Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Melodramat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Melodramat. Pokaż wszystkie posty

08:45:00

After. 50 twarzy Hardina.

After. 50 twarzy Hardina.


Dodałam w tytule tego posta "50 twarzy Hardina" chyba z wiadomych względów - po obejrzeniu zwiastuna większość widzów spodziewało się nastoletniej wersji Greya, bo zakładam, że celowo były one robione w sposób przyciągający widzów przekonanych o potędze miłości rodem z 50 twarzy. Nic bardziej mylnego. Naprawdę postaram się nie spojlerować, ale o tym powiedzieć musiałam.

Tessa, odwieziona do akademika przez mamę i chłopaka, zafascynowana życiem w wielkim świecie, wcale nie miała w planach poznania faceta swojego życia. Ale przecież początkowo Hardin wcale nie miał się nim stać. Cytując filmweb: Nie jest to przypadkowe porównanie, bowiem schemat narracyjny wygląda z grubsza tak samo jak w "50 twarzach Greya": ona — szara myszka, która lśniące włosy, uroczy uśmiech i nienaganną figurę ukrywa pod nieśmiałym usposobieniem i skromnymi sukienkami, on — nieziemsko przystojny i charyzmatyczny – na skinienie ręki mógłby mieć każdą dziewczynę. Niespodziewanie dla wszystkich (a szczególnie dla siebie samego) on zakochuje się w niej. I choć droga do wspólnego szczęścia przypomina raczej hardkorowy rollercoaster niż romantyczny spacer w blasku księżyca, w imię miłości bohaterowie podejmują walkę o wspólną przyszłość.  


Traktując ten film w typowy sposób, w kategorii new adult, jest to naprawdę dobra produkcja. Zupełnie, moim zdaniem, niespójna z tym, co przekazał i do czego zachęcił zwiastun. Wbrew pozorom, gdybym miała ten film do czegoś porównać, z pewnością nie byłby to Grey, a... (sic!) Szkoła uczuć. Choć fabuła tych dwóch filmów jest zupełnie różna, nie mogłam pozbyć się tego skojarzenia w trakcie seansu, a niewątpliwie było ono spowodowane przedstawieniem sielankowej, pierwszej miłości z drugim dnem. 

Abstrahując od tego, że Josephine Langford jest w tym filmie tak piękna, że nie sposób oderwać od niej wzroku, w parze z Hero Fiennes-Tiffinem stworzyli wiarygodny duet zafascynowanych sobą ludzi sprawiając, że wychodząc z kina pomyślałam (powiedziałam z resztą na głos), że jeśli mam w życiu czegoś żałować to tego, że mnie to już nie spotka. Choć wchodząc do kina czułam się na ten film za stara. 


Ponadto jest to w końcu film o nastolatkach, których grają młodzi ludzie. Nie wiem jak Was, ale mnie nieustannie drażni widok 30-kilku latków odgrywających role licealistów, bo ilekroć na to patrzę razi mnie w oczy brak wiarygodności. A ich bym kupiła, gdyby ktoś mi powiedział, że Hero naprawdę chciał sprawić, że Josephine oszaleje na jego punkcie. 

Oczywiście nie jest to najlepszy film jaki widziałam w życiu. Nie wiem czy zakwalifikowałabym go do zapowiadanego melodramatu, ale jest to dobra propozycja dla chcących przypomnieć sobie nastoletnie uniesienia i jeszcze przez chwilę poczuć ścisk w żołądku. Bo ja lubię patrzeć na zakochanych, zwłaszcza w taki sposób. I fakt, że domyśliłam się clue przy drugim spotkaniu głównych bohaterów, zupełnie mi tego nie popsuł.


Źródło zdjęć: grafika google

15:18:00

Like Crazy

Like Crazy
Gatunek: Melodramat
Produkcja: USA
Premiera światowa: 22.01.2011
Reżyseria: Drake Doremus

Anna (Felicity Jones) jest młodą Brytyjką, która w ramach wymiany studenckiej przyjeżdża do Los Angeles. W koledżu poznaje Jacoba (Anton Yelchin). Ich znajomość szybko przeradza się w zażyłe uczucie. Zdawać by się mogło, że nic nie jest w stanie zakłócić ich szczęścia, jednak nieuchronnie nastaje dzień, w którym wiza Anny wygasa. Mimo tego dziewczyna postanawia spędzić z ukochanym jeszcze kilka dni. Na pożegnanie obiecują sobie, że niebawem się zobaczą. Żadne z nich jednak nie podejrzewa, że pogwałcenie przepisów prawnych uniemożliwi Annie powrót do Stanów Zjednoczonych... 

To nie jest nowy film. Być może duża część z Was już go widziała. Niemniej jednak ja trafiłam na niego stosunkowo niedawno (okej, kilka miesięcy temu) i do dziś pamiętam co czułam oglądając go. Nie chcę przedstawiać Wam tutaj samych nowinek - chcę przybliżyć Wam pozycje, które (moim zdaniem) są godne uwagi. 

Kolejny raz w tym roku pisałam pracę maturalną (choć sama już zapomniałam jak to było zdawać) i "Like Crazy" miało tam swoje pięć minut. A właściwie nie tyle film, co jego główna bohaterka - współczesna romantyczka. 

Większość z nas to kobiety. Większość z nas (kobiet) marzy (niektóre naprawdę skrycie) o wielkiej miłości. O odrobinie szaleństwa, która doda kolorów zazwyczaj szarej rzeczywistości. Anna ją znalazła. Poznała chłopaka, który okazał się ideałem - łączył w sobie cechy partnera, przyjaciela i kochanka. Brzmi jak bajka? Owszem, brzmi. Ale życie ma często swój plan. Kiedy wiza się skończyła, a ona postanowiła zostać z Jacobem kilka dni dłużej - przekreśliła sobie szansę na powrót do Stanów, który planowali przecież od samego początku... 

Samej sobie zadawałam pytanie dlaczego on nie pojedzie do niej. Dlaczego tylko ją odwiedza, zamiast wyprowadzić się, skoro tak bardzo ją kocha. Dlaczego ona nigdy go o to nie poprosiła. I zastanawiałam się, patrząc na nich, czy jej tak naprawdę zależy na nim, czy to tylko krok w kierunku tego american dream, który niewątpliwie nie raz jej się przyśnił. Nie wiedziałam.

Później mieli dość czekania. Zaczęli układać sobie życie na swój sposób, choć tylko ślepy nie zauważyłby jak bardzo za sobą tęsknią. Choć żyli osobno, z dala od siebie. Podzieliło ich wszystko. Połączyło uczucie. Na tyle silne, by ciągnęło ich do siebie, gdy nocy nie spędzali samotnie. On z kimś mieszkał, jej zaproponowano małżeństwo... 

To nie jest komedia romantyczna o pięknej i ckliwej miłości. To nie jest lekki film na wieczór, jakiego szukałam kiedy na niego trafiłam. To nie jest wyrysowana na czerwono, oprawiona w ramkę w kształcie serduszka historia nastoletniej miłości. To jest melodramat. O potędze uczucia. O emocjach, niełatwych. O niewłaściwych decyzjach, trudnych wyborach i próbie życia na swój sposób.

I ma na tyle zaskakujące zakończenie, że mimo iż widziałam ten film raz, kilka miesięcy temu, wciąż mam tę scena przed oczyma. 

Do dobrych filmów się nie wraca. Dobre filmy się zapamiętuje. 

Moja ocena: 5/6