Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura piękna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura piękna. Pokaż wszystkie posty

12:49:00

Karen Kingsbury - Każdy powszedni dzień

Karen Kingsbury - Każdy powszedni dzień

Hej cześć! 

Pierwszą książką, po którą udało mi się sięgnąć w tym roku jest Każdy powszedni dzień Karen Kingsbury, czym zresztą dzieliłam się z Wami na istagramie (@mellodx). Zdaję sobie sprawę z tego, że wielu z Was ma na swoim koncie już kilka pozycji w tym roku, alee... Cóż, nie będę robić wymówek braku czasu, weny czy czegokolwiek podobnego, po prostu mi się nie chce, tyle. Przez krótką chwilę w ubiegłym roku zastanawiałam się nad wyzwaniem 52 książek, ale zrezygnowałam z pobłażliwym uśmiechem stwierdziwszy, że super jeśli Wam się to udaje i szczerze Wam kibicuję, ale jest to poza moim zasięgiem. Dobrze czy źle, to nieistotne w tej chwili. Nie robię postanowień noworocznych ani list planów, ale jeśli mogę coś teraz powiedzieć - to chcę po prostu czytać. Ja poprzednio, jak dwa lata temu. Nieważne jak, gdzie i ile. Ważne co. Mam nadzieję, że same dobre pozycje :) 

Wracając do Pani Kingsbury. Każdy powszedni dzień to moja biblioteczna zdobycz stycznia, która od samego początku trochę mnie przeraziła. Podobno nie wszyscy czytają wstępy, przedmowy i dedykacje, ale ja to lubię - elementy autora zawarte w książkach w tak jasny sposób są cudowne! Niemniej jednak tutaj... trochę za dużo Boga w książce, w której się go nie spodziewałam. Słyszałam o tej autorce wcześniej, jednak dopiero po spotkaniu z tą lekturą chciałam coś o niej przeczytać. I jedną z pierwszych rzeczy, które udało mi się wyszukać było to, o czym sama już zdążyłam się przekonać - zawiera w swoich powieściach dużo odniesień do wiary i religii. 

Powszedni dzień Aarona Hilla, młodej gwiazdy futbolu, to sława, krzyczące tytuły gazet, bogactwo i luksus, szalone powodzenie u kobiet. Pewnego dnia na jego drodze staje ośmioletni Cory, chłopiec z ubogiej dzielnicy San Francisco, po śmierci matki wychowywany przez jej przyjaciółkę Megan. Z determinacją walczy ona każdego dnia o zapewnienie bytu rodzinie, całym sercem oddana charytatywnej pracy na rzecz osieroconych dzieci... Co wyniknie ze zderzenia tych dwóch, tak odmiennych światów? Jaką rolę w życiu Aarona odegra jego starszy kolega z drużyny, Derrick Anderson? Co okaże się w życiu najważniejsze?
Pozwólcie, że nie będę odnosić się do tematyki tej książki, ale powiem to w trochę inny sposób. Myślałam, że sięgam po pozycję dobrą na odmóżdżający wieczór, która nie będzie ode mnie za dużo wymagać i którą pochłonę niczym filmy robione na bazie schematu biedna dziewczyna i kapitan drużyny. Niczego tym filmom nie ujmując, bo są i wśród nich takie, na które warto poświęcić chwilę. Trochę mi szkoda tych bohaterów, ich zagubienia i wszystkiego, co tak naprawdę doprowadziło ich do momentu, w którym się znaleźli. Myślę też, że rozminięcie się moich oczekiwań względem tej książki z jej faktyczną treścią świadczy o niej całkiem dobrze.

Jakiś czas temu zaczęłam się zastanawiać czy mówienie Wam, że książka jest napisana w ciekawy sposób, zachęcający do wnikania w nią głębiej naprawdę ma sens w momencie, kiedy są to pozycje zagraniczne, przetłumaczone na język polski. Może nie do końca, ale z drugiej strony - dobry tłumacz nawet z Greya nie zrobi arcydzieła ;) 

W każdym razie - momentami denerwująca swoją trywialnością powieść okazała się całkiem dobrze napisaną historią wielkiej wiary, odnoszącą się nie tylko do religii (w przedmowie są podziękowania za listy uświadamiające ludziom, że Bóg faktycznie nad nimi czuwa, ale nad tym nie chcę i nie będę się rozwodzić), ale do wiary małego chłopca, która zaważyła na losach bohaterów. Czytając w sieci recenzje (lubię to robić zanim skończę pisać swoją) spotkałam się ze średnią oceną, ale cudownymi opiniami, które "zmuszają człowieka do głębszych przemyśleń" i... podziękowania!

Z początku pomyślałam sobie, żeby napisać Wam: jeśli mam być szczera, prawdopodobnie nie sięgnę po nic innego pani Kingsbury. kiedy doszłam do końca uznałam, że właściwie - hej, dlaczego nie? Z całą pewnością nie jedna powieść za drugą, ale będę tę Panią ciepło wspominać. I na tym zakończę.
Czytaliście (cokolwiek tej autorki)? :)

// + zaangażowałam się w pewien projekt, który wymaga ode mnie skupienia większej uwagi na obecności w sieci, a zaraz za tym, podczas spaceru wczoraj wieczorem pomyślałam sobie, że miało mnie być tutaj więcej i w innej formie, więc obiecałam sobie, że teraz naprawdę się postaram. Nie powiem, że "nowy rok - nowa ja", bo nawet w tej chwili głupio uśmiecham się pod nosem, ale powiem Wam, że przecież mam pomysł, a ponoć brak czasu to żadna wymówka. I tego będę się trzymać. Mam cały stos pozycji nieprzeczytanych, który wciąż rośnie, a ja za tym czytaniem naprawdę tęsknię. Na instagramie też staram się pojawiać codziennie. I chyba zaprzyjaźnię się ze story. Zapraszam @mellodx :)

22:42:00

Guillaume Musso - Papierowa dziewczyna

Guillaume Musso - Papierowa dziewczyna
Tom, słynny pisarz, pochodzący z biednych przedmieść Nowego Jorku, przechodzi kryzys twórczy. Po bolesnym romansie pogrąża się w depresji, nadużywa narkotyków i alkoholu. Nie jest w stanie napisać ani słowa z trzeciego tomu sagi, której dwa pierwsze przyniosły mu sławę i fortunę. Wydawnictwo niecierpliwie czeka na ów trzeci tom, za który zaliczka została dawno wydana. Któregoś wieczoru, kiedy zrozpaczony błąka się bez celu po swojej willi, nagle pojawia się przed nim piękna dziewczyna, Billie, która utrzymuje, że jest bohaterką jego ostatniej powieści. Dziewczyna utrzymuje, że wypadła z książki w połowie niedokończonego zdania prosto do salonu w willi pisarza. Billie, wraz z przyjaciółmi Toma - Milem, który jest jego agentem literackim oraz Carole - przewraca jego życie do góry nogami..



