bolitar jest tym sprawiedliwym, któremu kasa (której na pewno ma dużo) nie zawróciła w głowie, i który pomimo swojej rozpoznawalności jest tym dobrym i uczciwym.

Najważniejsza okazuje się przeszłość – niegdyś Myron „chodził” z obecną (a właściwie byłą) żoną Grega, dlatego też Ci dwoje nie za bardzo się lubili, a jeśli już pojawiali się gdzieś w swoim towarzystwie, to stawało się to dla tak zwanego picu, żeby nikt nie pomyślał, że w drużynie źle się dzieje. Poza tym ważne jest to, iż Myron przed kilkunastoma laty miał wypadek na boisku, w związku czego musiał pożegnać się z dalszą karierą siatkarską. By nie siedzieć na przysłowiowych czterech literach założył firmę, która, nomen omen, dobrze prosperuje. Ale od początku…

Okazuje się, że Myron ma prowadzić własne śledztwo, by ta „radosna” nowinka o zaginięciu Grega nie obeszła medialnego świata. Wiadomo, że takie rzeczy raczej trudno utrzymać w tajemnicy, więc prędzej czy później dowiadują się o tym niepowołane osoby. By nie wyjawić całej „tajemnicy” powiem, że najbardziej zdziwiła mnie pewna sytuacja. Dom Grega, piwnica – a tam, ściana wymalowana krwią. Gdy ktoś się dowiaduje o tajnym śledztwie, krew znika, ale nikt nie wie, kto to zrobił…

Wartka akcja powoduje, że książkę czyta się szybko i w bardzo miłej atmosferze. Ja do końca nie wiedziałam, kto zabił więc jestem mega zadowolona z zdolności pisarskich autora. Do tego stopnia, że wczoraj zakupiłam „Krótką piłkę”, gdzie znów będę miała styczność z pismem pana Cobena. Naprawdę, trzeba być dobrym pisarzem, żeby napisać książkę wciągającą, interesującą – i co najważniejsze przy takim typie powieści –tak, by końcowa prawda nie wyszła gdzieś w wierszu pomiędzy tym wszystkim.

Jak dla mnie - bezapelacyjne 6/6 :D

Swoją drogą, mój stosik książek rośnie z każdym dniem, a ja, zamiast czytać, to albo się obijam, albo kupuję nowe zdobycze. I tak mam jeszcze dwie zaległe recenzje do napisania, więc nie zdziwcie się, jeżeli w kolejnych dniach będzie mnie tu dużo ;)





21:05:00

John Grisham "Prawnik"

John Grisham "Prawnik"
Autor: John Grisham
Wydawnictwo: Amber
Oryginalny tytuł: The Associate
Tłumaczenie: Krzysztof Bereza
Data oryginalnego wydania: 2009 rok
Data polskiego wydania: ok 2009 roku
Liczba stron: 320
Kategoria: thriller/sensacja

Drogi czytelniku, chciałbym Ci przedstawić Kyle'a McAvoya, głównego bohatera mojego nowego thrillera prawniczego [...] To młody absolwent Yale, któremu świat powinien paść do stóp - a tymczasem jego życie staje się koszmarem. Zmuszony szantażem do przyjęcia posady na Wall Street w najbardziej prestiżowej firmie prawniczej świata, Kyle staje się pionkiem w zabójczej grze koroporacyjnego szpiegostwa.


Kolejna książka wyżej wymienionego autora, a ja kolejny raz nie wiem, co mogę powiedzieć. Już przy pisaniu poprzedniej recenzji miałam zamiar powiedzieć, że styl Grishama niezmiernie mi się podoba. Pomimo tej prawniczej jadki, i czasem niezrozumiałego dla mnie słownictwa, nadal jestem pod wrażeniem. Ale od początku...

