Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty

08:15:00

Odnajdę Cię

Odnajdę Cię
 
Kolejna produkcja kinowa, tym razem polska. Odnajdę Cię to historia matki policjantki ruszającej w pogoń za porwaną, przetrzymywaną w upiornym miejscu nastoletnią córką, której warunkiem uwolnienia jest wystawienie świadka koronnego - byłego żołnierza. 

Z przykrością stwierdzam, że nie mam w tym temacie nic więcej do powiedzenia. 

A tak na poważnie - Odnajdę Cię to 80-minutowa produkcja, której pół godziny więcej stałoby się dla mnie nieznośne. O ile mogę tak powiedzieć, to film nakręcony w stylu starych (dobrych?) Kryminalnych, którzy nigdy nie przypadli mi do gustu, do którego zwiastuna - klasycznie - wybrano najciekawsze sceny, a który w trakcie okazał się zbędnie przedłożonym, miałkim, wątpliwym kinem akcji. Choć podobno jest to film na pograniczu thrillera i sensacji. Jak dla mnie tej drugiej zabrakło całkowicie. 

Więcej nie powiem, bo szkoda mi czasu. A może jeszcze jedno, pytanie na odchodne: kiedy powstanie w tym kraju film bez Stramowskiego? 


źródło zdjęć: grafika google

13:57:00

Sherri Smith - Spacer na krawędzi

Sherri Smith - Spacer na krawędzi
 
Co z pewnością udało Wam się zauważyć na przestrzeni ostatnich kilku lat tego bloga, nie jestem wielką fanką thrillerów. Właściwie nie wiem dlaczego. A może to złe określenie? Może powinnam powiedzieć po prostu, że nie sięgam po nie zbyt często. Ale kiedy już sięgam, nie czuję się jednak zawiedziona. 

Spacer na krawędzi jest jedną z tych książek, o której przedpremierowo dużo się mówiło w blogsferze. Mówiło w większości dobrze, więc kiedy "wpadł mi on w ręce", nie mogłam go nie przyjąć.

Przed laty Mia uciekła z miejsca, którego nigdy do końca nie potrafiła nazwać domem. Brak perspektyw, samotność, uzależnienia i wieczne stanie w miejscu sprawiły, że mimo upływu czasu wciąż postrzega Wayoaty - krainę jabłek, kukurydzy, ale też dilerów narkotykowych i ludzi gotowych zabić, byle tylko ich sekrety nie wyszły na jaw - w ten san sposób - szary, smutny, zatrzymany w czasie. Kiedy zostaje wezwana na przesłuchanie w sprawie, w której został oskarżony Lucas, nie zastanawiając się zbyt długo jest pewna, że to niemożliwe, jej brat nie zrobiłby czegoś podobnego. Ale gdy wraca do domu, do kawalerskiego chaosu, gdy po rozmowie z przyjacielem Lucasa okazuje się, że nie jest on wcale ułożonym, przykładnym facetem z poukładanym życiem...  

Widząc postawę policji i przekonanie, że Lucas jest winny zarzucanego mu morderstwa, Mia bierze sprawy w swoje ręce i postanawia "podsunąć im innego podejrzanego", znaleźć faktycznego sprawcę śmierci nastoletniej Joanny. Prowadzi śledztwo na własną rękę, ale im głębiej drąży temat, tym bardziej ktoś próbuje ją powstrzymać. Walka o prawdę staje się równie niebezpieczna, jak spacer nad przepaścią, w którą ktoś próbuje nas zepchnąć. * Czas ucieka, a sprawa staje się coraz bardziej skomplikowana...

Z początku pomyślałam sobie, że Mia jest jedną z tych irytujących bohaterek, która przekonana o swojej racji nie da nikomu dojść do głosu. Krótką chwilę później uświadomiłam sobie jednak, że jest przecież siostrą Lucasa, któremu grunt pali się pod nogami i cokolwiek naprawdę się stało, gdziekolwiek znajduje się Lucas i dlaczego zniknąć, stanie za nim murem - na tym przecież polegają więzy rodzinne. 

Sherri Smith zbudowała ciekawych bohaterów, dając nam szansę na faktyczne przeżycie tej historii dzięki pierwszoosobowej narracji Mii. Nie jest to powieść pędząca "na łeb na szyję", w której czytelnik się zgubi, ale zdecydowanie przemyślana fabuła dla tych mniej i bardziej wymagających czytelników (thrillerów). W dodatku, co jest ogromnym plusem tej książki, naprawdę szybko się ją czyta i choć niekiedy nie brzmi to najlepiej - jest trochę jak film, w który wciągasz się, zajadasz popcorn i nim się obejrzysz, lecą napisy końcowe. I! Co najważniejsze. Po pierwszych pięćdziesięciu stronach wciąż nie wiadomo, co się wydarzyło (mówię o tym dlatego, że tak prowadzona fabuła jest chyba najbardziej irytującą, zwłaszcza w tego typu książkach).

