Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nowości. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nowości. Pokaż wszystkie posty

13:11:00

SKYNET Armia Cieni

SKYNET Armia Cieni


„SKYNET Armia Cieni” to pierwsza część świetnie zapowiadającej się trylogii SKYNET nawiązującej tematyczne do uniwersum Terminatora.

08:26:00

Pobierz za darmo, aby móc czytać książkę

Pobierz za darmo, aby móc czytać książkę

Natknęłam się jakiś czas temu na facebooku na dyskusję dotyczącą pobierania z sieci książek. Słowo klucz: pobierania, bo dyskusja nie miała na celu udowodnienia wyższości wersji papierowej nad elektroniczną, a nic innego jak uświadomienie autorce komentarza, który tę burzę rozpętał, że ściąganie z sieci książek bez uiszczenia za nie opłaty jest niczym innym jak kradzieżą - bo w końcu, jakby nie patrzeć, okradamy autora z jego pracy...

12:11:00

Wszystko albo nic

Wszystko albo nic

Chyba zostanę kinomaniakiem. Właściwie, jak myślę o sobie sprzed roku, to bywałam w kinie sporadycznie i dość trudno było mi sobie przypomnieć w grudniu co widziałam na dużym ekranie. A od... października? Od listopada, od premiery Niebezpiecznych Kobiet zaczęłam nie tylko lubić kino, ale również je odwiedzać. I takim oto sposobem, w sobotę wybraliśmy się na Wszystko albo nic, o którym chciałabym Wam dzisiaj powiedzieć coś więcej. 

10:51:00

Izabela Panopulos - Na półmetku

Izabela Panopulos - Na półmetku
Szczerze mówiąc to nie bardzo wiem od czego zacząć... Tytułowy półmetek to nic innego jak czterdzieste urodziny głównej bohaterki, Justyny.

Generalnie Justyna jest sympatyczną czterdziestolatką, której może w życiu nie wyszło małżeństwo - najpierw jedno, później drugie - ale wyszła fajna przyjaźń z Magdą, a z drugiej strony świetna znajomość z Agą, której sama (główna) bohaterka przyjaźnią nie nazywa. Nie powiedziałabym o niej, że żyje w strefie komfortu, bo tak naprawdę nie do końca czuje się komfortowo, ale może... po prostu się zasiedziała. Tak, to byłoby trafne określenie. A ta wspomniana czterdziestka wcale nie jest momentem krytycznym, a raczej momentem zwrotnym w jej życiu, kiedy postanowiła coś zmienić. I powiem Wam szczerze, że pomyślałam sobie przez chwilę: byle do czterdziestki. Bo zakładam, że każda z nas nosi w sobie chęć zmiany i lekki strach przed jej dokonaniem, a Justyna, właściwie z dnia na dzień, postanowiła zmienić swoje dotychczasowe życie. A jeśli nie zmienić, to urozmaicić i wzbogacić o nowe doświadczenia. 

Czytając dawno temu Jedz, módl się, kochaj, pomyślałam sobie, że każda z nas powinna przeżyć takie wakacje. Zebrać się w sobie na tyle, by po rozmowie z szefem, zamykając tylko najpilniejsze sprawy, wyjechać w świat i poznać to, co - być może - od zawsze na nas czeka. Bo bez względu na to jak wygląda nasza codzienność, czy jesteśmy z niej w pełni zadowoleni czy może mamy do niej jakieś zastrzeżenia, ten urlop od życia przewartościowuje priorytety i sposób postrzegania. Samej siebie, otoczenia... Niech pierwszy rzuci kamień ten, kto nigdy nie chciał spróbować. 

Dlatego właśnie uważam, że warto po tę książkę sięgnąć. Choć nie jest to wybitna pozycja i pewnie myśl o niej nie zostanie ze mną do końca życia.

