Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komedia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komedia. Pokaż wszystkie posty

08:57:00

Serce nie sługa

Serce nie sługa
 
Serce nie sługa to jeden z tych filmów, które chciałam zobaczyć, a który wciąż uciekał mi w gąszczu innych... Mogłabym o nim nie pisać, właściwie przejść obok niego obojętnie, ale... 

„Serce nie sługa” to film o poszukiwaniu miłości. To zabawne i przejmujące spojrzenie na współczesne związki. Związki ludzi, którzy przestali wierzyć w miłość, choć w głębi duszy właśnie na taką prawdziwą miłość czekają. Nie jest jednak łatwo odnaleźć swoją drugą połówkę. Daria i Filip - główni bohaterowie filmu znają się od lat i są najlepszymi przyjaciółmi. Filip to klasyczny „Piotruś Pan” i łamacz damskich serc. Po kolejnej, upojnej nocy, gdy obudzi się obok nowo poznanej dziewczyny, poczuje, że chce zmienić swoje życie i nadać mu sens. Przypomni przyjaciółce propozycję, którą złożył jej kilka lat wcześniej, że jeśli do trzydziestki nie będą w poważnych związkach, to pobiorą się i razem wychowają dziecko. Czy miłość może zacząć się od przyjaźni? Czy faktycznie jest w stanie przetrwać wszystko? A przede wszystkim - czy może trwa wiecznie?

Komedie romantyczne mają to do siebie, że patrzysz na bohaterów i wiesz, że to o nich chodzi - bum, oni muszą być razem. Niemniej nie uważam tego za złe. Taki gatunek, ot co. Daria i Filip mogą być przyjaciółmi przez lata, ale prawda jest taka, że wystarczy na nich spojrzeć, żeby wiedzieć, że przyjaźń to solidny fundament tego co ich łączy, a jednak nie jedyne co jest między nimi. 

Domagała w tym filmie dostał rolę podrywacza, do której kompletnie z początku mi nie pasował. Gąsiorowska rolę sieroty, w którą wpasowała się idealnie. I chociaż jest to jeden z bardziej przewidywalnych z początku filmów - ani on nie był takim wolnym ptakiem ani ona Sierotką Marysią. Może to kwestia tego, że trzeba spotkać człowieka przy którym zapomina się o tym, od czego przez lata uciekamy? 

Wiedziałam jak te film się kończy na długo przed tym zanim na niego poszłam. A jednak, kiedy już poszłam... przyznaję bez bicia, wyłam w kinie. Zdarza się, no cóż. 

Serce nie sługa to opowieść o sile miłości, nie tylko o jej poszukiwaniu. W dodatku różnych rodzajów tej miłości, nie tylko pomiędzy kobietą a mężczyzną. 

Boję się powiedzieć coś więcej, dlatego też więcej nie powiem. Polecam!


źródło zdjęć: grafika google

12:12:00

7 uczuć

7 uczuć
 
Ileż to ja razy mówiłam, że nie jestem fanką komedii nastawionych na rozśmieszenie widza! Coraz częściej łapię się na tym, że sięgając po książki czy chodząc do kina zaczynam stosować filozofię open mind... i wychodzi, niekiedy, naprawdę katastrofalnie. Ale po kolei. 

Strach, złość, smutek, radość, wstręt, zazdrość, wstyd. Adaś Miauczyński powraca do czasów swojego dzieciństwa, kiedy – jak większość z nas – miał spory problem z nazywaniem towarzyszących mu wtedy emocji. Aby poprawić jakość swego dorosłego już życia, postanawia powrócić do tamtego nie do końca – jak się okazuje – beztroskiego okresu, by nauczyć się przeżywania siedmiu podstawowych uczuć. Ta ekstremalnie nieprzewidywalna podróż do przeszłości obfituje w szereg przezabawnych, wręcz komicznych sytuacji, ale niesie za sobą również moc wzruszeń i refleksji.

Postawię dobrą kawę komuś, to wskaże mi moment godzien mocy wzruszeń i refleksji - poza sceną z Bohosiewicz na samym końcu tej produkcji. Generalnie uważam, że gdyby wyrzucić z tego filmu wszystko, co wydarza się przed tą sceną - byłaby to dobra komedia traktująca o ważnych aspektach codziennego życia, o których niby się mówi, a jednak wciąż zapomina. Niestety ten film trwa 117 minut, co stanowi o 100 wcześniejszych wypełnionych paplaniną bez sensu, gdzie "wsadzono" grupę dorosłych - żeby nie powiedzieć podstarzałych - aktorów w rolę dzieci. Ani to zabawne ani w ogóle "jakieś", więc mnie jedynie drażniło. Swoją drogą żaden film nie powodował we mnie tak wielkiej chęci wyjścia z kina jak właśnie 7 uczuć. Mówi się co prawda, że dobry film powinien budzić emocje - dobre, złe, byle silne, ale... tu wyraźnie coś nie zagrało.

