Pokazywanie postów oznaczonych etykietą HarperCollins. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą HarperCollins. Pokaż wszystkie posty

20:08:00

Nora Roberts - Beztroski książę

Zabierałam się kilka lat temu za twórczość Nory Robert, ale raczej z marnym skutkiem. Tym razem, skuszona obyczajówką, której bardzo dawno nie czytałam, sięgnęłam po Beztroskiego księcia.

Książę Bennett de Cordina prowadzi barwne i bogate życie towarzyskie, nieustannie trafia na pierwsze strony gazet. Jest wytrawnym kolekcjonerem niewieścich serc – jego czarowi ulegają bez wyjątku wszystkie kobiety. Miłosne podboje traktuje niefrasobliwie, dla niego to tylko pasjonująca gra. Aż do dnia, w którym spotyka elegancką i tajemniczą lady Hannah Rothchild. Jej niedostępność potęguje zainteresowanie Bennetta…

Z początku podchodziłam do niej z dystansem. W dalszym ciągu walczę z awersją do polskich autorów, ale tę historie znacie dobrze (bo znacie, prawda?), niemniej są także obce nazwiska, które niekoniecznie do mnie przemawiają. O dziwo, choć czytaniem - co też już kiedyś mówiłam - zaraziła mnie mama, na ogół nie podchodzą mi książki, po które ona sięga najczęściej. I tak oto ani Danielle Steel ani Nora Robert, ale... 

Beztroski książę to propozycja zarówno dla mamy, jak również córki. Pierwsze wrażenie to, rzecz jasna, okładka, mnie przypominająca te sceny z kuchni, kiedy mama wstawała wcześniej, żeby poczytać. Drugie wrażenie, choć może bardzo mylne, to historia klasyków, Rozważniej i romantycznej czy Dumy i uprzedzenia (obie bezsprzecznie uwielbiam!). Nie zjedzcie mnie za to porównanie, to zupełnie inne światy! Ale prawdę mówiąc w tym właśnie momencie już mam ochotę mocno ugryźć się w język, bo cokolwiek chciałabym napisać, zdradzi za dużo z fabuły. 

Okej, spróbujmy jednak. Hannah to młoda kobieta, zupełnie nie w typie Bennetta. Na pozór dystyngowana i skromna, z goła inna od tych, którymi do tej pory interesował się tytułowy Beztroski. A, jak wiemy od pierwszego słowa, było ich wiele. Hannah zjawia się w pałacu, by pomóc ciężarnej Eve. Przynajmniej z pozoru. Otóż ta powściągliwa dziewczyna w rzeczywistości skrywa dużo więcej niż piękną twarz, na co dzień skrytą pod maską "zakonnicy" (porównanie to pada w kontekście jej nijakich sukienek i nazbyt opanowanego sposobu bycia). Może właśnie ta szara myszka, ta inność, przyciąga de Cordina?

Może nie jestem zbyt bystra, a może dawno nie czytałam tego typu literatury, ale miałam lekki problem z osadzeniem tej książki w czasie. Z jednej strony jazdę konną i pałace niczym z wspomnianych wcześniej klasyków, z drugiej szpiegowski wątek - ewidentnie czasy współczesne. Szpiegowski, no właśnie. Lubię przy recenzjach zajrzeć na lubimy czytać, a tam padło: powieść oprócz wątku romantycznego, który nie jest za słodki ma wątek szpiegowski, który nadaje treści pazura. Wydarzenia nie trzymają w napięciu, gdyż autorka bardzo je łagodzi, ale szybko się je poznaje. 

Z początku nie byłam przekonana do autorki, później niekoniecznie do tego "szpiegostwa" z miłością w tle (tak tak, kolejność jak bardziej zachowana!), a ostatecznie bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie dobrze napisana, niezbyt długa, historia, który ani nie wymusza domysłów w rozszyfrowaniu tysiąca spisków, ani też nie mdli nadmiarem miłości. A z racji tego, ze wszelkie twierdzenia o "wytrawnym kolekcjonerze niewieścich serc", jakkolwiek ładnie by to ująć w opisie, przywodzą mi na myśl Greya czy 365 dni, to bardzo pozytywnie odbieram to, że są jeszcze autorki i wydawnictwa, które "dają nam" coś innego, wartego uwagi. Nie zrozumcie mnie źle, ja wiem, że jest ich wiele, ale mnie romansidła ostatnimi czasy naprawdę kojarzą się w ten sposób...