Nie byłabym sobą, gdybym na koniec nie wspomniała o sposobie posługiwania się słowem. Wiecie nie od dziś, że nie jestem zagorzałą fanką rodzimych autorów, choć nie da się ukryć, że sięgam po nich coraz częściej i powoli (chyba) się przekonuję - choć może nie powinnam tak mówić, bo wtedy zawsze coś się psuje... W każdym razie Na półmetku to typowa pozycja dla kobiet, pisana prostym i zachęcającym do dalszego czytania językiem. Choć ma swoje niedociągnięcia... ale, tak jak mówię, wybitna pozycja to nie jest. Więc i na te przecinki, źle powstawiane w wielu miejscach, można jakoś przeżyć. Spędziłam z tą książką bardzo miłe dwa wieczory i jeśli szukacie czegoś, przy czym można na chwilę zapomnieć o pracy i codziennych obowiązkach - naprawdę polecam.

Moja ocena: 4/6

08:18:00

FILMOWO - Nerve

FILMOWO - Nerve

Zbierałam się do niego przez kilka tygodni, zanim zdecydowałam się obejrzeć. A zdecydowałam się... spontanicznie, podczas babskiego wieczoru. I muszę Wam przyznać, że choć nie jest to gatunek, na który decyduję się często - dawno żaden film do tego stopnia mnie nie porwał. 

Vee jest jedną z tych nastolatek, które mając w sobie potencjał, podpierają ściany. Ma grono przyjaciół od zawsze i aparat i zdaje się, że więcej jej do szczęścia nie trzeba. Chyba, żeby dodać do tego Wesa, wtedy byłby raj na ziemi. Jej przyjaciółka, Nancy, jak bardzo wielu młodych ludzi, wciągnęła się w pewną grę zatytułowaną Nerve, w której można wybrać - chcesz być widzem, czy graczem? Uznajmy to za pewnego rodzaju metaforę życia, bo tak właśnie ten film się zaczyna. Vee jest widzem - szarą myszką marzącą o wielkich rzeczach, która boi się wyciągnąć po nie ręce. Nancy jest graczem - osiąga wszystko co sobie postanowi. Nawet miejsce w pierwszej trójce najpopularniejszych w grze, która właściwie nie ma sensu. 

I siedzieli tak, wszyscy, w przydrożnej knajpie po lekcjach, aż Nancy kazała Vee zostać graczem - zacząć czerpać z życia, a nie tylko je obserwować. I żeby pokazać jej, że to wcale nie jest takie trudne, podeszła do Wesa zagadać, że podoba się koleżance... 

Mogła sobie darować, zwłaszcza w miejscu publicznym. Bo choć nie zrobił tego w sposób niewłaściwy, to po prostu nie był zainteresowany. Ale my wiemy, że wrażliwe dziewczyny to boli. A Vee jest dziewczyną wrażliwą. I ją zabolało. 

Pewnie trochę z ciekawości, może trochę z chęci zemsty, została graczem. 

Henry Joost i Ariel Schulman wyreżyserowali film, który choć z początku wydawał mi się dość infantylny - to jednak, o ile można tak powiedzieć, porwał mnie dość szybko. W gruncie rzeczy chodzi o to, że widzowie dają graczom zadania. Typu: jedź na miasto, pocałuj nieznajomego (Ian), zaśpiewaj dla niej piosenkę... Przymierz drogą sukienkę, smoking, idź gdzieś... I nagle okazuje się, że nie masz już swoich rzeczy, wyskakujesz z tego centrum handlowego w samej bieliźnie, a na kierownicy motocykla znajdujesz ubrania, które miałeś przymierzyć. 

I choć to nie jest gra dla dwojga, oni mieli grać razem. 