Chcąc nie chcąc muszę przyznać, że nieczęsto w ostatnim czasie zdarzają mi się książki, po przeczytaniu których żałuję, że ta przygoda dobiegła końca. Jasne, czytałam w tym roku jakąś dobrą książkę. Ale tak między Bogiem a prawdą na szybko nie potrafię przytoczyć jej tytuły. Niestety...

Pana Musso poznałam trzy lata temu, kiedy to mój wzrok przyciągnął stojący na empikowej wystawie "Telefon od Anioła" (klik) - i choć to nie mój gatunek, polubiliśmy się od razu. Pomiędzy wyżej wspomnianą pozycją a "Papierową dziewczyną" na jednym z pierwszych wykładów z europeistyki w tym semestrze zaczęłam czytać jeszcze jedną jego książkę, ale... gdzieś ją zgubiłam. Niefart, niemniej na pewno do niej wrócę.

Zakładam, że większość z Was - odwiedzających - pisze. Czy to recenzje, czy blogi, czy próbuje swoich sił w opowiadaniach/książkach, czy (co mnie przyprawia o dreszcze) poezji. A jeśli tak jest to zakładam również, że każdemu z Was, piszących, znane jest to uczucie niemocy, kiedy czujecie siedzące w Was słowa, których w żaden sposób nie potraficie z siebie wydobyć. Albo co gorsza - moment, kiedy tych słów nie czujecie. W tym właśnie momencie życia poznajemy Toma, głównego bohatera "Papierowej dziewczyny". Pisarza, autora poczytnych powieści, który po nieszczęśliwym i wciąż niezrozumiałym dla niego rozstaniu z pianistką Aurore... zamknął się w sobie. Zdusił wszelkie słowa i próbuje uciszyć myśli w najgorszy z możliwych sposobów - tabletkami, narkotykami i alkoholem. Nie istnieje dla przyjaciół, nie wywiązuje się z umowy, jaka wiążę go z wydawnictwem; egzystuje. Aż nagle, pewnej nocy, w zabałaganionym salonie jego pięknego domu staje naga kobieta, która okazuje się... bohaterką jego trylogii!

Jakkolwiek niewiarygodnie to brzmi. Tom oczywiście nie wierzy w jej słowa i załamuje ręce uznając to za napaść czekającej na kontynuację jego serii fanki, lub efekt uboczny łączenia leków z alkoholem. Sprawdza ją jednak na wszelkie sposoby i ku jego zaskoczeniu okazuje się, że "Billie" zna szczegóły z życia bohaterki, o których nigdy nikomu nie wspominał i... choć nadal wydaje mu się to niemożliwe - zaczyna jej wierzyć. Poznają się, spędzają ze sobą czas, spisują umowę, która rzecze: ja, niżej podpisana Billie Donely pomogę Ci odzyskać kobietę, którą kochasz - w zamian Ty mimo rzekomej niemocy napiszesz trzecią część trylogii i pomożesz mi wrócić do mojego świata. (czy jakoś tak, w każdym razie o to chodzi) A wiedzcie, że umowy, nawet te spisane na serwetkach przydrożnych barów, mają wielką moc i co by się nie działo, trzeba się z nich wywiązać. Zwłaszcza, kiedy czas zaczyna uciekać przez palce i Billie, niezdolna do życia w realnym świecie, powoli zaczyna umierać...

Jeśli o fabułę chodzi to więcej zdradzać nie będę, żebyście zechcieli po tę pozycję sięgnąć.

Jeśli chodzi o moje zdanie na temat tej książki... Zakończyłam ją z uśmiechem na ustach, który spowodowany był trzema rzeczami: po pierwsze pan Musso kończy swoje historie (te dwie, które poznałam) w specyficzny sposób - jakby były jego, prawdziwe. W pewnym momencie dochodzi do "i wtedy postanowiłem spisać tę historię", co prawdę mówiąc, bardzo mi się podoba. Po drugie: choć byłam pewna, że zakończenie nie może być takie, na jakie zapowiadało się niemalże do ostatniej strony - i tak mnie zaskoczyło i jednak nie było to tym, czego się spodziewałam. (ciężko mi tu nie spojlerować, doceńcie starania! ;)) I po trzecie: jak się okazało - kryzys twórczy w pewnym momencie dobiega końca. To daje nadzieję dla kogoś, kto kiedyś chciał pisać.

Niemniej nie będę pod niebiosa wychwalać. Jest w tej książce coś, co mnie trochę denerwowało... Akcja rozwijała się stosunkowo powoli, a kiedy doszłam do momentu, w którym chciałam jak najszybciej wiedzieć co będzie za chwilę, trafiałam jak głową w mur w - moim zdaniem niepotrzebne - wtrącenia  na temat ludzi, którzy właściwie nic do tej książki nie wnoszą. Ważną kwestią jest to, że choć Billie i Tom to główni bohaterowie, obok nich toczy się również wątek przyjaciół Toma. To jest w porządku, do tego nic nie mam. Ale kilka stron o kobiecie, która grzebie w śmieciach, nawet w momencie, kiedy to grzebanie ma swój cel... można było odpuścić. Mnie, jako czytelniczce, wystarczyłyby dwa zdania, nie pół rozdziału.

Niemniej polecam. I jak mój leżący na stoliku stosik trochę zmaleje - poszukam jeszcze czegoś Guillaume Musso. Rzadko zwracam uwagę na nazwisko autora, ale do tego chętnie wrócę. Polubiłam jego styl.

+ ah! jeszcze jeden plus za rozdziały zaczynające się od cytatów.

Moja ocena: 5/6

16:34:00

Emily Giffin - Coś pożyczonego.

Emily Giffin - Coś pożyczonego.



Przebojowa Darcy i rozważna Rachel są najlepszymi przyjaciółkami. 

Mimo różnic charakterów darzą się pełnym zaufaniem. 

Jedna noc wszystko zmienia. 