08:52:00

Daria Orlicz - Drapieżcy

Daria Orlicz - Drapieżcy

Cześć!

Skusił mnie opis tej książki, choć - jak wiecie - nie jestem fanką tego typu literatury. Ale że ostatnio moją uwagę przykuwają głównie thrillery (poza powrotem do ciężkiej tematyki psychologii), musiałam spróbować. 

Dziewczyna ze szkarłatnym znamieniem na twarzy mieszkała samotnie w domu pod lasem. Nazywali ją córką czarownicy; prześladowali, wyśmiewali i upokarzali. Tamtej nocy, kiedy dopadło ją trzech zwyrodnialców, nie było nikogo, kto mógłby ją uratować. Jej życie zgasło niespostrzeżenie i nikt nie zauważył, że zniknęła… Czas mijał i napastnicy zaczęli się czuć bezkarnie. Ale ktoś jednak odkrył, co się stało. Ktoś, kto zapalił przed jej domem znicz w kształcie serca. Ktoś, komu jej brakowało. Nieco później w miasteczku zdarzyło się coś, co sprawiło, że bestialska zbrodnia wyszła na jaw, a sprawcy zaczęli panikować, tracąc grunt pod nogami. Tamtej nocy, kiedy wdarli się do jej sypialni i zawlekli ją nad pobliskie jezioro, było ich trzech. Kilka dni później zostało już tylko dwóch. Ale czy dopadnie ich ręka sprawiedliwości? I czy zbrodnia, której ofiarą padła dwudziestokilkuletnia Irena Wilczyńska pociągnie za sobą kolejne dramaty? Co zrobią zdesperowani mordercy wiedząc, że lada moment policja zacznie deptać im po piętach? W ”Drapieżcach” ścieżki bohaterów splatają się w łączącą ich dramatyczne losy wspólną historię, a spirala przemocy nakręca się do ostatnich stron. Nikt nie jest całkowicie bez winy, a każdy może paść ofiarą tych, którzy polują nocą – złych ludzi i ich równie podłych zamiarów.

Szczerze mówiąc, dopiero z innych recenzji dowiedziałam się, że Drapieżcy to trzecia część serii, o której nawet nie słyszałam. Ściśle związane jest to oczywiście z pierwszym zdaniem, które dziś tutaj padło, no ale... 

Piekło jest puste, wszystkie diabły są tutaj

Brutalny gwałt stroniącej od ludzi dziewczyny z domu pod lasem to zbrodnia, która nigdy nie powinnam się wydarzyć. Abstrahując nawet od tragedii, to początek batalii trojga nastolatków, spośród których jeden, wrażliwy - prowadzony przez starszego brata - nie tylko boi się konsekwencji, ale również lęka reakcji na minione wydarzenia. 

Można podejść do tej książki jako kryminały - gwałtu, zabójstwa, tajemniczego znicza na schodach domu, w którym nie odkryto jeszcze zbrodni. A można - jak to zazwyczaj bywa w moim przypadku - spojrzeć na to bardziej psychologicznie i obserwować więcej niż jedną tragedię. Motyw kobiety to tak naprawdę, jak czytałam już w jakiejś recenzji, nawias dla historii o moralnych dylematach, trudnych wyborach między złym a gorszym, wyrzutach sumienia...

W wielu recenzjach spotkałam się z opinią, że Pani Orlicz (swoją drogą czy trzy nazwiska dla jednej autorki to nie za dużo?) wplata w swoje książki zbyt dużo patologii - zachowań i osobowości. Być może... Z całą pewnością w każdym razie nie jest to pozycja dla wszystkich, a na pewno ja musiałam po niej psychicznie odpocząć.