Śmiało możemy ten film wpisać w kategorię kina młodzieżowego, chociaż ja nie lubię kategoryzować i może tutaj lepiej tego nie robić o tyle, że dla dorosłego widza to może być przestroga. Ja się przeraziłam, bo choć ta gra (chyba?) nie istnieje, to są miliony innych, które wciągają ludzi w ten sposób i robią im pranie mózgu, a - z bólem serca, ale jednak - trzeba nam przyznać, że nasze społeczeństwo jest podatne na wszelkiego rodzaju uzależnienia, zwłaszcza te wiążące się z siecią. Bo młodzi chcą się wybić, coś znaczyć, być popularni. Pewnie, że nie wszyscy. Ale wielu. 

Nerve to historia dwudziestu czterech godzin z życia grupy nastolatków, którzy bardzo szybko przekonują się jak ważne jest bycie sobą. Takie bycie sobą mimo ludzi, którzy narzucają nam swoje zdanie, którzy na każdym kroku mówią nam co robić, co powinniśmy. Bycie sobą mimo tysięcy oczu skierowanych w naszą stronę i obserwujących każdy nasz krok. To historia odpowiedzialności za czyny, za rzeczy, które na pozór nie mają znaczenia, bo istnieją (tylko?) w świecie wirtualnym. Historia nie tylko dzieciaków, którzy wcale nie są anonimowi. 

Polecam Wam nie dlatego, że siedziałam w nienaturalnej pozycji aż rozbolał mnie kręgosłup i pierwszy raz od dawna wyłączyłam się na te półtorej godziny, ale dlatego, że zwyczajnie w świecie warto.  

Moja ocena: 6/6


Nie sposób tu wystrzec się skojarzeń. Oglądałam to pamiętając naszą Salę Samobójców, ale tu nie ma depresji i desperacji, zamykania się w pokoju i uciekania od życia. Przeciwnie. Tu jest ucieczka w życie.

Produkacja: USA
Reżyseria: Jessica Sharzer
Premiera świat: 12 lipca 2016
Premiera Polska: 6 września 2016

11:31:00

Sarah Dessen - Coś świętego

Sarah Dessen - Coś świętego




Autor: Sarah Dessen
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Tłumaczenie: Barbara Budrecka
Data wydania: wrzesień 2016
Liczba stron: 384

Sydney przez całe życie czuła się niewidzialna. Zawsze przyćmiewał ją starszy brat - obiekt dumy i uwielbiania rodziców. Pozostawiona sama sobie, szuka akceptacji u znajomych.

Pewnego dnia zaprzyjaźnia się z rodziną Chathamów: z Laylą, która zawsze wybiera niewłaściwych chłopaków, utalentowaną Rosie, która z własnej winy przegrała wielką szansę, a także ich matką, która mimo ciężkiej choroby jest oparciem dla wszystkich. Ale to Mac, starszy brat Layli - spokojny, zrównoważony i opiekuńczy - sprawia, że Sydney rodzi się na nowo. Wreszcie czuje, że ktoś naprawdę ją dostrzega.

Moje pierwsze spotkanie z panią Dessen miało miejsce wiele lat temu, kiedy moja mama zaczęła zamawiać książki (co wtedy nie było tak popularne; ba! chyba nie mieliśmy wtedy w domu internetu). Wtedy też, od Posłuchaj mnie (link do recenzji) zaczęła się moja przygoda z czytaniem ambitniejszych książek. Ambitniejszych o tyle, że ta książka wniosła do mojego życia pewnie więcej niż wszystkie części Pamiętników księżniczki razem wzięte, które wtedy pochłaniałam. 

Kiedy więc dostałam z wydawnictwa Harper Collins propozycje książek do recenzji na wrzesień - nie wahałam się ani przez chwilę widząc to znajome nazwisko, zwłaszcza że sięgnąć po kolejną książkę tej autorki chciałam już od dłuższego czasu. Szła dość długo (na tyle długo, że myślałam, że już jej nie dostanę), aż w końcu trafiła w moje ręce i zostawiłam trzy inne, za które się zabrałam... i oto jest, Coś świętego.  