Kiedy Rachel budzi się u boku Deksa, narzeczonego Darcy, wie, że nic już nie będzie takie jak dawniej. Bo Rachel zakochuje się w Deksie, a data jego ślubu z Darcy jest coraz bliższa...








Niechętnie muszę przyznać, że nie mam ostatnio czasu na czytanie książek. Mój stosik nieustannie się powiększa, a ja mogę jedynie wbijać w niego wzrok, idąc spać po długim dniu. 

Za to moja rodzicielka pochłania książki zamiast je czytać. A w związku z miesiącem, jaki ostatnio spędziła w domu, przytargała z biblioteki wielką torbę, a wśród nich powyższa pozycja. (swoją drogą, powinnam zaangażować mamę w recenzje, byłaby systematyczność! :)) 

Znam już panią Giffin i choć nieczęsto zdarzają mi się tego typu komplementy muszę przyznać, że bardzo tę panią lubię. Więc kiedy zobaczyłam Coś pożyczonego na matczynej półce, postanowiłam zrobić sobie chwilę przerwy i skorzystać z tego, że mamy w domu lekturę, do której zbieram się od dłuższego czasu. 

Rachel poznajemy w dniu jej imprezy urodzinowej, którą organizuje jej przyjaciółka - Darcy. Te dwie na pozór zgrane, z całą pewnością kochające się kobiety, znają się niemalże od zawsze. Wspólne dzieciństwo, wspólne liceum, wspólne plany na przyszłość i... wspólny mężczyzna. Kiedy pijana Darcy opuszcza imprezę, z której zapomina zabrać torebkę, jej narzeczony Deks wraca po nią, kompilując tym samym nie tylko swój związek, ale również (nie)rozerwalną przyjaźń tych dwóch ważnych dla niego kobiet, idąc do łóżka z przyjaciółką.

Historia, której jesteśmy świadkami tak naprawdę zaczęła się dużo wcześniej - jeszcze za czasów studiów. Wtedy bowiem Rachel i Deks się poznali, zaprzyjaźnili, a także - czego nie sposób nie zauważyć - zaczęli darzyć się jakiś głębszym uczuciem. A na pewno zrodziło się ono w mężczyźnie. Rachel... cóż, wydaje mi się, że również, aczkolwiek jej rozwaga skierowała ją bardziej na tory zawodowe niż emocjonalne. I takim oto sposobem, zamiast sama poznawać Deksa bliżej - Rachel poznała go ze swoją przyjaciółką.

Więc mamy zakochaną parę. Narzeczonych, wkrótce idących do ołtarza. I Rachel. Przyjaciółkę z dzieciństwa. Takie trochę popychadło. Przynieś, wynieś, i tak dalej. Sposób traktowania jej przez Darcy sprawia, że tej drugiej szczerze nienawidzę od samego początku, niemalże od pierwszej strony. Chyba wszyscy mamy to nieszczęście, że znamy tego typu ludzi. Wywyższających się, mających się za najważniejszych, pozornie czułych, a tak naprawdę fałszywych i zakłamanych. No cóż, nie jestem w stanie wykrzesać z siebie choć jednego dobrego słowa, kiedy o niej myślę. 

Za to Rachel polubiłam od samego początku. Na pozór pewna siebie. Ale to raczej w pracy. W życiu bardziej zagubiona, potrzebująca (choć nigdy nie szukająca) miłości, kogoś, kto byłby w stanie się nią zaopiekować. Toczy walkę pomiędzy sercem - które ucieka w kierunku Deksa, a rozumem - który każe być wiernym przyjaciółce. Pokierowana słowami przyjaciela poddaje wątpliwości szczerość wieloletniej relacji z Darcy, ale skłamałabym mówiąc, że to rozwiązuje problem. Poniekąd jeszcze go nasila. 

Część z Was widziała pewnie ekranizację tej powieści, nakręconą w 2011 roku, pod tytułem Pożyczony narzeczony. Ja również widziałam film jakiś czas temu, ale to jeszcze bardziej zachęciło mnie do przeczytania książki. (wiecie już, że ja zawsze robię wszystko na odwrót ;)) 

Moja ocena: 5.5/6

+ zapraszam na fejsbuka. 

A tak poza tym, moi drodzy czytelnicy,
to życzę Wam wszystkiego dobrego na te święta. 
Mnóstwa radości i czasu na czytanie :)

18:14:00

Nina Reichter - Ostatnia spowiedź. Tom II.

Nina Reichter  - Ostatnia spowiedź. Tom II.


Kontynuacja bestsellerowej powieści Niny Reichter. Pełna napięcia, romantyczna opowieść o miłości w szponach show-biznesu. Poznaj tom II cyklu Ostatnia spowiedź.

Świat Ally Hanningan wali się w posadach, gdy miłość jej życia – rockman Bradin Rothfeld zostaje postrzelony i pada na scenę. Ally jest uczestniczką tamtych zdarzeń. Bezsilność i wspomnienia tamtych chwil na zawsze pozostaną jej najgorszym koszmarem.
Bradin jest w ciężkim stanie.
Co więcej, może pożegnać się ze światem sądząc, że dwie najbliższe mu osoby zrobiły mu świństwo. Tylko czy Ally i Tom rzeczywiście są niewinni?
Rozpoczyna się walka o życie rannego Bradina, a jego bliscy, odliczając feralne godziny, będą musieli zmierzyć się z grzechami, które być może nigdy nie zostaną odpuszczone.
Tom poprzysięga sobie, że już nie zbliży się do Ally.
Tylko czy facet, który dotychczas żył bez zasad dotrzyma obietnicy?

Miłość, zazdrość, show-biznes. Ostatnia spowiedź
 Poczuj, jak kocha ten, którego kochają tysiące…




W obliczu pięknych historii ciężko składa się słowa do kupy. Znów, tak jak przy pierwszym tomie (link do recenzji), potrzebowałam czasu na przemyślenia, żeby móc opowiedzieć Wam o tym, jakie Ostatnia Spowiedź wywarła na mnie wrażenie. Przeogromne, tak jak poprzednio, choć skłamałabym mówiąc, że identyczne.