22:54:00

Rhiannon Navin - Kolor samotności

Rhiannon Navin - Kolor samotności

Od momentu, kiedy przeczytałam pierwsze zdanie opisu tej książki byłam pewna, że odłożę na rzecz tej pozycji wszystkie inne, choć zalegający na parapecie stosik już dawno skradł bo całkowicie. Parapet, rzecz jasna.

A mimo to bałam się tej książki, głównie z jednego powodu - narracji dziecka, którą łatwiej niż jakąkolwiek inną popsuć choćby jednym, nietrafionym elementem. 

Zach to wrażliwie, pozostawione samo sobie dziecko, które po rodzinnej tragedii stara się poradzić ze swoimi demonami na swój sposób. Niekoniecznie trafiony, ale czego spodziewać się po sześciolatku. Co prawda niejednokrotnie odniosłam wrażenie, że jak na dziecko w tym wieku jest mocno samodzielny, trzeźwo myślący i dojrzalszy niżeli powinien być taki chłopiec. Ale może to kwestia tego, że kiedy rodzice sami nie radzą sobie ze sobą, dziecko w pewnym sensie musi dojrzeć, by zadecydować o sobie, choćby na niewielkiej płaszczyźnie.


Tego dnia sześcioletni Zach powinien był zostać w domu. Do jego szkoły wpadł uzbrojony napastnik i zabił dziewiętnaście osób, w tym Andy’ego, starszego brata Zacha. Dręczony przez koszmary chłopiec nie może liczyć na wsparcie najbliższych. Pogrążeni w żałobie i skupieni na własnym cierpieniu rodzice na ogół zbywają go niecierpliwym: ”nie teraz”. Osamotniony Zach odnajduje sposób na wyjście z traumy. Ucieka w świat wyobraźni - czyta i maluje, co pomaga mu zrozumieć i uporządkować własne uczucia. Odnajduje też sposób, jak pomóc najbliższym i sprawić, by przestali się zasklepiać w cierpieniu. On po prostu chce, by znów było jak kiedyś. 

Po kilkudziesięciu stronach podzieliłam się z Kimś myślą, że to chyba najlepsza książka, jaką wzięłam do ręki w tym roku i choć staram się być w tych osądach - zwłaszcza kiedy chodzi o książki - mocno ostrożna, mogłabym długo dyskutować na temat tego, kiedy ostatni raz spotkałam podobnie wciągającą opowieść osadzoną na gruncie psychologicznym, która nie pochodzi z serii Skrzywdzonych czy Prawdziwych historii. Choć z drugiej strony - łączy je jedynie tematyka, bo sam sposób przedstawienia tej historii jest zupełnie inny, abstrahując nawet od dziecięcej narracji. Kolor samotności to emocjonująca, chwytająca za serce opowieść rodziny, która rozbita po stracie dziecka i brata próbuje ułożyć sobie życie. Albo - może inaczej - uświadomić sobie, że tak naprawdę to życie toczy się dalej, choć zabrakło w nim jakże istotnego elementu, Andy'ego.

Jak to zwykle bywa, nie chcę powiedzieć zbyt wiele, więc po prostu zamilknę. Na koniec jeszcze jedno - uważam, że jest to jedna z tych książek, z którą każdy powinien się zapoznać. Zwłaszcza, jeśli jest lub planuje zostać rodzicem. Choć nie tylko. 

Mocne 6/6. Nie pamiętam, kiedy ostatnio oceniłam tak cokolwiek.


13:57:00

Sherri Smith - Spacer na krawędzi

Sherri Smith - Spacer na krawędzi
 
Co z pewnością udało Wam się zauważyć na przestrzeni ostatnich kilku lat tego bloga, nie jestem wielką fanką thrillerów. Właściwie nie wiem dlaczego. A może to złe określenie? Może powinnam powiedzieć po prostu, że nie sięgam po nie zbyt często. Ale kiedy już sięgam, nie czuję się jednak zawiedziona. 