Kyle McAvoy może mieć wszystko. Ma dwadzieścia kilka lat, ukończył uniwersystet Yale i może zdobyć pracę, gdzie tylko chce. Już od dziecka interesował się tym zawodem, często pomagał swojemu ojcu, który miał własną, można by rzec, kancelarię. Ojciec jednak robił wszystko niemal za darmo, służył ogółowi, ludziom, którzy czasami nie mieli czym zapłacić za okazaną im pomoc czy zrozumienie. Ale on to rozumiał, po prostu nie lubił czerpać pieniędzy z tego, co sprawiało mu przyjemność - służenia ludziom, wykorzystywania swojej wiedzy w sytuacjach, które tego wymagały. Liczył, że Kyle, jego syn pójdzie w jego ślady, jednak... 

Nie zawsze wszystko zależy od nas. Czasem znajdujemy się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze. A później rozmyślamy, co by było gdyby... choć nie ma to najmniejszego sensu. Tak było i tym razem. Pewnego dnia Kyle zostaje zaczepiony przez pewnego człowieka, który grozi mu, że jeżeli nie zrobi tego, o co go prosi, do sieci wypłynie pewien filmik, który może zniszczyć nie tylko jego życie...

Co zrobiłbyś, drogi czytelniku, gdyby od Ciebie zależało życie twoich przyjaciół, którzy powoli układają sobie życie? Czy byłbyś w stanie poświęcić swoje życie? Odważyłbyś się? Czy zwinął tak zwany ogon, zaszył się w przestronnym miejscu i liczył, że prędzej czy później przejdzie? 

Kyle wiedział jedno - zbyt cenił sobie swoich przyjaciół, by stracić ich przez jakiś durny filmik, który pokazywał ich życie jeszcze za czasów studiów. Nie mając innego wyjścia, zgadza się na bycie pionkiem, choć niesie to za sobą niezwykle niebezpieczne życie. Mężczyzna przez cały czas jest kontrolowany, na każdym kroku śledzi go ktoś, by dowieść samemu szefowi, że Kyle robi to, co zostało mu nakazane. Ci mężczyźni włamują się do jego mieszkania, podkładają podsłuchy na telefonie, komputerze, w niemal każdym pokoju montują kamery - mają na niego pogląd. A mężczyna traci swobodne do tej pory życie. Ma dobrze płatną pracę, ale co mu z niej, skoro ma kraść dokumenty, za co mogą go wyrzucić?

Z pomocną dłonią wychodzi mu przyjaciel, John. Kyle musi nieźle się nagimnastykować, żeby powiedzieć przyjacielowi to, co siedzi mu na sumieniu tak, by nie zostało to usłsyszane przez szpiegów. Ale organizm człowieka  nie może wytrzymać wszystkiego. Po jakimś czasie zacznie domagać się swoich praw - dłuższego snu, więcej dni odpoczynku.

W końcu odważa się i idzie do prawnika by wyjawić, co się dzieje. Do akcji wkracza FBI i...

No cóż, książka naprawdę mi się spodobała, zastanawiam się nad ściągnięciem filmu - podobno występuje w nim Shia LaBeouf (czy jak to się tam pisze :D) więc... Mogę polecić każdemu, kto lubi napiętą akcję aż do samego końca :)

moja ocena: 6/6 






21:25:00

John Grisham "Ława Przysięgłych"

John Grisham "Ława Przysięgłych"
Autor: John Grisham
Wydawnictwo: Amber
Oryginalny tytuł: The Runaway Jury
Tłumaczenie: Andrzej Leszczyński
Data wydania: 1996
Przybliżona data polskiego wydania: 2009
Liczba stron: moja 349
Kategorie: thriller/sensacyjny


Małe miasteczko w Missisipi. Wdowa po zmarłym na raka płuc nałogowym palaczu domaga się od koncernu tytoniowego ogromnego odszkodowania. Precedensowy proces cywilny wywołuje dużo emocji wśród prawników, lobby tytoniowego i na Wall Street. Wyrok w takim procesie można jednak ustawić - trzeba tylko starannie dobrać przysięgłych i zręcznie nimi manipulować, przeciągając w końcu na swoją stronę. Ale nikt nie podejrzewa, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami sądu, gdzie obradują. I kto naprawdę decyduje o werdykcie...

