Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura Obyczajowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura Obyczajowa. Pokaż wszystkie posty

09:15:00

Jane Sanderson - Wszystkie piosenki o miłości

Jane Sanderson - Wszystkie piosenki o miłości


 

Jak ja dawno nie czytałam książek!

Naprawdę, wstyd się przyznać. Od co najmniej kilku lat książki odeszły gdzieś na bok. Trochę więcej pracy, jeszcze więcej studiów, później już mi się po prostu nie chciało. Czasem coś kupię. Odłożę na półkę. Aktualnie kupuję kolekcję literatury, której od kilku(nastu) tygodni nawet nie wyjęłam z folii. Cóż, przynajmniej nie kurzy się na półce, prawda?

Wszystkie piosenki o miłości to właśnie jedna z tych książek, które zdążyły się już (co najmniej kilka razy) zakurzyć. Kupiłam ją chyba jako nowość, a tymczasem sprawdzając właśnie rok wydania uświadomiłam sobie, że musiały minąć ze dwa lata. Tak bywa, każdy z nas to zna. 

Pamiętasz swoją pierwszą miłość? Chłopaka, na którego widok brakowało ci tchu, a motyle w brzuchu łaskotały cię milionami skrzydełek? Dla Alison pierwsza miłość miała twarz Daniela i brzmiała jak piosenki, które nagrywał dla niej na kasetach podpisanych jej imieniem. Jak wszystkie piosenki o miłości. A potem… Choć jest pisarką, brak jej słów, żeby opowiedzieć, co było potem…

Ogólnie - fajnie. Mamy Alison, do której imienia w literaturze zawsze już będę mieć sentyment, która gdzieś po tej wielkiej, młodzieńczej miłości wyszła za mąż za gościa, którego nikt nie lubi. Choć prawdę mówiąc... może ja wcale nie żywiłam do niego jawnej awersji? Zdystansowany lekarz pełen racjonalizmu, którego miłość miała nie znać. A na pewno nie ta młodzieńcza... 

Z drugiej strony mamy Daniela, który gdzieś po tej wielkiej, młodzieńczej miłości związał się z oziębłą, choć dobrą kobietą. Zazdrosną i niepewną siebie w relacji, w której zaczęła dostrzegać rysy dawnych emocji swojego partnera. Szczerze mówiąc do niej mam większą awersję.

I tak sobie ta Ali i Dan żyją własnym, dorosłym życiem, aż pewnego dnia on znajduje ją na twitterze, zaczyna obserwować, później ona jego, później on wysyła jej piosenkę, ona odpowiada tym samym i... o losie, muzyka ma moc zmiany wszechświata. Powrotów, nowych początków starych historii. Kto nie ma do niej sentymentu niech pierwszy rzuci kamieniem... no cóż, żaden kamień nie spadł.

Mój problem z tą książką polega chyba głównie na tym, że nie lubię tej ich muzyki. Część znam, części nie chciało mi się odtwarzać, a do części dopowiedziałam - a jakże - trochę własnej historii. Jak na pięćset (ok, bez czterech) stron, pochłonęłam ją szybciej niż mogłabym się spodziewać, po czym odłożyłam na półkę i... a, niech kurzy się dalej.

Jak na lekką historię o miłości to wcale nie jest lekka książka. A już z całą pewnością nie dla tych, którym kiedyś roztrzaskały się serca, bez względu na to, ile czasu od tamtych wydarzeń minęło. Ali i Dan spotkali się po trzydziestu kilku latach, a czytanie takich historii sprawia, że człowiek uśmiecha się pod nosem z huczącą, choćby przez chwilę, myślą a co by było gdyby... 

No cóż. Mimo wielkich sentymentów, hektolitrów łez wylanych przy pewnych piosenkach i z pełną świadomością, że każdy z nas ma składankę wszystkich piosenek o miłości... związanie się z tymi bohaterami sprawia, że robisz krok w tył. Do każdego z nas należy decyzja, czy jesteśmy na niego gotowi.

Idealna powieść dla niepoprawnych romantyków, którzy wciąż trzymają w szufladzie kasetę ze składanką od swojej pierwszej miłości. 

20:24:00

Julia Samadi - Słońce Tebrizu

Julia Samadi - Słońce Tebrizu

Czytałam w życiu kilka książek o tematyce miłości polsko - arabskiej i choć skłamałabym mówiąc, że jestem tym zafascynowana, a każda kolejna tego typu pozycja niesie za sobą nowe, niespodziewane wydarzenia... chętnie sięgam po kolejne. Z pełną jednak świadomością tego, że wszystkie te historie oparte są na podobnym schemacie, który - gdyby czytać zbyt wiele pozycji po sobie - mógłby się w pewnym momencie zbyt mocno wryć i po prostu znudzić. 

Wydaje mi się, że czytając pierwszy z opisów Słońca Tebrizu czułam, że to jednak inna historia. 

Julia jest ciężarną żoną Adama - niebieskookiego blondyna, który za żoną i nienarodzonym jeszcze dzieckiem poszedłby najpewniej w ogień bez mrugnięcia okiem. Ot, małżeńska relacja. Urlop za miastem, piękne okoliczności przyrody, hamak w zielonym ogrodzie, śpiew ptaków, błogi sen... i widmo przeszłości, które wraca coraz częściej. Widmo czarnych oczu patrzących z miłością, w których jej własne zatapiały się przez lata, choć widziały je ledwie dwa razy. Ale topić się można i zakochać nie w gestach a słowach, nie tyle w człowieku, co w osobowości. I trochę tak było. Trochę, to za mało powiedziane. 