Spacer na krawędzi jest jedną z tych książek, o której przedpremierowo dużo się mówiło w blogsferze. Mówiło w większości dobrze, więc kiedy "wpadł mi on w ręce", nie mogłam go nie przyjąć.

Przed laty Mia uciekła z miejsca, którego nigdy do końca nie potrafiła nazwać domem. Brak perspektyw, samotność, uzależnienia i wieczne stanie w miejscu sprawiły, że mimo upływu czasu wciąż postrzega Wayoaty - krainę jabłek, kukurydzy, ale też dilerów narkotykowych i ludzi gotowych zabić, byle tylko ich sekrety nie wyszły na jaw - w ten san sposób - szary, smutny, zatrzymany w czasie. Kiedy zostaje wezwana na przesłuchanie w sprawie, w której został oskarżony Lucas, nie zastanawiając się zbyt długo jest pewna, że to niemożliwe, jej brat nie zrobiłby czegoś podobnego. Ale gdy wraca do domu, do kawalerskiego chaosu, gdy po rozmowie z przyjacielem Lucasa okazuje się, że nie jest on wcale ułożonym, przykładnym facetem z poukładanym życiem...  

Widząc postawę policji i przekonanie, że Lucas jest winny zarzucanego mu morderstwa, Mia bierze sprawy w swoje ręce i postanawia "podsunąć im innego podejrzanego", znaleźć faktycznego sprawcę śmierci nastoletniej Joanny. Prowadzi śledztwo na własną rękę, ale im głębiej drąży temat, tym bardziej ktoś próbuje ją powstrzymać. Walka o prawdę staje się równie niebezpieczna, jak spacer nad przepaścią, w którą ktoś próbuje nas zepchnąć. * Czas ucieka, a sprawa staje się coraz bardziej skomplikowana...

Z początku pomyślałam sobie, że Mia jest jedną z tych irytujących bohaterek, która przekonana o swojej racji nie da nikomu dojść do głosu. Krótką chwilę później uświadomiłam sobie jednak, że jest przecież siostrą Lucasa, któremu grunt pali się pod nogami i cokolwiek naprawdę się stało, gdziekolwiek znajduje się Lucas i dlaczego zniknąć, stanie za nim murem - na tym przecież polegają więzy rodzinne. 

Sherri Smith zbudowała ciekawych bohaterów, dając nam szansę na faktyczne przeżycie tej historii dzięki pierwszoosobowej narracji Mii. Nie jest to powieść pędząca "na łeb na szyję", w której czytelnik się zgubi, ale zdecydowanie przemyślana fabuła dla tych mniej i bardziej wymagających czytelników (thrillerów). W dodatku, co jest ogromnym plusem tej książki, naprawdę szybko się ją czyta i choć niekiedy nie brzmi to najlepiej - jest trochę jak film, w który wciągasz się, zajadasz popcorn i nim się obejrzysz, lecą napisy końcowe. I! Co najważniejsze. Po pierwszych pięćdziesięciu stronach wciąż nie wiadomo, co się wydarzyło (mówię o tym dlatego, że tak prowadzona fabuła jest chyba najbardziej irytującą, zwłaszcza w tego typu książkach).

* opis z okładki

11:17:00

Sonia Belasco - Mów do mnie

Sonia Belasco - Mów do mnie
 
Trochę to trwało, ale jest ze mną dzisiaj "Mów do mnie" Sonii Belasco. Czytałam ją dość długo, w międzyczasie robiąc inne rzeczy, ale skoro już od tego zaczynam to... Albo, zaraz. 