* opis z okładki

08:18:00

FILMOWO - Nerve

FILMOWO - Nerve

Zbierałam się do niego przez kilka tygodni, zanim zdecydowałam się obejrzeć. A zdecydowałam się... spontanicznie, podczas babskiego wieczoru. I muszę Wam przyznać, że choć nie jest to gatunek, na który decyduję się często - dawno żaden film do tego stopnia mnie nie porwał. 

Vee jest jedną z tych nastolatek, które mając w sobie potencjał, podpierają ściany. Ma grono przyjaciół od zawsze i aparat i zdaje się, że więcej jej do szczęścia nie trzeba. Chyba, żeby dodać do tego Wesa, wtedy byłby raj na ziemi. Jej przyjaciółka, Nancy, jak bardzo wielu młodych ludzi, wciągnęła się w pewną grę zatytułowaną Nerve, w której można wybrać - chcesz być widzem, czy graczem? Uznajmy to za pewnego rodzaju metaforę życia, bo tak właśnie ten film się zaczyna. Vee jest widzem - szarą myszką marzącą o wielkich rzeczach, która boi się wyciągnąć po nie ręce. Nancy jest graczem - osiąga wszystko co sobie postanowi. Nawet miejsce w pierwszej trójce najpopularniejszych w grze, która właściwie nie ma sensu. 

I siedzieli tak, wszyscy, w przydrożnej knajpie po lekcjach, aż Nancy kazała Vee zostać graczem - zacząć czerpać z życia, a nie tylko je obserwować. I żeby pokazać jej, że to wcale nie jest takie trudne, podeszła do Wesa zagadać, że podoba się koleżance... 

Mogła sobie darować, zwłaszcza w miejscu publicznym. Bo choć nie zrobił tego w sposób niewłaściwy, to po prostu nie był zainteresowany. Ale my wiemy, że wrażliwe dziewczyny to boli. A Vee jest dziewczyną wrażliwą. I ją zabolało. 

Pewnie trochę z ciekawości, może trochę z chęci zemsty, została graczem. 

Henry Joost i Ariel Schulman wyreżyserowali film, który choć z początku wydawał mi się dość infantylny - to jednak, o ile można tak powiedzieć, porwał mnie dość szybko. W gruncie rzeczy chodzi o to, że widzowie dają graczom zadania. Typu: jedź na miasto, pocałuj nieznajomego (Ian), zaśpiewaj dla niej piosenkę... Przymierz drogą sukienkę, smoking, idź gdzieś... I nagle okazuje się, że nie masz już swoich rzeczy, wyskakujesz z tego centrum handlowego w samej bieliźnie, a na kierownicy motocykla znajdujesz ubrania, które miałeś przymierzyć. 

I choć to nie jest gra dla dwojga, oni mieli grać razem. 

Śmiało możemy ten film wpisać w kategorię kina młodzieżowego, chociaż ja nie lubię kategoryzować i może tutaj lepiej tego nie robić o tyle, że dla dorosłego widza to może być przestroga. Ja się przeraziłam, bo choć ta gra (chyba?) nie istnieje, to są miliony innych, które wciągają ludzi w ten sposób i robią im pranie mózgu, a - z bólem serca, ale jednak - trzeba nam przyznać, że nasze społeczeństwo jest podatne na wszelkiego rodzaju uzależnienia, zwłaszcza te wiążące się z siecią. Bo młodzi chcą się wybić, coś znaczyć, być popularni. Pewnie, że nie wszyscy. Ale wielu. 

Nerve to historia dwudziestu czterech godzin z życia grupy nastolatków, którzy bardzo szybko przekonują się jak ważne jest bycie sobą. Takie bycie sobą mimo ludzi, którzy narzucają nam swoje zdanie, którzy na każdym kroku mówią nam co robić, co powinniśmy. Bycie sobą mimo tysięcy oczu skierowanych w naszą stronę i obserwujących każdy nasz krok. To historia odpowiedzialności za czyny, za rzeczy, które na pozór nie mają znaczenia, bo istnieją (tylko?) w świecie wirtualnym. Historia nie tylko dzieciaków, którzy wcale nie są anonimowi. 

Polecam Wam nie dlatego, że siedziałam w nienaturalnej pozycji aż rozbolał mnie kręgosłup i pierwszy raz od dawna wyłączyłam się na te półtorej godziny, ale dlatego, że zwyczajnie w świecie warto.  

Moja ocena: 6/6


Nie sposób tu wystrzec się skojarzeń. Oglądałam to pamiętając naszą Salę Samobójców, ale tu nie ma depresji i desperacji, zamykania się w pokoju i uciekania od życia. Przeciwnie. Tu jest ucieczka w życie.