Julia poznała Madżnuna przypadkiem. Miała piętnaście lat, dostęp do sieci i inne od pozostałych uczestników forum zdanie na temat poruszonego pewnego dnia wątku muzycznego. I kiedy chciała się nim podzielić, kiedy przed opublikowaniem zobaczyła, że wyjął jej słowa z ust, zamiast na forum - napisała do niego. Nie wiedząc kim, skąd i jaki jest. Był po prostu podobny, ciekawy, intrygujący. Tak inny, choć tak bardzo podobny do niej samej. I jakoś to poszło. 

Słońce Tebrizu to najprościej mówiąc opowieść o przeszłości, której nie da się zostawić za sobą. O miłości, która w pewien sposób nas ściga i o tym, że dawne pragnienia nie umierają. O tym, że uczucia nie gasną z upływem czasu i tym, że - jak to kiedyś napisano w sieci - to nie czas rozdziela ludzi, tylko brak miłości. 

Jest to opowieść prowadzona na kilku płaszczyznach - teraźniejszości, w której Julia jest dorosłą kobietą, żoną i matką, borykającą się z przeszłością (choć nie jestem do końca pewna czy "borykająca się" to dobre określenie, najpewniej nie), nastolatki, w której rodzi się uczucie i kogoś pomiędzy - dziewczyny, która kocha, choć jest to uczucie dla niej i jej otoczenia wysoce niezrozumiane. Bo jak to tak, na odległość, na przekór kulturze, pochodzeniu? 

Przyszło mi na myśl, by napisać tu - "fajny sposób przekazu", ale wydaje mi się to być zbyt infantylne w kontekście tej naszpikowanej emocjonalnością powieści. W dodatku! Na samym wstępie możemy przeczytać krótką historię tytułu i dowiedzieć się, że jakkolwiek niemożliwym by się to wydawało - ta historia wydarzyła się naprawdę. 

Zdecydowanie jest to jedna z tych powieści, która zmusza do myślenie i głębokich oddechów. Ale warto. Polecam.

10:28:00

Stanisław Zakościelny - Po drugiej stronie muru

Stanisław Zakościelny - Po drugiej stronie muru

Okres zimnej wojny dla wielu Polaków oznaczał przymus zmiany dotychczasowego życia oraz konieczność porzucenia pragnień i planów. Nie inaczej było w przypadku Leny i Stefana – młodego małżeństwa, które obiera nową ścieżkę doczesnej wędrówki, opuszczając ukochaną ojczyznę i wyruszając do Berlina w poszukiwaniu swojego miejsca na świecie. Na obczyźnie para od nowa buduje cegiełka po cegiełce swoje szczęście. Lenie w końcu udaje się otrzymać angaż w szpitalu, Stefan realizuje swoje marzenia w biurze konstrukcyjnym, a małżonkom cały czas towarzyszy ich oczko w głowie i najdroższy skarb – Sunia.

Książka w ciekawy sposób opisuje codzienność polskich imigrantów oraz podkreśla dylematy i trudy niekoniecznie mile widzianych obcokrajowców, zarazem zgrabnie wplatając do fabuły wątek historyczny. Razem z bohaterami mamy szansę przeżyć przełom w losach podzielonego kraju, stając się świadkami runięcia Muru Berlińskiego.








A teraz element zaskoczenie - nie sięgnęłam po tę książkę ze względu na okładkę.

Lubię w historii ten okres wojen i wszystkie jego następstwa w postaci przewrotów ustrojowych (nie tylko w Polsce). W dodatku Berlin zawsze będzie miastem najbliższym mojemu sercu. Nie trudno się więc domyślić, że kiedy tylko przeczytałam opis chciałam po tę pozycję sięgnąć. 

Poznajemy tutaj młode małżeństwo, Lenę i Stefana, których sytuacja życiowa i trudne warunki życia w naszym kraju zmusiły do emigracji. Tematem (przynajmniej z założenia) tej powieści są ich losy i trudności, jakie wiążą się z mieszkaniem na obczyźnie. I... tyle dobrego, opis. Słowo daję. 

Ciężko mi było przez tę książkę przebrnąć i gdyby na końcu był jakiś kontakt do autora z chęcią napisałabym lub zadzwoniła z pytaniem dlaczego mnie tak oszukał. Bo czuję się oszukana. Chciałam książki nieco o historii, o emigracji, o moim Berlinie lata wcześniej. A dostałam jakąś drugą część "O psie, który jeździł koleją". Choć Sunia (ani jedna ani druga) takich przygód jak wyżej wspomniany nie miała. W każdym razie więcej niż o Lenie i Stefanie jest tutaj o ich psach i naprawdę nie rozumiem czemu ma to służyć. Ale ta ckliwa opowieść i rozważania narratora (Stefana) o tym, dlaczego pies go nie lubi, zajmujące kilkadziesiąt pierwszych stron sprawiały, że najpierw wyrzuciłam tę książkę na samo dno szafki, a następnie (przy kolejnych podejściach) niemal usnęłam w wannie. Tylko jedna książka do tej pory tak skutecznie mnie od siebie odrzucała, ale to był okres gimnazjum i pstro w głowie, kiedy "Pan Tadeusz" naprawdę nie wzbudzał we mnie ciekawości. Nawet przez obszernych "Krzyżaków" było mi prościej przebrnąć... 

Więcej nie powiem, bo moim zdaniem - niestety - nie warto. Nie wciągnęłam się, nie zżyłam, nie zaciekawiłam... Jedynie nieco zmęczyłam. 

Moja ocena: 1/6

Za książkę dziękuję wydawnictwu Novae Res.