Mogłabym powiedzieć, że ma kilka dobrych momentów i że traktuje o ważnych rzeczach. Jak to powiedziała moja kinowa kompanka opowiadając o nim koleżance - ukazuje ważną prawdę dotyczącą tego, że wykształcone w dzieciach wzorce zachowań mają wyraźne zastosowanie w dorosłym życiu człowieka, podobnie jak ciągnące się za nim patologie. No, pewnie, zgadzam się. Ale tę ważną prawdę przysłonił tak gówniany (no przepraszam!) sposób przedstawienia tego, że nie potrafię się na tym skupić. Klops. Nie polecam. Napijcie się lepiej kawy w spokoju.



źródło zdjęć: grafika google 

08:33:00

Juliusz

Juliusz

Juliusz to jeden z tych filmów, na który idziesz, żeby się pośmiać. 
Tytułowym bohaterem jest uporządkowany nauczyciel plastyki (Wojciech Mecwaldowski), którego głównym problemem w życiu jest ojciec (Jan Peszek) – nieustająco imprezujący artysta-malarz. Kiedy senior przeżyje drugi zawał serca, a mimo to odmówi zmiany stylu życia, Juliusz będzie musiał znaleźć sposób na to, by wpłynąć na jego zachowanie. Lekarstwem na bolączki bohatera wydawać się będzie przypadkowo poznana, beztroska lekarz weterynarii – Dorota (Anna Smołowik). Okaże się jednak, że prawdziwe problemy dopiero nadchodzą…*
Nie jestem do końca pewna czy ten opis jest adekwatny do fabuły. A jeśli nawet, jest to duży skrót myślowy. 

Tytułowy Juliusz to pierdoła jakich mało. Miał kiedyś marzenia i jakieś ambicje, które z czasem ustąpiły miejsca monotonii życia i wzięły nad nim górę niespełnione oczekiwania. Film ten przedstawia urywek z życia niby-dorosłych ludzi, którzy zatrzymali się na jakiś etapie, bardziej zbliżonym do okresu nastoletniego niżeli nawet wczesnej dorosłości. Dorota będzie miała dziecko, którego Julek chciałby zostać ojcem, ale nagle okazuje się, że pełnia odpowiedzialności przerasta naszego bohatera... 

Zanim powiem trzy słowa za dużo, zakończę ten opis fabuły. 

Tysiąc razy mówiłam, że nie lubię komedii, a jednak w natłoku pracy stosunkowo często do nich sięgam. Nie sprawia to jednak, że zaczynam darzyć je miłością, a fakt, że widziałam Juliusza już jakiś czas temu i nie zapamiętałam go zbyt dobrze świadczy chyba o całokształcie produkcji... 


* filmweb
źródło zdjęć: grafika google

08:04:00

I że Ci nie odpuszczę

I że Ci nie odpuszczę
 
Następnym filmem na jaki wybiorę się do kina z pewnością nie będzie komedia. Ale póki co, mam dziś recenzję trzeciej z kolei - I że Ci nie odpuszczę. Nie mylić ze Sparksem, absolutnie!

Leonardo to bogaty dupek, który poza czubkiem swojego nosa widzi już tylko barek i seksowne modelki. Choć wszystko to przez pryzmat pieniędzy, których w dodatku nie zarobił sam. Syn potentata w branży budowlanej imprezuje na jachcie, który po kolejnej imprezie przyszła sprzątnąć Kate - mama trzech dojrzewających dziewczynek, która chcąc utrzymać rodzinę łapię się wielu zajęć jednocześnie, marząc o pracy pielęgniarki. Przygotowania do egzaminu zawodowego nie są jednak takie proste, kiedy z jednej pracy pędzi do drugiej... Kiedy spotyka Leonarda, jej życie przewraca się do góry nogami. Choć z początku to ona jest ofiarą - wyrzucona za burtę odbijającego od brzegu jachtu - z lekką dozą niedowierzania we własne decyzje przyjmuje pomysł koleżanki, by wmówić mężczyźnie małżeństwo, kiedy kilka dni później to on, wypadając za burtę, traci pamięć. I chociaż sposób bycia mu się nie zmienił, przyjmuje na siebie obowiązki wynikające z bycia głową rodziny - mężem i ojcem, panem domu, utrzymującym trzy muszkieterki i żonę, z którą nie czuje żadnej więzi...