Po raz kolejny sięgam po książkę do tej pory nieznanego mi autora, i bynajmniej nie jest mi z tego powodu niedobrze, bo po raz kolejny trafiłam na kogoś wartego uwagi. Książka ta leżakowała sobie u mojej mamy na reagle a ja, z braku laku (i rozprzestrzeniajacej się nudy) pewnego wieczoru przy nim przysiadłam i znalazłam to...

Prawnikiem raczej nigdy nie zostanę, bo ogrom nauki, jaką trzeba w to włożyć skutecznie mnie od tego niebanalnego pomysłu odsuwa. Książkę tą jednak „połknęłam” za jednym razem, choć na początku stawiała mi skuteczne opory. Ale od początku...

Jak wszyscy doskonale wiemy, papierosy zagrażają naszemu życiu, czy tego chcemy, czy nie - to nieodwiązalna ich część. Palisz, później chorujesz. Oczywiście, jest szansa, jeżeli nie palisz kilku paczek dziennie, to masz szanse na dożycie starości... Ale jednak, fakty są niezaprzeczalne. 

Wdowa po Jacobie Woodzie idzie do sądu i wnosi sprawę przeciwko firmie Pynex, jednej z popularniejszych firm produkujących papierosy. Sądzi, że to właśnie przez nich jej mąż zachorował na raka, wskutek czego, umarł. Drapiemy się po głowach, myśląc, że  „przecież on, dorosły człowiek był świadom swoich czynów, wiedział, na pewno wiedział, że papierosy do zdrowych nie należą i jakieś kosekwencje wywołują.” Oczywiście, możemy mieć rację, odpalamy logiczne myślenie. Ale wdowa jest gotowa (a właściwie jej prawnik) dopiąć swego i wywalczyć ogromne odszkodowanie u przeciwnika.

Bo po dwóch stronach sądowej barykady stoją dwaj wrogowie - dwaj najlepsi prawnicy, wraz ze swoimi sztabami. Mamy również tytułową ławę przysięgłych, która dobierana jest w skrupulatny sposób tak, by wywalczyć odpowiedni werdykt w sprawie. Każdy ze szczęśliwców, którzy zasiadają w tej ławie są obserwowani, są im robione zdjęcia, a już podczas samego trwania rozprawy, żaden z prawników nie cofnie się przed zwabieniem kogoś na swoją stronę. W końcu walka wrze o miliony dolarów!

Mamy również tajemniczego przysięgłego, Nicholasa Eastera, który nie ma historii, a przynajmniej prawnicy nie mogą do niej dotrzeć, co już wprawia ich w osłupienie. I mamy również tajemniczą Marlee, która zaskakuje prawników każdego dnia. 

Jak mówiłam, prawnikiem nie byłam, nie jestem i nigdy nie będę. Palaczką również - po przeczytaniu książki, uśmiechnięta od ucha do ucha podeszłam do Rodzicielki i zadałam jej proste pytanie: „Mamo, dlaczego po przeczytaniu tej książki nie rzuciłaś fajek?.” Jako świadkowie bowiem zostali powołani naukowcy, którzy solennie tłumaczyli, jaki wpływ na ludzkie życie ma nikotyna. I autor nie pominął niczego, by nas, czytelników o tym uświadomić. I ja mu za to dziękuję!

A książkę polecam, najmocniej jak tylko potrafię. Może na początku niezbyt wciąga (bo w sumie nie wie się, o co chodzi), ale w miarę postępu akcji, można się zatracić.

Moja ocena: 6/6

co myślicie o szablonie? nie mogłam się powstrzymać przed zmianą, ponieważ tamta zieleń kłuła mnie po prostu w oczy ;) a teraz... tak łagodnie się zrobiło, nie?