Produkacja: USA
Reżyseria: Jessica Sharzer
Premiera świat: 12 lipca 2016
Premiera Polska: 6 września 2016

11:51:00

Guillaume Musso "Telefon od Anioła"

Guillaume Musso "Telefon od Anioła"

Autor: Guillaume Musso
Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: wrzesień 2012
Liczba stron: 416

Nowy Jork, lotnisko Kennedy'ego. Madeline i Jonathan nigdy wcześniej się nie spotkali. Ona jest paryską kwiaciarką, on - słynnym szefem kuchni, który niedawno utracił żonę i sieć restauracji stanowiącą dorobek życia; teraz prowadzi skromne bistro we włoskiej dzielnicy San Francisco. Gdyby nie incydent na lotnisku, żadne nawet nie wiedziałoby o istnieniu drugiego. Biegnąc do wolnego stolika w zatłoczonym barze wpadają na siebie i przez przypadek zamieniają telefony komórkowe. Kiedy zdają sobie sprawę z pomyłki, jest już za późno - dzielą ich tysiące kilometrów. Ciekawość bierze górę nad dyskrecją. Madeline i Jonathan nie potrafią powstrzymać się przed przejrzeniem zawartości swoich komórek. Czy oprócz intymnych zdjęć, e-maili i SMS-ów kryją one jakieś interesujące informacje? Okazuje się, że tak. Przeszłość dwojga zafascynowanych sobą nieznajomych wiąże mroczna tajemnica, którą każde usiłowało wymazać z pamięci. Oraz pewna dziewczyna, która albo zaginęła, albo została zamordowana. Działając razem, Jonathan i Madeline mogą sobie wzajemnie pomóc. Niestety, grzebanie w przeszłości nie zawsze dobrze się kończy...

Niedawno zdałam sobie sprawę z tego, że każdą recenzję - czy to na blogu, czy poza nim - rozpoczynam stwierdzeniem "przyciągnęła mnie okładka". I może na przekór sobie tym razem kupiłam książkę, która wcale nie od razu rzuciła mi się w oczy? Tym razem przyciągnął mnie do niej tytuł, ale tego może nie będę Wam wyjaśniać. Z resztą, jak tak sobie myślę, to chyba nieistotne. "Telefon od Anioła" jest idealnym potwierdzeniem tego, że liczy się wnętrze. 

Romantyczny thriller, z którego nikomu nie uda się ujść cało, nawet czytelnikowi - przekonuje nas na okładce Le Figaro Magazine. Mogłoby się zdawać, że przy książce, która sprzedaje się w tak dużej ilości egzemplarzy (800 tysięcy w rok) - na okładce siłą rzeczy nie da się, a może nie powinno się?, pisać niczego innego. Tak więc pokręciłam głową widząc to zdanie i otworzyłam książkę...

Na brzegu jest bezpieczniej, ale ja lubię walczyć z falami - cytaty Emily Dickinson na pierwszej stronie. I myślę, że te słowa można by uznać za charakterystykę głównej bohaterki. Madeline wiedzie spokojne życie w Paryżu, prowadząc niewielką, urokliwą kwiaciarnię. Ma kochającego narzeczonego, który poszedłby za nią w ogień, piękny dom, który tworzą nie tylko ściany, przyjaciółkę, oddaloną o setki kilometrów, ale bardzo bliską... I przeszłość, która przypomina o sobie każdego dnia. A im bardziej zagłębia się w tajemnice Jonathana, tym dosadniej uświadamia sobie, że są do siebie podobni... 

Moje cierpienie ma źródło głębiej - Flannery O'connor, jako początek 20. rozdziału. Każdy z 38. rozdziałów rozpoczyna się cytatem, jednym lub dwoma zdaniami mniej lub bardziej streszczającymi to, o czym będziemy czytać na kilku najbliższych stronach. Z początku mowa jest głównie o samotności. To ta część przedstawienia bohaterów, ujawnienia ich tajemnic, głęboko skrywanych lęków. A wierzcie mi, że jest ich wiele. Coś Wam o nich opowiem, na zachętę. 

O Madeline już wspomniałam. Jako istotną informację dodam jeszcze, że przeszłość, która o sobie przypomina jest ściśle związana z Alice Dixon. Zaginioną nastolatką, nad której sprawą Maddie pracowała przez kilka długich miesięcy. Z którą poczuła więź emocjonalną, choć nigdy nie stanęły oko w oko. Bardzo nieprofesjonalnie, myślicie? Owszem, również. Ale przede wszystkim, kiedy człowiek czuje się tak silnie związany z osobą, o której śmierci przesądziły już wszystkie służy, media, i obywatele nie tylko Londynu, ale całego kraju... trudno się nie załamać. I Madeline się to nie udało... Dlatego też rzuciła pracę w policji. 

Jonathan? Szef kuchni. Właściciel sieci restauracji, stolik w których trzeba było rezerwować już rok wcześniej. Kucharz, który sprzedał prawa do własnego nazwiska, aby wyjść z długów. Mężczyzna, którego żona zdradziła z  jego najbliższym współpracownikiem i przyjacielem zarazem. Chociaż, nie wszystko jest takie, jakim z początku się wydaje... Tak więc Jonathan, podniesiony na duchu przez byłego szwagra - otworzył wreszcie niewielkie bistro, w którym serwowane są dobre, aczkolwiek bardzo proste dania. Bo fakt, że sprzedając swoje nazwisko podpisał dokument mówiący o tym, że nigdy już nie wymyśli żadnego dania to jedno. Ważniejsze jest to, że przy rozwodzie stracił do tego chęci... 