Zakładam, że czytaliście pierwszy tom, więc wiecie jak się skończył. Tutaj mamy kontynuację. Bradin walczy o życie w szpitalu, Ally zalana łzami siedzi przed salą operacyjną, wspierając się na ramieniu Toma, następnie nie odstępuję łóżka ukochanego na krok. Mamy tutaj idealne potwierdzenie tego, że skarb docenia się po stracie. Chociaż, nie, tfu. Tutaj chodzi bardziej o to, że kiedy stajesz oko w oko z tragedią i zdajesz sobie sprawę z tego, jak wiele masz do stracenia – zauważasz, jak wiele szczęścia ci to daje. Tak więc All uświadamia sobie, że na walkę z uczuciami, które bała się do siebie dopuścić jest już za późno. Zakochała się.

Bradin walczy o życie, jego brat zaś bije się z myślami. W głowie huczą mu słowa Czarnego i bezpodstawne oskarżenia, którymi zasztyletował go po postrzale, na chwilę przed utratą świadomości. A co najgorsze… zaczyna zastanawiać się, czy te oskarżenia aby na pewno były bezpodstawne.

Nie wiem, co mogę Wam więcej powiedzieć, żeby nie zdradzać treści. A wierzcie mi, że nie chciałabym jej ujawniać, choć mogłabym o niej rozmawiać godzinami. Zachęcam Was jednak, żebyście same zdecydowały się na spędzenie z Ostatnią Spowiedzią kilku godzin, bo zdecydowanie warto.

W recenzji pierwszego tomu wspomniałam Wam o tym, że znam tę historię jeszcze z czasów zanim Nina Reichter podpisała umowę o druk. Kiedy zaczęłam czytać wydawało mi się, że mogłabym napisać tę recenzję nie sięgając po papierowe wydanie tej książki, bo… przecież tak dokładnie ją pamiętam. A dziś uśmiecham się pod nosem kręcąc głową, bo to, co jeszcze pięć dni temu wydawało mi się tak oczywiste, dziś znów wywołuje miliony emocji i sprawia, że zaczynam wierzyć. Naprawdę. Do dziś nie rozumiem fenomenu książek Sparksa, który choć miłość opisuje piękną – to równie piękną jak i oczywistą i czytając jedno zdanie można domyślić się, o czym mówi kolejne. Tutaj tego nie ma. Tutaj każdy rozdział znów jest dla mnie tak samo zaskakujący jak za pierwszym razem, a kiedy do słów dopuszczę jeszcze podsuwane przed podświadomość obrazy – rozpływam się raz po raz od nowa.

Podobnie jak w pierwszym tomie mamy tutaj soundtracki, dzięki którym wyobrażenie opisanych scen jest nie tylko prostsze, ale i piękniejsze niż byłoby w momencie, gdybyśmy muzykę dobrali sami. Mamy język, którym autorka przyciąga już nie dziesiątki, ale setki czy nawet tysiące czytelników. I postaci, w których naprawdę nie sposób się nie zakochać – choć to nie tak, że lubi się wszystkich. Bo można ich zarówno kochać, jak i nienawidzić.

Jeśli przy bohaterach jesteśmy to muszę wspomnieć o przemianie, która zaszła w Ally. Myślę, że tutaj mogłabym wpasować stwierdzenie, że co nas nie zabije to nas wzmocni, bo ta cicha i niepewna All, którą poznaliśmy w pierwszym tomie, po zawirowaniach jakich doświadczyła jest dziś nie tylko dorosłą (bo pokuszę się o stwierdzenie, że wydoroślała), ale też pewniejszą siebie i tego, co robi kobietą.

" - Boję się.
- Bo? 
- Boję się odetchnąć, bo wtedy zachłysnę się szczęściem... 
A już raz ktoś próbował odebrać mi powietrze... " *

Bradin wciąż jest zakochany miłością bezsprzeczną i niepodważalną, wciąż jest zdolny do poświęceń i… wciąż burzy nasze przekonania o tym, że mężczyźni, którymi się otaczamy są warci uwagi. Aczkolwiek, kobiety, pamiętajmy, że ci na pozór nieidealni również mogą być cudowni i kochajmy tych, którzy nas kochają, zamiast szukać w świecie drugiego Czarnego. ;)

" A może ja chciałbym usłyszeć te wszystkie pytania, nie pomyślałaś o tym?
Może chciałbym na nie odpowiedzieć... " *

No i Tom… mój kochany, idealny, wspaniały Tom… Słodziłam o nim przy poprzedniej części i tutaj też mogłabym się rozckliwiać nad jego wspaniałością, ale zamiast tego powiem Wam tylko tyle, że o ile kochałam go w tamtej części – w tej oszalałam na jego punkcie jeszcze bardziej, choć zdawało mi się to niemożliwe.

" Bo choćbyś nie wiem, jak mocno próbował trzymać ją w swoich ramionach, 
przecież czujesz, że nie należy do Ciebie. " *

A to oczywiście nie koniec, bo poza bohaterami, których już znamy – mamy kilka nowych postaci. Przede wszystkim siejącą zamęt Violet, której choć z początku chyba nikt nie lubi, z czasem chyba każdy widzi w niej coś więcej niż natarczywą, byłą dziewczynę Bradina. Wielki plus za tę postać, bo jest naprawdę przemyślana i intrygująca.

" Teraz wiem, że wszystko, co kiedykolwiek napisano o miłości, jest prawdą. 
(...)
Chyba myślę o miłości więcej, niż powinnam.
Jestem pod wrażeniem jej mocy wpływania na nasze życie. " *

Płakałam rzewnymi łzami, by za chwilę się uśmiechnąć.
Śmiałam się, by za chwilę popaść w głęboką zadumę.
Nieczęsto zdarza mi się trafiać na książki, które wywołują we mnie tyle emocji.
Ostatnia Spowiedź wciąż jest moim numerem jeden wśród nowości wydawniczych i… mamy sierpień, a ja już okrzykuję ją książką 2013. (a nóż coś jeszcze mnie zadziwi, ale póki co…)

* "Ostatnia Spowiedź tom II" Nina Reichter

PS. Jestem świadoma tego, jak wielką szczęściarą jestem, że udało mi się zdobyć książkę już w poniedziałek, bo wiem, że tak jak przy pierwszym tomie, tak i tutaj jest problem z dostępnością. Niech Was to jednak nie zraża – warto poszukać (odsyłam na fanpage na facebooku, gdzie Tomek-administrator wrzuca nowinki na ten temat :) i poczekać na dostawę.

Moja ocena: Kolejne siedem, na sześć możliwych. :)

16:54:00

Richard Paul Evans - Podarunek.

Richard Paul Evans - Podarunek.


NIE MA TAKIEGO CIERPIENIA,
KTÓREGO MIŁOŚĆ NIE BYŁABY
W STANIE ULECZYĆ.