Mam tak przynajmniej dwadzieścia razy dziennie. Robię coś albo coś mówię, albo coś widzę i mam ochotę wysłać pocztówkę do tego miejsca bez adresu, w którym teraz przebywasz: „Szkoda, że Cię tu nie ma”.
Nie ma dobrych słów, by wyrazić ból po stracie. Nie ma słów, które pomogłyby walczyć z pustką po kimś, kto odszedł.
To dlatego Melanie zaczęła malować. Jej matka była dość ekscentryczną artystką, wspaniałą kobietą. Zmarła przedwcześnie na raka. Melanie maluje, by poczuć jej bliskość.
To dlatego Damon zaczął robić zdjęcia. Carlos, jego najlepszy przyjaciel, był fotografem. Odebrał sobie życie. Damon chce zrozumieć, dlaczego. Wierzy, że przez obiektyw jego aparatu zobaczy świat oczami Carlosa.
Dla obojga sztuka to terapia, światło nadziei w trudnym powrocie do normalności.
Spotykają się podczas prób do szkolnej wersji Otella. Mają ze sobą wiele wspólnego, coraz dłuższe rozmowy przynoszą obojgu ulgę. Przekonują się, że czasami wystarczy, by ktoś nas wysłuchał, bo zainteresowanie życzliwej osoby to najlepsze lekarstwo na smutek.

Do rzeczy - jeśli mam być szczera, naprawdę trudno mi było zacząć. I pisać (bo zaczynam to zdanie czwarty raz) i czytać, kiedy pewnego wieczoru wzięłam tę książkę do ręki i czułam, że oto nadszedł jej czas. Lubię historie ze sztuką w tle - muzyką szczególnie, ale nie gardzę ani fotografią ani malarstwem. A jeśli dodać do tego choć odrobię psychologii to wydawało mi się, że to będzie coś dla mnie. Z ręką na sercu - nie przypominam sobie, by w jakiejkolwiek inne książce (choć teraz pomyślałam o Zmierzchu) jakiś bohater irytował mnie tak bardzo, jak robił to Damon. Odniosłam wrażenie, że autorka nie do końca potrafi stworzyć postać nastolatka, chłopaka, bo w przypadku Malenie poszło to znacznie lepiej. Problem polegał na tym, że książka jest przepleciona narracją raz jednego, raz drugiego bohatera. 

Choć z drugiej strony, kiedy już naprawdę postarałam się nie patrzeć na Damona jako na nastolatka, u którego co drugie słowo to stary (niewyobrażalnie mnie to irytuje w życiu, w książkach widocznie też) wydaje mi się, że on z czasem dojrzał. Bo o ile z początku ciężko mi było przebrnąć przez jego rozdziały, w którym jedynym światełkiem była zbliżająca się narracja Mel, którą dla odmiany polubiłam - później ta granica trochę się zatarła. 


Dla nikogo chyba nie będzie zaskoczeniem, że tę dwójkę ciągnie do siebie znacznie więcej niżeli to, że oboje kogoś stracili... Trochę naiwny romans dwójki młodych ludzi, którzy zdają się dopiero poznawać to, co może się wydarzyć, kiedy dwoje ludzi zaczyna odczuwać pewnego rodzaju pożądanie (nie tylko fizyczne, a może przede wszystkim nie takie?). 

Oboje są młodzi, oboje skrzywdzeni, oboje tęsknią i oboje przed światem udają, że wcale tak nie jest. Damon chowa się za aparatem, Melanie tysiącem kolorów próbuje zatuszować swoją szarość. Na pozór (niekiedy nazbyt) pewni siebie, w rzeczywistości wyciszeni i samotni... Myślę, że momentami oni są samotni nawet będąc razem, dość długo ukrywając przed sobą prawdziwe ja. 

Przeczytałam w jakiejś recenzji, że to książka z dużym potencjałem, którego autorka nie wykorzystała. Niestety się z tym zgadzam, podobnie jak z opinią, że sposób przedstawienia bohaterów trochę uniemożliwił wczucie się zarówno w nich, jak i ich emocje. 

Nie powiem, że zawiodłam się jakoś szczególnie... ale oczekiwałam czegoś bardziej, hm, porywającego. W kontekście książki o żałobie naprawdę nie brzmi to dobrze, ale chcę powiedzieć, że nastawiałam się na to, że będę z nimi płakać i przeżywać z nimi to, co ich od środka zabijało. Niestety nic takiego się nie stało.

Zapraszam na facebooka i instagrama - szczególnie na tym drugim zdecydowanie jest mnie więcej! :)


13:39:00

Linda Bleser - Dom łez

Linda Bleser - Dom łez

Naczytałam się o tej książce tylu cudownych słów, że kiedy tylko stanęłam przed możliwością przeczytania - nie mogłam przejść obojętnie. 