Aż wreszcie zdajmy sobie jedno, podstawowe pytanie: co sprawia, że ludzie zaczynają być ślepi na to, co dzieje się wokoło? Odpowiem Wam - emocje, przede wszystkim. Kiedy są zbyt głośne, kiedy jest ich zbyt wiele - człowiek traci zdolność racjonalnego myślenia. Dlatego też czasem potrzeba nam kogoś, kto na całą sprawę spojrzy z boku. Kogoś, kto grzebiąc w naszym telefonie zauważy rzeczy, których my sami nigdy nie dostrzegliśmy, choć analizowaliśmy wszystko tak wiele razy. Kogoś, kto po dwóch latach szaleńczej samotności i niepełnej egzystencji sprawi, że robiąc krok w tył, wracając do przeszłości, zaczniemy działać, a nie tylko rozmyślać nad tym, co się wówczas wydarzyło. Czasem to jedyny sposób, żeby ruszyć naprzód. 

I mogłabym tak pisać jeszcze długo, bo do powiedzenia mam naprawdę wiele. Ale nie chcę odkrywać Wam wszystkiego. Ten romantyczny thriller, z którego nikomu nie uda się ujść cało, nawet czytelnikowi sprawił, że czytając ostatnie zdanie chciałam... szukać, czy reszta się gdzieś nie zapodziała. Niewiele jest książek, które odbierają mi mowę. "Telefon od Anioła" jest jedną z tych, po których jedynym, co czułam były niedosyt i niedowierzanie. No bo... jak można to skończyć tak szybko, w takim momencie? 

A jako ciekawostkę dodam Wam, że Guillaume Musso, przed napisaniem tej książki, w sierpniu 2007 roku... zamienił się telefonem z jakąś kobietą na lotnisku w Montrealu. ;)

Moja ocena: 6/6

11:46:00

Stephen King "Komórka"

Stephen King "Komórka"

Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Albatros
Oryginalny tytuł: Cell
Data oryginalnego wydania: 2006 rok
Data polskiego wydania: 2007
Liczba stron: 432

„Młody rysownik Clay Ridell ma powody do zadowolenia. Przed chwilą podpisał lukratywny kontrakt wydawniczy. Uczcił ten radosny fakt zakupem prezentu dla żony. Wracając ze spotkania, jest świadkiem budzących grozę wydarzeń. Elegancko ubrana kobieta i dwie nastolatki wpadają w krwiożerczy szał. Nie tylko one. Ulice zapełniają się bełkoczącymi ludźmi, przechodnie bez powodu rzucają się na siebie, z nieba spadają samoloty. Szaleństwo ogarnia każdego, kto odebrał telefon komórkowy. Tajemniczy sygnał, później nazwany pulsem, nie niszczy aparatów, ale wyzwala agresywne, destrukcyjne skłonności. Świat ogarnia chaos, zaczyna się bezlitosna walka o przeżycie. Syn Ridella i jego żona są w domu, z dala od Bostonu. Clay musi do nich dotrzeć, nim Johnny użyje komórki, którą otrzymał na dwunaste urodziny. Pieszo, bo komunikacja już nie istnieje. Na będących w podobnej sytuacji wędrowców czyhają zombi, ofiary Pulsu, zabijając nielicznych, którzy pozostali normalni. Jedynym bezpiecznym miejscem jest centrum stanu Maine, obszar znajdujący się poza zasięgiem telefonii komórkowej. Ostatnia enklawa ludzkości, czy przemyślnie skonstruowana pułapka?”

Zachęcona „Christine” sięgnęłam po kolejną książkę Kinga licząc, że znów zachwycę się tak jak wtedy, za pierwszym razem. Oczywiście, tak się stało, tylko moim skromnym zdaniem, do tej książki powinien być dołączony kupon na darmową terapię u psychiatry czy psychologa… Ale od początku.

Jednym z głównych bohaterów jest Clay Ridell (czy tylko ja widzę podobieństwo do nazwiska Voldemorta? :D ), młody rysownik. Wraz z postępem akcji, do Claya dołączają inni, Ci, którym udało się umknąć złej mocy przesyłanej przez telefony komórkowe. Tak więc był on (Clay), młoda, piętnastoletnia dziewczyna o imieniu Alice oraz mężczyzna, którego imię wyparowało mi chwilowo z głowy. O, mam, Tom. Tak, to był Tom…

Zła sytuacja, niebezpieczeństwo czyhające na nich z każdej strony zmusiło ich do tego, by pogłębić swoje więzi. W ciągu jednego dnia z osób, które w ogóle się nie znały, których życia kompletnie różniły stali się bliskimi sobie osobami. Bo przecież w grupie łatwiej, prawda? Ale o co chodzi?