Natan Hurst, cierpiący na syndrom Tourette'a pracownik działu ochrony sieci sklepów muzyczny, nienawidzi świąt Bożego Narodzenia. Choinka i prezenty od lat przypominają jedynie o tragicznych wydarzeniach, które zniszczyły mu dzieciństwo. Kolejną zbliżającą się Gwiazdkę spędziłby zapewne samotnie, gdyby nie zamieć śnieżna, odwołany przedświąteczny lot i przypadkowe spotkanie z młodą kobietą i jej dziećmi... 
Podarunek o również historia niezwykłego chłopca, który zmienił życie bliskich mu osób, pomagając im zrozumieć siebie i świat. To lektura pełna ciepła, zrozumienia i nadziei. 







Sceptycznie podchodzę do tego typu opisów. Zawsze wydaje mi się, że reklamowanie książki poprzez zapewnienia o przedstawionym w nim cieple i nadziei to tani chwyt marketingowy, który ma przyciągnąć zagubionych i nieszczęśliwych czytelników. I pewnie działa, biorąc pod uwagę zainteresowanie tego typu książkami, a ja tego nie potępiam, bo literatura to literatura, a nie mnie oceniać co kto lubi. No a z drugiej strony ja też sięgam czasem po książki, które nie od razu wbijają się w kategorię: muszę ją przeczytać. I czasem bardzo pozytywnie mnie one zaskakują.

Na Podarunek wpadłam w serwisie Lubimy Czytać, a następnie jako pierwszy zobaczyłam go w bibliotece. Postanowiłam po niego sięgnąć, zaczęłam czytać ponad tydzień temu, ale szczerze mówiąc niezbyt mnie on wciągnął. Do czwartkowego wieczoru, kiedy leżąc w łóżku zrobiłam drugie podejście i... spędziłam pół nocy nie mogąc się oderwać. Aż nagle się skończyła.

Mogłabym opisać tutaj jej treść, przedstawić Wam po kolei wszystkich bohaterów i na końcu dodać, że warto po nią sięgnąć. I przyznaję, że nawet zaczęłam to robić. Ostatecznie skasowałam jednak napisany tekst i doszłam do wniosku, że zamiast skupić się na głównym bohaterze (będącym jednocześnie narratorem) - przedstawię Wam kluczową postać chłopca o imieniu Collin. Jego jednego.

Otóż Collin jest dziewięcioletnim małym mężczyzną, jak zwykła nazywać go mama, który jak na swój wiek przeszedł w życiu stanowczo zbyt wiele. Choruje na białaczkę, cierpi na poważną wadę serca, której nazwy w tej chwili nie pamiętam, ale w praktyce oznacza to, że działa jedynie połowa tego małego, będącego jednocześnie wielkim, serduszka. Collin jest chłopcem, który pewnego wieczoru... umarł i opuścił swoje ciało. Sześć minut później wrócił do niego jednak, zyskując coś więcej niż życie.

Podarunek; rozdział 23.

I właśnie ta podróż do drugiego świata sprawiła, że dziś jest wyjątkowy. Choć nieustanne choruje i wydawać by się mogło, że jego byt na ziemi można określić raczej mianem egzystencji niż życia - w rzeczywistości jest osobą, która korzystając z ostatnich oddechów uczy ludzi w swoim otoczeniu, jak cenny jest każdy kolejny dzień. Niby to nie on jest tutaj głównym bohaterem, ale to jego historia wniosła do powieści najwięcej.

Podarunek to opowieść o naiwnej miłości dwojga dorosłych ludzi (co właściwie jest kwestią sporną, bo względem siebie zachowują się raczej jak dzieci), których połączyło nieszczęście małego chłopca. To faktycznie historia pełna ciepła i nadziei, która zmusza do refleksji i wyciska łzy na ostatnich kartkach. Nie jest to najlepsza książka, jaką przeczytałam w życiu, ale z całą pewnością ślad po niej na długo we mnie zostanie.

Podarunek; rozdział 31.

Moja ocena: 5/6

+ zapraszam do "zwiedzania" zakładek na górze :)

22:55:00

Nina Reichter - Ostatnia spowiedź. Tom I.

Nina Reichter - Ostatnia spowiedź. Tom I.

HIT INTERNETU! Zakochaj się w historii, którą pokochały setki ludzi. 

Brandin Rothfeld jest dziewiętnastoletnim rockmanem. Kobiety w całej Europie wzdychają do jego brązowych oczu i cudownej, niemal dziewczęcej urody. Wracając z trasy koncertowej Brade spóźnia się na przesiadkę i spędza noc na opustoszałym lotnisku. Jeszcze nie wie, że będzie to najdziwniejsza noc w jego życiu. Spotyka wtedy Ally Hanningan. Tajemniczą Amerykankę, która go nie rozpoznaje. Spędzają ze sobą kilka magicznych, niezapomnianych godzin. A później wspaniała noc się kończy. I oboje już wiedzą, że nie spotkają się więcej. Nigdy więcej. Bo zbyt mocną czują, co robi się między nimi. 
Żadne z nich nie może się teraz zakochać.
Ally jest zajęta - uwikłana w dziwny związek, z którego na razie nie może się wyplątać, a Brada obowiązuje kontrakt płytowy, który mówi: "prasa nie może odkryć twoich kobiet". Brade jednak używa podstępu i ciągnie tę znajomość. Pozostaje tylko jeden szkopuł. Ally nadal nie ma pojęcia, kim jest Brandin. I również skrywa pewien sekret. Co zrobi Brandin, pragnąc dziewczyny, której nie powinien nawet tknąć? 


Jak to, co zrobi Brandin? Zakocha się oczywiście, ale to chyba nikogo nie dziwi... 

Tak naprawdę to nie wiem, od czego powinnam tu zacząć. Znam tę historię. Znałam ją miesiąc temu, kiedy w księgarniach jeszcze jej nie było i znałam trzy lata temu, zanim autorka podpisała umowę o druk. Wiedziałam, że Ally ma w domu brzydki stół w żółtym kolorze, który do niczego nie pasuje. Wiedziałam, jak bardzo hipnotyzujące są tęczówki Brandina. Ale to nie sprawiło, że dziś, mając tę historię oprawioną w okładkę, czując strukturę papieru w dłoniach, chłonęłam ją w mniejszym stopniu niż poprzednim razem. Wręcz przeciwnie. Płakałam kilka razy i umierałam przez pięćdziesiąt ostatnich stron wiedząc, że Ich historia nie ma szansy nigdy się powtórzyć. Widzę w niej jeden minus, ogromny - na drugi tom muszę czekać stanowczo za długo.