Sydney jest nastolatką, która jak na moje oko, dość długo wcale nie była nieśmiała ani zamknięta w sobie. Popularna w szkole, z gronem przyjaciółek u boku, dobra uczennica, lubiana przez nauczycieli... tylko poza szkołą było gorzej. Faktycznie to jej brat, Peyton, był pupilkiem nie tylko rodziców, ale i większości ludzi, którzy spotykali jej rodzinę w komplecie. Jego wielki portret wiszący na wprost wejścia do domu, wszystkim rzucający się w oczy, zapatrzenie matki w idealnego syna, nawet kiedy wylądował w więzieniu... 

Sytuacja zmienia się, kiedy kierowana wyrzutami sumienia za czyny brata i brak skruchy w postawach rodziców Sydney zmienia szkołę. Poznaje w niej Laylę, która nagle - jako pierwsza osoba, z którą ta pierwsza ma do czynienia - rozumie co ona czuje. Jedni mówią, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Inni - że poznaje się ich po tym, jak znoszą nasze szczęście. Ja myślę, że cokolwiek by nie mówić, tym prawdziwym przyjacielem może okazać się ktoś, na kogo w pierwszej chwili nie zwracamy uwagi, bo "nie pasuje" do standardu życia ludzi, którymi otaczaliśmy się od zawsze. 

Nie lubię i nie chcę opowiadać Wam o fabule, bo trochę mija się to z celem. Możecie sobie przeczytać bardziej rozbudowane pod tym względem recenzje, które można znaleźć w sieci albo.... zwyczajnie sięgnąć po książkę i sami wyrobić sobie zdanie. A myślę, że warto. 

Przy pierwszym spotkaniu z panią Dessen polubiłam jej styl - przystępny dla czytelnika bez względu na wiek. Wydaje mi się, że polubiłam go dziesięć lat temu, będąc właśnie o te dziesięć lat młodszą, lubię go dzisiaj i moja mama, na przestrzeni tej dziesięcioletniej różnicy - też go lubi. A to całkiem dobry znak, prawda? Chociaż w samych superlatywach wyrażać się nie chcę, bo było kilka rzeczy, które mnie raziły. Albo - była jedna, dość... obszerna.   

Mianowicie to, że chociaż książkę czyta się dość łatwo i szybko, to można by ją skrócić o połowę. A przynajmniej o jedną trzecią, gdzie Sydney poznaje rodzinę Chathamów i w większości przesiaduje w ich pizzeri rozmyślając nad tym, że matka nie poczuwa się do odpowiedzialności za czyny syna. To wiemy od pierwszych stron i kolejnych sto kręcących się wokół tych samych myśli trochę mnie do tej książki zniechęciło, bo chociaż pomiędzy działo się coś innego, to wszystko sprowadzało się do jednego. A chyba nie chodzi o pomiędzy, ale o spójną całość, która sprawia, że czytelnik chce (i nie chce jednocześnie) przeczytać całość. (a nie chce oczywiście dlatego, że będzie mu szkoda. tak się dzieje w przypadku dobrych książek, czyż nie? ;)) 

Podsumowując - polecam jak najbardziej, bo to nie tylko historia przyjaźni, ale też odpowiedzialności, otwierania się przed ludźmi i poznawania samej siebie. Historia z morałem w tle, nie tylko dla nastolatek. I choć temat jest poważny, to styl pani Dessen lekki, a zestawienie tych dwóch składa się na całkiem dobrą powieść.  Nie wylałam łez, jak robię to przeważnie w przypadku książek, które skradają moje serce. Ale czułam złość i niepokój, a to właśnie odczuwanie emocji wspólnie z bohaterami wpływa na to, że książki się zapamiętuje. 

Moja ocena: 5/6

Za książkę, raz jeszcze, dziękuje wydawnictwu HarperCollins Polska. 

http://www.harpercollins.pl/