Każdego dnia dokonujemy wielu wyborów. Czasami chodzi o jakiś drobiazg, czasami o coś naprawdę istotnego.
Większość wyborów nie powoduje wielkich zmian w naszym życiu. Są jak małe gałązki, które wplatają się w inne. Co innego podejmowanie ważnych decyzji, które powodują rozwidlenie naszej rzeczywistości, tak jak u drzewa, gdy z pnia wyrastają dwa konary.
Życie toczy się dalej, ale w dwóch różnych kierunkach. W jednej rzeczywistości jesteś tą, która coś zrobiła, a w drugiej, równoległej, tą, która czegoś nie zrobiła.
Bo przecież każdy ma swoje „co by było, gdyby…”, prawda? I nigdy nie można przewidzieć, która decyzja będzie słuszna, a która nie. Dopiero później, patrząc wstecz, można osądzić, co z tego wyszło.
Opowieść o kobiecie, która dostała od losu niezwykłą szansę, by sprawdzić, jak wyglądałoby jej życie, gdyby dokonała innych wyborów.

Jenny poznajemy w dzień jej 13 urodzin. Powiedziałabym, że to zwyczajna nastolatka, pełna marzeń i przekonana, że oto stoi u progu okresu, który uwolni ją od etykietki dziecka a uczyni z niej prawie-dorosłą... ale to nie do końca prawda. Jenny jest młodziutką nastolatką, właściwie jeszcze dzieckiem, zostawionym trochę samej sobie, zobowiązanym do opieki nad młodszą siostrą. Ma plany i marzenia, ma kilka postanowień i głowę pełną pomysłów. I mamę, poetkę, której zawód i osobowość rzutują na życie całej rodziny. 

Jenny ma 13 lat tylko przez chwilę, kiedy chcąc rozpocząć dzień, który ma zmienić jej życie, widzi matkę w kałuży krwi. Widzi po raz ostatni. 

Nie potrafię opowiadać Wam fabuły książek o tyle, że boję się powiedzieć zbyt wiele. Niemniej jednak samobójstwo matki rzutuje na całej tej powieści i sprawia, że Jenny jest jaka jest i przeżywa... co przeżywa. Wrażliwa, zamknięta, wciąż pełna marzeń, choć zabrakło wiary. 


Nie jestem fanką tego typu książek. Prawdę mówiąc, co możecie tutaj zauważyć, sięgam raczej po historie z wątkiem psychologicznym, obyczajówki i pozycje z półek dla nastolatków, choć stosunkowo dawno temu wyszłam już z tego okresu. Dlaczego więc, choć minęło trochę czasu od kiedy odłożyłam tę książkę na półkę, wciąż w jakiś sposób ją przeżywam? (dlatego też nie napisałam tej recenzji od razu) 

Linda Bleser zafundowała nam historię, która w całej swej niewiarygodności jest prawdziwa. Poza Jenną na pierwszym planie, pełną żalu i smutku, mamy też jej siostrę Cassie, która z początku wydawała mi się trywialną dziewczynką (którą de facto po drodze przestała być) i wybory, przed którymi sami stajemy niejednokrotnie, a które nam samym nie zawsze wydają się aż tak ważne. 

"Wsiąknęłam" w tę historię niczym w rozmowę z dobrą koleżanką i trochę przypomniały mi się czasy spędzone przed komputerem przy opowiadaniach, które wbrew pozorom swego czasu stanowiły naprawdę wartościowy element literatury (o ile mogę to tak określić). 

Mówiłam Wam już niejednokrotnie, że boję się wysoko ocenianych książek z prostego powodu - że przyniosą zawód. Z ręką na sercu chyba pierwszy raz w życiu nie zmęczyła mnie powieść, o której wielu ludzi tak dobrze mówiło. Polecam. Zwłaszcza, że zajmie Wam ona góra dwa wieczory, bo naprawdę pochłania się nią zamiast czytać.