Jak już wiecie, Brandin jest muzykiem. Wokalistą popularnego w Europie zespołu młodzieżowego, którego jedno spojrzenie sprawia, że kobiety mdleją. Śpiewa piosenki o miłości, do której tęskni całym sobą i umiera w sobie na myśl, że nigdy jej nie znajdzie. Ale... może to nie jest tak widocznie na pierwszy rzut oka, a jedynie ja, znająca Go lepiej niż Wy, dostrzegam masę niezauważalnych dla Was szczegółów?

Ally jest Amerykanką, która Bitter Grance nie zna, bo... zwyczajnie się z nimi minęła. Kiedy oni podbijali Europę - Ona mieszkała w Stanach. Kiedy oni ruszają do Ameryki - ona wraca na studia do Francji. Allison Hanningan pochodzi z konserwatywnej rodziny, która zaplanowała jej życie, zanim na dobre zaczęła mówić. Mąż, studia prawnicze. Bo przecież szczęście to tylko wymysł. Nie ma miłości. Małżeństwo jest inwestycją. Męża wystarczy... znosić, bo nawet nie lubić.

Wiecie, jak wiele w życiu człowieka może zmienić fakt, że pali papierosy? Kiedy Ally, siedząc o północy pod budynkiem lotniska nachodzi chęć na papierosa - poznaje Brandina. Zakapturzonego, w okularach przeciwsłonecznych zakrywających pół twarzy młodego mężczyznę o wręcz kobiecych rysach. Pochłonięci rozmową spędzają ze sobą kilka godzin, nie do końca świadomi rodzącej się między nimi więzi.

Kiedy noc się kończy - Ally rzuca chłopakowi wyzwanie. "Znasz moje imię. Wiesz, czym się zajmuję i w jakim mieście mieszkam. Wiesz, gdzie i co będę studiować. Jeśli tylko trochę się postarasz, myślę, że na podstawie tych informacji możesz złapać mnie w sieci. Na wszelki wypadek Ty dasz mi swój numer i jeżeli do tygodnia mnie nie znajdziesz, odezwę się do Ciebie, ale wtedy obiecasz mi, że już się nie spotkamy. Nigdy."

Tyle, że On ma znacznie więcej. Znajomości, o których Ona nie ma pojęcia. I choć numer telefonu zaczynający się +49... wyrzuciła wysiadając w Paryżu z samolotu - Jego ludzie znaleźli Ją bez problemu, zaledwie w kilka godzin. 

Ich znajomość jest zawiła, pełna emocji i uczuć, do których żadne z nich nie chce się przyznać. Ona stawia granice, zamykając wszystko w obezwładniającym słowie "przyjaźń". On zrobiłby dla Niej wszystko, choć tak wiele przed Nią ukrył. Aż wreszcie przychodzi dzień, kiedy stojąc pod Jej domem w strugach deszczu prosi, by o 20 włączyła telewizor, nastawiła na niemiecką Vivę i po prostu oglądała... Od tego momentu już nic nie będzie takie samo. 

Nie chcę mówić Wam zbyt wiele. Zwłaszcza, że w obliczu tej historii wszystkie słowa, które przychodzą mi na myśl są tak niewiele znaczące, że równie dobrze mogłabym rzucać je na wiatr. Co w książce jest takiego wyjątkowego, że zabija mnie po raz drugi, choć znam ją tak dobrze? "Miłość, złożona z setek zdań i tysięcy słów..." Ach, i jeszcze jedno! Wplątane w zdania soundtracki, za które jestem Ninie naprawdę wdzięczna. Bo ta historia bez muzyki nie byłaby tym samym.


Jako ciekawostkę powiem Wam, że "Hit internetu" to znaczy... opowiadanie blogowe, cztery lata temu. Czytał ktoś może? :) 

Moja ocena: Siedem. Na sześć możliwych.

23:11:00

Tanya Valko - "Arabska żona"

Tanya Valko - "Arabska żona"



Autor:  Tanya Valko
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data wydania: 2012 rok
Liczba stron: 560

Dorota, uczennica szkoły średniej, poznaje Ahmeda, w którym zakochuje się bez pamięci. Jej najbliższe otoczenie nie kryje swojego negatywnego nastawienia do tego związku, mimo to młodzi spotykają się dalej. Kiedy dziewczyna zachodzi w ciążę, Ahmed ją poślubia.
Po pewnym czasie wyjeżdżają do jego rodziny. Tam ukochany, dotychczas niewidzący świata poza swoją Docią, pokazuje prawdziwe oblicze - znika na całe dnie z domu, nie interweniuje, gdy kobiety z jego rodziny dręczą żonę, okazuje się zazdrosny, nie stroni od rękoczynów. Dorota wiele znosi dla swojej miłości, w pewnym momencie jednak nie wytrzymuje...
"Arabska żona" to kwintesencja ponad dwudziestoletnich kontaktów pisarki z krajami muzułmańskimi, efekt studiów i badań, doświadczeń własnych oraz zasłyszanych opowieści. W swoich bohaterach oraz ich losach autorka skompilowała wiele ludzkich historii, umiejscawiając je w kokonie literackiej fikcji

Ukłon w stronę Pana Prószyńskiego za (kolejną) dobrą książkę. Przyznaję się bez bicia, że przez dłuższy okres czasu jego wydawnictwo budziło we mnie dość mieszane uczucia, niemniej jednak chcąc nie chcąc muszę przyznać, że można u nich znaleźć prawdziwe perełki. Jak na przykład powyższa książka.

Jestem świadoma, że wiele przez to tracę, ale... nie jestem w stanie przekonać się do polskich autorów. Wierzcie mi, że naprawdę próbowałam, ale został mi jeszcze uraz po "Krzyżakach", "Panu Tadeuszu" czy innych "Potopach", którego nie mogę przezwyciężyć i bez względu na to, jak dobrze by się ta książka zapowiadała czy jakie by miała recenzję - skreślam je na starcie. Na moje szczęście jednak Tanyla Valko, będąca absolwentką niekoniecznie lubianego przeze mnie UJ-tu, zdecydowała się przyjąć pseudonim. W związku z czym sięgnęłam po nią i zanim zaczął mi przeszkadzać ten typowo polski język - wpadłam. 