Jak sam tytuł mówi, mamy do czynienia z komórkami, które w oczach bohaterów są czymś totalnie niebezpiecznym. Gdy ktoś przyłożył ją do ucha, tracił zmysły. Zaczynał zachowywać się jak zwierzak, a momentami jeszcze gorzej. Odgryzanie uszu, wgryzanie się w szyje, zwisające policzki „przyszyte” do brody. Istny obraz koszmaru.

Świat się kończy.

Może to ta apokalipsa, która zapowiadana jest na grudzień 2012?

A może tytuł powinien brzmieć „Noc trupów”? Bo kiedy jest noc, potwory śpią, a ludzie mogą żyć. Dzień zamienia się z nocą. Ludzie zmieniają tryb swojego życia.

Ze strachu.

No ja mówię, że potrzebuję psychologa. Właściwie, jak przeczytałam Rodzicielce krwisty fragment, sama ze smutkiem oznajmiła, że chyba mnie do psychiatry trza wziąć…

Nadal jestem w szoku. Pozytywnym.

I chyba w związku z tym odpocznę od Kinga, co w ty na to?

Oczywiście 5/6, jeden punkcik odjęłam za drastycznośc, stanowczo nie na moje nerwy :D

Znów mam wrażenie, że działam na swoją niekorzyść. Czerpę z końca wakacji tyle, że siedzę do drugiej nocy, by skończyć książkę, a na drugi dzień jestem kompletnie niewyspana, ale jaka dumna z siebie! Jeszcze trzy zaległe recenzje, i będę na bieżąco... Ciekawe jakie to uczucie!

20:45:00

Harlan Coben "Bez śladu"

Harlan Coben "Bez śladu"
Autor: Harlan Coben
Wydawnictwo: Albatros
Oryginalny tytuł: Fade Away
Seria/Cykl wykładniczy: Myron Bolitar tom 3
Data wydania: oryginalna wersja 1996, w Polsce dopiero w roku 2005
Liczba stron: 336


Myron Bolitar przyjmuje propozycję właściciela klubu New Jersey Dragons i zgadza się odnaleźć gwiazdę drużyny, Grega Downinga, swojego rywala z czasów studenckich, który przepadł jak kamień w wodę. Dzięki temu zleceniu otrzyma szansę powrotu do zawodowej koszykówki. Co naprawdę stało się z Gregiema Czy uciekł przed gangsterami poszukującymi go za długi hazardowe, czy ukrywa się przed policją w związku z zabójstwem Carli kobiety, która go szantażowałaa W domu zaginionego Myron znajduje ślady krwi zamordowanej, które niebawem ktoś usuwa, podobnie jak ślady obecności tajemniczej kobiety, z którą Greg żył po rozstaniu z żoną. Okazuje się, że cała sprawa ma związek z wydarzeniami z własnej przeszłości Bolitara...

To moja pierwsza książka, tego autora. Wpadłam na nią w sumie zupełnie przypadkowo – leżała sobie na szafce w bibliotece, a ja, stojąc w kolejce ją złapałam, przeczytałam tył… No i mi się spodobało. Ale może teraz kilka słów o książce, a nie o moich upodobaniach co do niej.

Zaginięcie niejakiego Grega Downinga niesie ze sobą dużo komplikacji. Pomijając sam fakt, że show biznes (nawet jeśli nie dotyczy gwiazd filmowych, ale gwiazd sportowych) jest, że się tak wyrażę, posrany. Każdy jest od kogoś zależny, każdy ma jakąś tajemnice i w końcu każdy stara się, by ta „tajemnica” nie wyszła na jaw. A Myron Bolitar jest tym sprawiedliwym, któremu kasa (której na pewno ma dużo) nie zawróciła w głowie, i który pomimo swojej rozpoznawalności jest tym dobrym i uczciwym.

Najważniejsza okazuje się przeszłość – niegdyś Myron „chodził” z obecną (a właściwie byłą) żoną Grega, dlatego też Ci dwoje nie za bardzo się lubili, a jeśli już pojawiali się gdzieś w swoim towarzystwie, to stawało się to dla tak zwanego picu, żeby nikt nie pomyślał, że w drużynie źle się dzieje. Poza tym ważne jest to, iż Myron przed kilkunastoma laty miał wypadek na boisku, w związku czego musiał pożegnać się z dalszą karierą siatkarską. By nie siedzieć na przysłowiowych czterech literach założył firmę, która, nomen omen, dobrze prosperuje. Ale od początku…

Okazuje się, że Myron ma prowadzić własne śledztwo, by ta „radosna” nowinka o zaginięciu Grega nie obeszła medialnego świata. Wiadomo, że takie rzeczy raczej trudno utrzymać w tajemnicy, więc prędzej czy później dowiadują się o tym niepowołane osoby. By nie wyjawić całej „tajemnicy” powiem, że najbardziej zdziwiła mnie pewna sytuacja. Dom Grega, piwnica – a tam, ściana wymalowana krwią. Gdy ktoś się dowiaduje o tajnym śledztwie, krew znika, ale nikt nie wie, kto to zrobił…