12:19:00

Stephen King - "Christine"

Stephen King - "Christine"



Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Arkadiusz Nakoniecznik
Data wydania oryginalnego : grudzień 1983
Data polskiego wydania: maj 2008
Kategoria: thriller, sensacja, kryminał
Liczba stron: 648


To była miłość od pierwszego wejrzenia. Siedemnastoletni Arnie Cunningham zobaczył Christine i zdecydował, że musi ona należeć do niego. Zafascynowany, nie słuchał ostrzeżeń najlepszego przyjaciela ani swojej dziewczyny, która go w końcu opuściła, pokonana przez rywalkę. Rodzice, nauczyciele i wrogowie Arniego przekonali się, co znaczy stanąć na drodze mściwej i bezlitosnej Christine. Bo Christine to nie kobieta. To siejący zło i śmierć plymouth fury rocznik 1958, samochód widmo. 


Na dalszej stronie okładki możemy znaleźć również dopisek, że Christine jest jedną z najbardziej popularnych powieści Kinga. Ponadto została zekranizowana niemal od razu po ukazaniu się książki. Film w reżyserii Johna Carpentera wszedł na ekrany kin w 1983. 

Na samym początku należy wspomnieć, że Christine jest pierwszą książką tego autora, z którą miałam styczność. Z racji, iż słyszałam wiele pochlebnych opinii na temat tego autora, stwierdziłam że i ja pragnę się z nim zapoznać. Znając jednak skąpstwo swojej biblioteki przyszykowałam się na to, że głupim trafem mogę niczego nie znaleźć, dlatego moja radość była wielka, gdy nieuprzejmy bibliotekarz przekazał mi ten egzemplarz. 

Przeraziłam się lekko jego objętością, choć przezornie, po Alibi na Szczęście wiedziałam, że może to i dobrze. 

Nie zawiodłam się. Od samego początku polubiłam Arniego, zakompleksionego nastolatka, który nie umiał odnaleźć swojego miejsca w szkolnej społeczności. Ze względu na jego niebyt atrakcyjny wygląd (pryszcze i tym podobne) nie miał zbyt wielu fanów, jeżeli tak w ogóle mogę nazwać uczniów. Każdy z nas, nastolatków wie, jak dzieci potrafią być złośliwe. Potrafią splunąć przed Tobą, byle by tylko okazać swoją wyższość. Uciekał więc w naukę, w stowarzyszenia, które zajmowały jego wolny czas.

Mamy również Dennisa, jego przyjaciela, który, podobnie jak dziewczyna Arniego przegrywa walkę o bliskość z chłopakiem, kiedy ten zauważa Christine. I tu pojawia się moje pytanie - jak bardzo trzeba być samotnym i zdesperowanym, by poświęcić się samochodowi, któremu - nomen omen - nikt nie daje szansy na ponowne jeżdżenie po ulicach? Jak bardzo trzeba być zdeterminowanym, by pokazać światu, że jednak się do czegoś nadajemy, nawet jeżeli chodzi tylko o naprawę złomu?

Rodzice Arniego odgrywają tu dużą rolę. Nadmienić warto, że Dennis znał się  z chłopakiem od dzieciństwa, dlatego też jest z jego rodzicami na ty, co w sumie trochę mnie zdziwiło, bo ja sama nie odważyłabym się powiedzieć do mamy którejś z moich koleżanek po imieniu. Momentami wydawało mi się, że Arnie jest tylko po to, by spełniać chore ambicje swojej matki, która wymarzyła sobie dla niego idealną karierę, a on miał to gdzieś.

Koniec książki jest nieco tragiczny, ale nie moja rola w tym, by wam go zdradzać. Jeżeli kogokolwiek zachęciła opinia wydana przeze mnie na temat tej książki, chętnie ją polecam. Sama przeczytałam ją w kilka dni i wcale tego nie żałuję. Idealna lektura na letnie wieczory ;)

moja ocena: 6/6

musiałam przyspieszyć z recenzjami, ponieważ ostatnim czasem 'zajadam' dużo książek. Christine przeczytałam jakiś czas temu, a że kończę kolejną książkę nie chciałam, by powstał z tego wszystkiego jakiś misz - masz. ponadto, odwiedzając w niedzielę Empik znów uszczupliłam swój porfetl, ale nie tylko ze względu na książki, ale też na śmieszne przypinki, rozdawane pod kasą. Też takie macie? ;)