W "Arabskiej żonie" spotykamy się z osiemnastoletnią (na wstępie) Dorotą, uczennicą liceum w niewielkiej mieścinie w pobliżu Poznania, która wyprawiając urodziny zwiastujące początek "dorosłego życia" poznaje w klubie obcokrajowca o imieniu Ahmed. Araba, jak się okazuje. Zagłuszając swoje uprzedzenia dotyczące mężczyzn jego narodowości, postanawia poznać go bliżej i nie trudno się domyślić, że już niebawem zakocha się do nieprzytomności. Żeby nie powiedzieć za dużo, daruję sobie na razie komentarz, że jest to stwierdzenie niemalże dosłowne. Ups, napisałam to już? ;)

No dobra, więc mamy zakochaną Dorotę, która zachodzi w ciążę... I Ahmeda. Przystojnego, czarującego, bogatego mężczyznę z ambicjami, który darzy ją miłością niezaprzeczalną, choć jak się z czasem okazuje - toksyczną. Ślub, dziecko, własny biznes, aż wreszcie przychodzi czas, by jego ukochana (po pierwszych małżeńskich problemach) poznała jego rodzinę. "Wakacje" w Trypolisie przekonują ją na tyle, że małżeństwo postanawia zostać tam na stałe. "Jakby coś się działo, zawsze można przecież wrócić" - naiwne myślenie zakochanej kobiety... 

I nagle Ahmed zamienia się w zupełnie innego człowieka. Poznając jego rodzinę, Docia zatapia się w sekrety, o których mówić nie wolno, a i nawet myślenie o tym bywa często destrukcyjne. Bowiem na pozór idealna rodzina okazuje się mieć - jak wszystko - swoje wady, które są w większości nie do zaakceptowania. Zazdrosny mąż, który znika z domu. Teść, wiodący podwójne życie, który ma ją za "kurwę" i szwagierka, która na pozór przyjacielska, okazuje się być jednym z największych wrogów Doroty... 

To, co rzuciło mi się w oczy i nie wpłynęłoby dobrze na ocenę, gdybym naprawdę chciała zagłębiać się w szczegóły to fakt, że książka jest nieco... naiwna. Tanya Valko połączyła kilka historii w jedną całość, przez to niektóre fragmenty wydają się dość naciągane. A kolejna sprawa - w pewnym momencie odniosłam wrażenie, że autorka sama zapomniała, co już napisała, o czym jeszcze zapomniała wspomnieć, przez co na około stu ostatnich stronach mamy mnóstwo powtórzeń. Może nie byłoby to takie złe, gdyby nie fakt, że "Arabskiej żony" nie da się tak po prostu odłożyć i zostawić na później. Ja, zarówno jak i moja Rodzicielka, czytając ostatnie rozdziały dosłownie nie rozstawałam się z lekturą i nawet zdarzyło mi się nalać wodę tuż obok kubka z herbatą, bo... czytać, czytać, czytać!

Wspomniałam, że to pierwsza z trzech części? Za czytanie kolejnych zabiorę się już w weekend, więc możliwe - gdyby ktoś chciał :) - że skubnę tu na temat dalszych części tej historii coś jeszcze. 

Moja ocena: 6/6

17:43:00

Janusz L. Wiśniewski "S@motność w Sieci"

Janusz L. Wiśniewski "S@motność w Sieci"
Autor: Janusz L. Wiśniewski
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data wydania: 5 września 2001 rok.
Kategoria: Powieść romantyczna (powiedziałabym psychologiczna wręcz)
Liczba stron: 317

"S@motność..." - powieść tak współczesna, że bardziej nie można: z Internetem, pagerem, elektronicznymi biletami lotniczymi, dekodowaniem genomu i SMS-ami, A przy tym tak tradycyjna jak klasyczna historia miłosna. Powieść o miłości na Internecie. Tej ostatecznej, tej, o której się marzy, takiej ,,aby się popłakać i aby dech zaparło". (...)

Tak naprawdę to co znajdziecie z tyłu książki, idealnie podsumowuje to co chciałabym napisać. Tak naprawdę to ja po raz kolejny zabieram się za recenzowanie książki bliskiej memu sercu. Książki, o której mogę pisać jedynie z miłością.  Książka o tyle ma dla mnie duże znaczenie, bo krótko po jej przeczytaniu sama przeżyłam krótką znajomość, która mimo iż nie zaczęła się w sieci, utrzymywała się właśnie dzięki niej. Nie była to tak cudowna opowieść jak ta Wiśniewskiego, jednak miała kilka wspólnych cech. Na szczęście po za zakończeniem.

Jakub to genetyk, ale nie byle jaki. Jest ceniony, sławny, dobrze zarabia. Jego nazwisko w świecie nauki nie zostaje pomijane. Mieszka w Niemczech i tam też pracuje. Ona, bo imienia głównej bohaterki nie znamy, to około trzydziestoletnia kobieta zakochana resztkami bezsensownej miłości.  Ma męża, dla którego najważniejsza w życiu jest kariera i pieniądze. Oboje są samotni, spragnieni prawdziwej miłości i zmian w swoim życiu. Pewnego dnia do Jakuba pisze Ona. I tak rodzi się niesamowita znajomość, która niesie za sobą erotyzm, tęsknotę, szczęście, smutek, marzenia, pragnienia... Tak rodzi się znajomość, która niesie za sobą wiele pięknych uczuć.

Główny bohater stworzony przez Wiśniewskiego jest ideałem mężczyzny nie jednej kobiety - inteligentny, seksowny, bogaty, przystojny, romantyczny, kochany. Przynajmniej tak w mojej głowie wygląda Jakub - nowa miłość Jej. Nie jedna kobieta, chciałaby spotkać takiego mężczyznę na swej drodze. Autor ,,S@motności w Sieci" sprawia, że nagle nasza kobieca wyobraźnia kreuje sobie perfekcyjnego Jakubka. Mężczyznę tak perfekcyjnego, że zastanawiamy się, czy w rzeczywistości tacy naprawdę istnieją.

Retrospekcje, które przyjemnie czyta nam się pomiędzy bieżącymi wydarzeniami z książki, na zmianę sklejają i łamią serce. Gdy przeczytamy o jakubkowej miłości do Natalii, możemy śnić o podobnej po nocach. Bo to przecież nierealne kochać kogoś tak bardzo! Zakazana miłość brata Andrzeja i siostry Anastazji, to tylko kolejny owoc jaki zrywamy podczas czytania książki. Ten owoc, to tylko kolejna historia, która łamie serce. Bo kolejny raz pomimo konsekwencji, chciałoby się ,,kochać kogoś tak bardzo".