Wartka akcja powoduje, że książkę czyta się szybko i w bardzo miłej atmosferze. Ja do końca nie wiedziałam, kto zabił więc jestem mega zadowolona z zdolności pisarskich autora. Do tego stopnia, że wczoraj zakupiłam „Krótką piłkę”, gdzie znów będę miała styczność z pismem pana Cobena. Naprawdę, trzeba być dobrym pisarzem, żeby napisać książkę wciągającą, interesującą – i co najważniejsze przy takim typie powieści –tak, by końcowa prawda nie wyszła gdzieś w wierszu pomiędzy tym wszystkim.

Jak dla mnie - bezapelacyjne 6/6 :D

Swoją drogą, mój stosik książek rośnie z każdym dniem, a ja, zamiast czytać, to albo się obijam, albo kupuję nowe zdobycze. I tak mam jeszcze dwie zaległe recenzje do napisania, więc nie zdziwcie się, jeżeli w kolejnych dniach będzie mnie tu dużo ;)





21:05:00

John Grisham "Prawnik"

John Grisham "Prawnik"
Autor: John Grisham
Wydawnictwo: Amber
Oryginalny tytuł: The Associate
Tłumaczenie: Krzysztof Bereza
Data oryginalnego wydania: 2009 rok
Data polskiego wydania: ok 2009 roku
Liczba stron: 320
Kategoria: thriller/sensacja

Drogi czytelniku, chciałbym Ci przedstawić Kyle'a McAvoya, głównego bohatera mojego nowego thrillera prawniczego [...] To młody absolwent Yale, któremu świat powinien paść do stóp - a tymczasem jego życie staje się koszmarem. Zmuszony szantażem do przyjęcia posady na Wall Street w najbardziej prestiżowej firmie prawniczej świata, Kyle staje się pionkiem w zabójczej grze koroporacyjnego szpiegostwa.


Kolejna książka wyżej wymienionego autora, a ja kolejny raz nie wiem, co mogę powiedzieć. Już przy pisaniu poprzedniej recenzji miałam zamiar powiedzieć, że styl Grishama niezmiernie mi się podoba. Pomimo tej prawniczej jadki, i czasem niezrozumiałego dla mnie słownictwa, nadal jestem pod wrażeniem. Ale od początku...

Kyle McAvoy może mieć wszystko. Ma dwadzieścia kilka lat, ukończył uniwersystet Yale i może zdobyć pracę, gdzie tylko chce. Już od dziecka interesował się tym zawodem, często pomagał swojemu ojcu, który miał własną, można by rzec, kancelarię. Ojciec jednak robił wszystko niemal za darmo, służył ogółowi, ludziom, którzy czasami nie mieli czym zapłacić za okazaną im pomoc czy zrozumienie. Ale on to rozumiał, po prostu nie lubił czerpać pieniędzy z tego, co sprawiało mu przyjemność - służenia ludziom, wykorzystywania swojej wiedzy w sytuacjach, które tego wymagały. Liczył, że Kyle, jego syn pójdzie w jego ślady, jednak... 

Nie zawsze wszystko zależy od nas. Czasem znajdujemy się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze. A później rozmyślamy, co by było gdyby... choć nie ma to najmniejszego sensu. Tak było i tym razem. Pewnego dnia Kyle zostaje zaczepiony przez pewnego człowieka, który grozi mu, że jeżeli nie zrobi tego, o co go prosi, do sieci wypłynie pewien filmik, który może zniszczyć nie tylko jego życie...

Co zrobiłbyś, drogi czytelniku, gdyby od Ciebie zależało życie twoich przyjaciół, którzy powoli układają sobie życie? Czy byłbyś w stanie poświęcić swoje życie? Odważyłbyś się? Czy zwinął tak zwany ogon, zaszył się w przestronnym miejscu i liczył, że prędzej czy później przejdzie? 

Kyle wiedział jedno - zbyt cenił sobie swoich przyjaciół, by stracić ich przez jakiś durny filmik, który pokazywał ich życie jeszcze za czasów studiów. Nie mając innego wyjścia, zgadza się na bycie pionkiem, choć niesie to za sobą niezwykle niebezpieczne życie. Mężczyzna przez cały czas jest kontrolowany, na każdym kroku śledzi go ktoś, by dowieść samemu szefowi, że Kyle robi to, co zostało mu nakazane. Ci mężczyźni włamują się do jego mieszkania, podkładają podsłuchy na telefonie, komputerze, w niemal każdym pokoju montują kamery - mają na niego pogląd. A mężczyna traci swobodne do tej pory życie. Ma dobrze płatną pracę, ale co mu z niej, skoro ma kraść dokumenty, za co mogą go wyrzucić?