19:08:00

Sheena Kamal - Nieobecna

Sheena Kamal - Nieobecna

Szczerze mówiąc - sięgnęłam po tę książkę głównie dlatego, że wszyscy ją czytali. Na ogół kiepsko na tym wychodzę, ale skoro Nieobecna jest inna (od wszystkich idealnych związków, które to na ogół zachwycają), to może tak nie będzie. No ale...

12:38:00

Colleen Hoover - Ugly love

Colleen Hoover - Ugly love


Po pierwszym spotkaniu z Colleen Hoover, w ubiegłoroczne wakacje bodajże, postanowiłam sięgnąć po coś więcej. Przy okazji Maybe Someday wspomniałam Wam, że bardzo spodobał mi się styl autorki, a że pochłonęłam tę książkę w trybie ekspresowym, niemal od razu zamówiłam coś innego. Trochę wody upłynęło zanim zdecydowałam się po nią sięgnąć, ale - oto jest, Ugly love. 

13:33:00

Sarah Morgan - Zachód Słońca w Central Parku

Sarah Morgan - Zachód Słońca w Central Parku

Przychodzę do Was dzisiaj z jedną z nowości od wydawcnictwa Harper Collins, jaką jest Zachód Słońca w Central Parku autorstwa Sarah Morgan. Książka przyszła do mnie dwa tygodnie temu i choć zaczęłam czytać ją niemal od razu... minęło trochę czasu zanim do niej wróciłam. Niemniej! Wcale nie dlatego, że była nudna. Ale o tym zaraz.

17:41:00

Kirsty Moseley - Chłopak, który chciał zacząć od nowa

Kirsty Moseley - Chłopak, który chciał zacząć od nowa

Mam nieco mieszane uczucia w kwestii tej książki. Głównie dlatego, że kiedy zaczęłam ją czytać (i tak naprawdę trwało to dość długo) w rozmowie z K. porównałam ją do Greya mówiąc, że tak oto mam przed sobą, zamiast porno dla mamusiek, duszno dla nastolatek. I jakkolwiek chciałabym uciąć to porównanie na samym początku tak nie mogłam... prawie przez połowę książki. Ale zacznę od początku. 

11:31:00

Sarah Dessen - Coś świętego

Sarah Dessen - Coś świętego




Autor: Sarah Dessen
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Tłumaczenie: Barbara Budrecka
Data wydania: wrzesień 2016
Liczba stron: 384

Sydney przez całe życie czuła się niewidzialna. Zawsze przyćmiewał ją starszy brat - obiekt dumy i uwielbiania rodziców. Pozostawiona sama sobie, szuka akceptacji u znajomych.

Pewnego dnia zaprzyjaźnia się z rodziną Chathamów: z Laylą, która zawsze wybiera niewłaściwych chłopaków, utalentowaną Rosie, która z własnej winy przegrała wielką szansę, a także ich matką, która mimo ciężkiej choroby jest oparciem dla wszystkich. Ale to Mac, starszy brat Layli - spokojny, zrównoważony i opiekuńczy - sprawia, że Sydney rodzi się na nowo. Wreszcie czuje, że ktoś naprawdę ją dostrzega.

Moje pierwsze spotkanie z panią Dessen miało miejsce wiele lat temu, kiedy moja mama zaczęła zamawiać książki (co wtedy nie było tak popularne; ba! chyba nie mieliśmy wtedy w domu internetu). Wtedy też, od Posłuchaj mnie (link do recenzji) zaczęła się moja przygoda z czytaniem ambitniejszych książek. Ambitniejszych o tyle, że ta książka wniosła do mojego życia pewnie więcej niż wszystkie części Pamiętników księżniczki razem wzięte, które wtedy pochłaniałam. 

Kiedy więc dostałam z wydawnictwa Harper Collins propozycje książek do recenzji na wrzesień - nie wahałam się ani przez chwilę widząc to znajome nazwisko, zwłaszcza że sięgnąć po kolejną książkę tej autorki chciałam już od dłuższego czasu. Szła dość długo (na tyle długo, że myślałam, że już jej nie dostanę), aż w końcu trafiła w moje ręce i zostawiłam trzy inne, za które się zabrałam... i oto jest, Coś świętego.  