Podczas czytania książki myślałam ,,Zostaw tego męża kobieto! Spójrz On Cię tak bardzo kocha!". I tak właściwie to do końca, podświadomie chciałam, żeby tego swojego faceta zostawiła. Ja całym swoim sercem dla Niej i Jakubka chciałam jak najlepiej.

Ci, którzy po przeczytaniu książki rozczarowali się zakończeniem, moim zdaniem są w błędzie. Zakończenie...według mnie jest całkowicie odpowiednie. Pozostawia nam przesłanie. Byśmy się zastanawiali nad własnym życiem, nie zawsze wybierali to co ,,słuszne". Myślę, że pokazuje to, że zawsze powinniśmy wybierać własne szczęście, a nie podejmować dobre (dla innych) decyzje.

moja ocena  6/6

,,Bo ja lubię do Ciebie pisać. Z różnych powodów. Między innymi dlatego, że chcę, żebyś wiedziała, że myślę o Tobie. To dość egoistyczna pobudka, ale nie mam zamiaru się jej wypierać. A myślę dużo i często. Właściwie myśli o Tobie towarzyszą mi w każdej sytuacji. I nie masz pojęcia, jak bardzo jest mi z tym dobrze. A przy okazji wymyślam różne rzeczy. Z którymi też przeważenie jest mi dobrze. Bo bardzo wysoko cenię fakt, że zaistniałaś w moim życiu. Ostatnio zresztą trudno używać słów takich jak „cenię”. Ostatnio czasami wydaje mi się, że słowa są za małe. Dlatego dziękuję Ci. Dziękuję Ci z całą powagą i nieuchronnym lekkim wzruszeniem za to, że jesteś. I że ja mogę być."
- bo to jest takie piękne <3

11:08:00

Anna Ficner- Ognowska "Alibi na szczęście"

Anna Ficner- Ognowska "Alibi na szczęście"



Autorka: Anna Ficner - Ognowska
Wydawnictwo: Znak
Data wydania: maj 2012
Kategoria: Literatura piękna
Liczba stron: 652

Hania straciła wszystko. Jej życie zatrzymało się pewnego sierpniowego dnia. Przestała marzyć, a jedyne plany to te, które układa dla swoich uczniów. Kiedy na jej drodze staje Mikołaj, Hania boi się zaangażować, ale on walczy o miłość za ich dwoje. Pomaga mu w tym jej przyjaciółka Dominika, której energia i poczucie humoru rozsadziły niejedno męskie serce. Jest też pani Irenka: prawdziwa skarbnica ciepła i mądrości - po prostu anioł stróż. To w jej nadmorskim domu, gdzie na parapecie dojrzewają pomidory, a kuchnia pachnie szarlotką, odzyskuje wiarę w miłość i daje wreszcie prawo do bycia szczęśliwą.


Po raz pierwszy mam totalny mętlik w głowie, a w myślach krążą mi same superlatywy na temat tej książki. Pomijając fakt, że wciągnęła mnie maksymalnie (bo to chyba za pomocą czarodziejskiej różdżki zaczynałam czytać o 22, obiecując, że tylko chwila, która przedłużała się do pierwszej czy drugiej). Później nastąpiła we mnie obawa; co będzie, jak już przeczytam, a na kolejną część będę musiała czekać do września? Rozpoczęłam więc oszczędne czytanie; chłonęłam kilka stron dziennie, by tej przyjemności mi nie odebrano. Ale i tak wszystko co piękne i fajne, kiedyś się kończy...

Okładka. Jak można się w niej nie zakochać? Wręcz kipi z niej latem, radością, śmiechem, delikatnością. Okładka jest po prostu świetnym odzwierciedleniem tego, co kryją te okładki. I jeżeli możnaby powiedzieć, że zakochałam się w okładce, tak właśnie się stało. Jestem z tego dumna.

Główną bohaterką jest Hanna Lerska. Na samym początku dowiadujemy się, o stracie, pustce, jaką ma w sobie, niemal jednak do końca nie wiemy, co naprawdę się stało. I za to chyba książka podoba mi się najbardziej - ta tajemnica, która jest cząstką bohaterki, a tak naprawdę nie musimy wiedzieć, co stało się na pewno, by pochłaniać historię całą sobą. Hania ma dwadzieścia kilka lat, jest nauczycielką w liceum,  jest skrytą w sobie kobietą, która nie może się otrząsnąć. Czas tym razem nie działa lecząco; każda rzecz przysparza jej kolejnych wspomnień, a pojawienie się Mikołaja tylko potęguje to uczucie...

Kim jest Mikołaj Starski? Odgrywa ważną rolę w życiu nie tylko swojego brata, Mateusza (ucznia Hanny), ale i w jej życiu. Jak się poznają? Dosyć banalnie; Mikołaj spotkał ją w wakacje, jednak nie odważył się podejść. Wakacje się skończyły, a on nadal miał w głowie jej uśmiech, jej wdzięk.... W zastępstwie Taty idzie na szkolne spotkanie. Wchodzi do klasy, wita się... I widzi nią.

Dominika, złota kobieta, doprawdy! Jeżeli kiedykolwiek musiałabym szukać nowej przyjaciółki (a mam nadzieję, że tak się nie stanie!), to chciałabym, by była nią Dominika. Dziewczyna nie lubi (a może nie potrafi?) owijać w bawełnę. Zawsze jest dosłowna, jest podporą Hani, chyba tak ją mogę nazwać. Istnieją jako duet, jako siostry wręcz - ich więź sięga bowiem lat szczenięcych, kiedy to Dominika zaczęła całe dnie przebywać w domu Lerskich.

Mogłabym opowiadać o tej książce godzinami; pytanie - po co? Żeby wypaplać wszystko, co kryje się w tych sześciuset stronach? Na początku przeraziła mnie ich ilość, jednak teraz nawet nie zwracam na to uwagi. Nie, nie będę wam tego zdradzała. Jedyne, co mogę powiedzieć, to jeśli macie taką możliwość, kupcie ją/wypożyczcie, a spędzicie świetny czas, nie będziecie żałować, że zamiast wyjść przed dom, wy siedzicie i czytanie. Idealna książka na lato ;)

moja ocena: 6/6