Z pomocną dłonią wychodzi mu przyjaciel, John. Kyle musi nieźle się nagimnastykować, żeby powiedzieć przyjacielowi to, co siedzi mu na sumieniu tak, by nie zostało to usłsyszane przez szpiegów. Ale organizm człowieka  nie może wytrzymać wszystkiego. Po jakimś czasie zacznie domagać się swoich praw - dłuższego snu, więcej dni odpoczynku.

W końcu odważa się i idzie do prawnika by wyjawić, co się dzieje. Do akcji wkracza FBI i...

No cóż, książka naprawdę mi się spodobała, zastanawiam się nad ściągnięciem filmu - podobno występuje w nim Shia LaBeouf (czy jak to się tam pisze :D) więc... Mogę polecić każdemu, kto lubi napiętą akcję aż do samego końca :)

moja ocena: 6/6 






21:25:00

John Grisham "Ława Przysięgłych"

John Grisham "Ława Przysięgłych"
Autor: John Grisham
Wydawnictwo: Amber
Oryginalny tytuł: The Runaway Jury
Tłumaczenie: Andrzej Leszczyński
Data wydania: 1996
Przybliżona data polskiego wydania: 2009
Liczba stron: moja 349
Kategorie: thriller/sensacyjny


Małe miasteczko w Missisipi. Wdowa po zmarłym na raka płuc nałogowym palaczu domaga się od koncernu tytoniowego ogromnego odszkodowania. Precedensowy proces cywilny wywołuje dużo emocji wśród prawników, lobby tytoniowego i na Wall Street. Wyrok w takim procesie można jednak ustawić - trzeba tylko starannie dobrać przysięgłych i zręcznie nimi manipulować, przeciągając w końcu na swoją stronę. Ale nikt nie podejrzewa, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami sądu, gdzie obradują. I kto naprawdę decyduje o werdykcie...

Po raz kolejny sięgam po książkę do tej pory nieznanego mi autora, i bynajmniej nie jest mi z tego powodu niedobrze, bo po raz kolejny trafiłam na kogoś wartego uwagi. Książka ta leżakowała sobie u mojej mamy na reagle a ja, z braku laku (i rozprzestrzeniajacej się nudy) pewnego wieczoru przy nim przysiadłam i znalazłam to...

Prawnikiem raczej nigdy nie zostanę, bo ogrom nauki, jaką trzeba w to włożyć skutecznie mnie od tego niebanalnego pomysłu odsuwa. Książkę tą jednak „połknęłam” za jednym razem, choć na początku stawiała mi skuteczne opory. Ale od początku...

Jak wszyscy doskonale wiemy, papierosy zagrażają naszemu życiu, czy tego chcemy, czy nie - to nieodwiązalna ich część. Palisz, później chorujesz. Oczywiście, jest szansa, jeżeli nie palisz kilku paczek dziennie, to masz szanse na dożycie starości... Ale jednak, fakty są niezaprzeczalne. 

Wdowa po Jacobie Woodzie idzie do sądu i wnosi sprawę przeciwko firmie Pynex, jednej z popularniejszych firm produkujących papierosy. Sądzi, że to właśnie przez nich jej mąż zachorował na raka, wskutek czego, umarł. Drapiemy się po głowach, myśląc, że  „przecież on, dorosły człowiek był świadom swoich czynów, wiedział, na pewno wiedział, że papierosy do zdrowych nie należą i jakieś kosekwencje wywołują.” Oczywiście, możemy mieć rację, odpalamy logiczne myślenie. Ale wdowa jest gotowa (a właściwie jej prawnik) dopiąć swego i wywalczyć ogromne odszkodowanie u przeciwnika.

Bo po dwóch stronach sądowej barykady stoją dwaj wrogowie - dwaj najlepsi prawnicy, wraz ze swoimi sztabami. Mamy również tytułową ławę przysięgłych, która dobierana jest w skrupulatny sposób tak, by wywalczyć odpowiedni werdykt w sprawie. Każdy ze szczęśliwców, którzy zasiadają w tej ławie są obserwowani, są im robione zdjęcia, a już podczas samego trwania rozprawy, żaden z prawników nie cofnie się przed zwabieniem kogoś na swoją stronę. W końcu walka wrze o miliony dolarów!

Mamy również tajemniczego przysięgłego, Nicholasa Eastera, który nie ma historii, a przynajmniej prawnicy nie mogą do niej dotrzeć, co już wprawia ich w osłupienie. I mamy również tajemniczą Marlee, która zaskakuje prawników każdego dnia. 

Jak mówiłam, prawnikiem nie byłam, nie jestem i nigdy nie będę. Palaczką również - po przeczytaniu książki, uśmiechnięta od ucha do ucha podeszłam do Rodzicielki i zadałam jej proste pytanie: „Mamo, dlaczego po przeczytaniu tej książki nie rzuciłaś fajek?.” Jako świadkowie bowiem zostali powołani naukowcy, którzy solennie tłumaczyli, jaki wpływ na ludzkie życie ma nikotyna. I autor nie pominął niczego, by nas, czytelników o tym uświadomić. I ja mu za to dziękuję!