Sydney jest nastolatką, która jak na moje oko, dość długo wcale nie była nieśmiała ani zamknięta w sobie. Popularna w szkole, z gronem przyjaciółek u boku, dobra uczennica, lubiana przez nauczycieli... tylko poza szkołą było gorzej. Faktycznie to jej brat, Peyton, był pupilkiem nie tylko rodziców, ale i większości ludzi, którzy spotykali jej rodzinę w komplecie. Jego wielki portret wiszący na wprost wejścia do domu, wszystkim rzucający się w oczy, zapatrzenie matki w idealnego syna, nawet kiedy wylądował w więzieniu... 

Sytuacja zmienia się, kiedy kierowana wyrzutami sumienia za czyny brata i brak skruchy w postawach rodziców Sydney zmienia szkołę. Poznaje w niej Laylę, która nagle - jako pierwsza osoba, z którą ta pierwsza ma do czynienia - rozumie co ona czuje. Jedni mówią, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Inni - że poznaje się ich po tym, jak znoszą nasze szczęście. Ja myślę, że cokolwiek by nie mówić, tym prawdziwym przyjacielem może okazać się ktoś, na kogo w pierwszej chwili nie zwracamy uwagi, bo "nie pasuje" do standardu życia ludzi, którymi otaczaliśmy się od zawsze. 

Nie lubię i nie chcę opowiadać Wam o fabule, bo trochę mija się to z celem. Możecie sobie przeczytać bardziej rozbudowane pod tym względem recenzje, które można znaleźć w sieci albo.... zwyczajnie sięgnąć po książkę i sami wyrobić sobie zdanie. A myślę, że warto. 

Przy pierwszym spotkaniu z panią Dessen polubiłam jej styl - przystępny dla czytelnika bez względu na wiek. Wydaje mi się, że polubiłam go dziesięć lat temu, będąc właśnie o te dziesięć lat młodszą, lubię go dzisiaj i moja mama, na przestrzeni tej dziesięcioletniej różnicy - też go lubi. A to całkiem dobry znak, prawda? Chociaż w samych superlatywach wyrażać się nie chcę, bo było kilka rzeczy, które mnie raziły. Albo - była jedna, dość... obszerna.   

Mianowicie to, że chociaż książkę czyta się dość łatwo i szybko, to można by ją skrócić o połowę. A przynajmniej o jedną trzecią, gdzie Sydney poznaje rodzinę Chathamów i w większości przesiaduje w ich pizzeri rozmyślając nad tym, że matka nie poczuwa się do odpowiedzialności za czyny syna. To wiemy od pierwszych stron i kolejnych sto kręcących się wokół tych samych myśli trochę mnie do tej książki zniechęciło, bo chociaż pomiędzy działo się coś innego, to wszystko sprowadzało się do jednego. A chyba nie chodzi o pomiędzy, ale o spójną całość, która sprawia, że czytelnik chce (i nie chce jednocześnie) przeczytać całość. (a nie chce oczywiście dlatego, że będzie mu szkoda. tak się dzieje w przypadku dobrych książek, czyż nie? ;)) 

Podsumowując - polecam jak najbardziej, bo to nie tylko historia przyjaźni, ale też odpowiedzialności, otwierania się przed ludźmi i poznawania samej siebie. Historia z morałem w tle, nie tylko dla nastolatek. I choć temat jest poważny, to styl pani Dessen lekki, a zestawienie tych dwóch składa się na całkiem dobrą powieść.  Nie wylałam łez, jak robię to przeważnie w przypadku książek, które skradają moje serce. Ale czułam złość i niepokój, a to właśnie odczuwanie emocji wspólnie z bohaterami wpływa na to, że książki się zapamiętuje. 

Moja ocena: 5/6

Za książkę, raz jeszcze, dziękuje wydawnictwu HarperCollins Polska. 

http://www.harpercollins.pl/