A książkę polecam, najmocniej jak tylko potrafię. Może na początku niezbyt wciąga (bo w sumie nie wie się, o co chodzi), ale w miarę postępu akcji, można się zatracić.

Moja ocena: 6/6

co myślicie o szablonie? nie mogłam się powstrzymać przed zmianą, ponieważ tamta zieleń kłuła mnie po prostu w oczy ;) a teraz... tak łagodnie się zrobiło, nie?

12:19:00

Stephen King - "Christine"

Stephen King - "Christine"



Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Arkadiusz Nakoniecznik
Data wydania oryginalnego : grudzień 1983
Data polskiego wydania: maj 2008
Kategoria: thriller, sensacja, kryminał
Liczba stron: 648


To była miłość od pierwszego wejrzenia. Siedemnastoletni Arnie Cunningham zobaczył Christine i zdecydował, że musi ona należeć do niego. Zafascynowany, nie słuchał ostrzeżeń najlepszego przyjaciela ani swojej dziewczyny, która go w końcu opuściła, pokonana przez rywalkę. Rodzice, nauczyciele i wrogowie Arniego przekonali się, co znaczy stanąć na drodze mściwej i bezlitosnej Christine. Bo Christine to nie kobieta. To siejący zło i śmierć plymouth fury rocznik 1958, samochód widmo. 


Na dalszej stronie okładki możemy znaleźć również dopisek, że Christine jest jedną z najbardziej popularnych powieści Kinga. Ponadto została zekranizowana niemal od razu po ukazaniu się książki. Film w reżyserii Johna Carpentera wszedł na ekrany kin w 1983. 

Na samym początku należy wspomnieć, że Christine jest pierwszą książką tego autora, z którą miałam styczność. Z racji, iż słyszałam wiele pochlebnych opinii na temat tego autora, stwierdziłam że i ja pragnę się z nim zapoznać. Znając jednak skąpstwo swojej biblioteki przyszykowałam się na to, że głupim trafem mogę niczego nie znaleźć, dlatego moja radość była wielka, gdy nieuprzejmy bibliotekarz przekazał mi ten egzemplarz. 

Przeraziłam się lekko jego objętością, choć przezornie, po Alibi na Szczęście wiedziałam, że może to i dobrze. 

Nie zawiodłam się. Od samego początku polubiłam Arniego, zakompleksionego nastolatka, który nie umiał odnaleźć swojego miejsca w szkolnej społeczności. Ze względu na jego niebyt atrakcyjny wygląd (pryszcze i tym podobne) nie miał zbyt wielu fanów, jeżeli tak w ogóle mogę nazwać uczniów. Każdy z nas, nastolatków wie, jak dzieci potrafią być złośliwe. Potrafią splunąć przed Tobą, byle by tylko okazać swoją wyższość. Uciekał więc w naukę, w stowarzyszenia, które zajmowały jego wolny czas.

Mamy również Dennisa, jego przyjaciela, który, podobnie jak dziewczyna Arniego przegrywa walkę o bliskość z chłopakiem, kiedy ten zauważa Christine. I tu pojawia się moje pytanie - jak bardzo trzeba być samotnym i zdesperowanym, by poświęcić się samochodowi, któremu - nomen omen - nikt nie daje szansy na ponowne jeżdżenie po ulicach? Jak bardzo trzeba być zdeterminowanym, by pokazać światu, że jednak się do czegoś nadajemy, nawet jeżeli chodzi tylko o naprawę złomu?

Rodzice Arniego odgrywają tu dużą rolę. Nadmienić warto, że Dennis znał się  z chłopakiem od dzieciństwa, dlatego też jest z jego rodzicami na ty, co w sumie trochę mnie zdziwiło, bo ja sama nie odważyłabym się powiedzieć do mamy którejś z moich koleżanek po imieniu. Momentami wydawało mi się, że Arnie jest tylko po to, by spełniać chore ambicje swojej matki, która wymarzyła sobie dla niego idealną karierę, a on miał to gdzieś.

Koniec książki jest nieco tragiczny, ale nie moja rola w tym, by wam go zdradzać. Jeżeli kogokolwiek zachęciła opinia wydana przeze mnie na temat tej książki, chętnie ją polecam. Sama przeczytałam ją w kilka dni i wcale tego nie żałuję. Idealna lektura na letnie wieczory ;)

moja ocena: 6/6

musiałam przyspieszyć z recenzjami, ponieważ ostatnim czasem 'zajadam' dużo książek. Christine przeczytałam jakiś czas temu, a że kończę kolejną książkę nie chciałam, by powstał z tego wszystkiego jakiś misz - masz. ponadto, odwiedzając w niedzielę Empik znów uszczupliłam swój porfetl, ale nie tylko ze względu na książki, ale też na śmieszne przypinki, rozdawane pod kasą. Też takie macie? ;)