I że Ci nie odpuszczę to humorystyczna komedia romantyczna, w której od początku bardzo denerwował mnie sposób bycia głównego bohatera, a który z czasem okazał się świetnym facetem. Wiecie, że kiedy zaczął zachowywać się jak człowiek, a przestał jak nadęty, zapatrzony w siebie bufon, wydał mi się nawet przystojniejszy? 

Myślę, że jest to jeden z tych filmów, który pozytywnie zaskakuje, na którym - choć nie jest na to nastawiony - można się nawet wzruszyć. Ostatecznie przecież bestia okazała się (wewnątrz) pięknym człowiekiem. Cóż za metafora! Niby przypadkiem, a jednak trafia w punkt. 

Nie opowiadam więcej, ale jako luźny film na popołudnie czy wieczór, polecam :) 



źródło zdjęć: grafika google

08:00:00

Berek

Berek

Ileż to razy wspomniałam Wam, że nie jestem fanką nastawionych na salwy śmiechu komedii? Szczerze mówiąc lubię chyba tylko jedną. Kiedy we wtorek, wchodząc na stronę kina, usłyszałam nad uchem: coś w stylu Kac Vegas uznałam, że okej, chętnie wybiorę się na coś, nad czym nie trzeba się zastanawiać. I tak oto trafiłam na Berka. 

Hogan Malloy, Randy Cilliano, Kevin Sable, Jerry Pierce i Bob Callahan. Pięciu wychowanych ze sobą facetów, którzy po 30 latach wciąż grają w tytułowego berka. Jeden z nich ma żonę, dwóch pieniądze i pracę marzeń, Randy poszukuje swojego miejsca w świecie, a Kevin dobrej terapii. Przez jeden miesiąc w roku, choćby przez pozostałe jedenaście się nie widzieli, ganiają się i podstępem przekazują sobie "pałeczkę", doskonale się przy tym bawiąc. Zwłaszcza Jerry, który przez ponad ćwierć wieku nigdy nie dał się złapać. Tym razem pozostała czwórka zawiązuje lekki spisek, by wreszcie "go dorwać", zwłaszcza, że ostatni dzień maja okazuje się również dniem jego ślubu. Co za tym idzie - dość łatwo będzie go znaleźć. Przynajmniej pozornie... 


Nie będę opowiadać Wam tego, co się działo. Generalnie wciąż bawi mnie fakt, że ten film oparto na prawdziwej historii (w rzeczywistości tylko tych mężczyzn było więcej). Dość wolno się rozkręcał, a może ściślej rzecz ujmując niewiele nowego działo się w trakcie poza tym, że jeden gonił drugiego. Jest tu kilka elementów wyrwanych z kina akcji, które moim zdaniem nie pasują do całej reszty i kilka rzeczy wziętych zbyt serio. Ale, może nie umiem tego docenić? 

Niewątpliwie można się trochę pośmiać, dużo pouśmiechać i - co zakładałam kupując bilet - wyłączyć na chwilę szare komórki. Chyba o to chodzi w komediach, choć dla mnie to raczej średniak.  


źródło zdjęć: grafika google

14:24:00

Jestem taka piękna!

Jestem taka piękna!

Nie będąc fanką komedii, nie mogłam się tego filmu doczekać. 

Renee Bennett (Amy Schumer) każdego dnia boleśnie doświadcza, jak to jest być przeciętniaczką w Nowym Jorku – mieście faworyzującym pięknych i bogatych. Wszystko zmienia się, gdy na zajęciach fitness spada z rowerka treningowego, uderza się w głowę i traci przytomność. Kiedy odzyskuje świadomość i spogląda w lustro, wprost nie może uwierzyć. Jej nogi są szczupłe i opalone, włosy jedwabiste, a podbródek idealnie ukształtowany. Jednym słowem – jest zjawiskowo piękna! Problem w tym, że… tak naprawdę nic się nie zmieniło. Dla całego świata Renee nadal wygląda tak samo. Jednak bohaterka, przekonana o rzekomym cudzie, przechodzi totalną metamorfozę. Z szarej myszki staje się wyzwoloną i pewną siebie kobietą, której śmiałość i energia robią piorunujące wrażenie na wszystkich, począwszy od jej słodkiego chłopaka – Ethana (Rory Scovel), a skończywszy na atrakcyjnej szefowej – Avery Leclair (Michelle Williams). Z czasem Renee, która dzięki awansom pnie się w górę w firmie kosmetycznej, zaczyna spoglądać z wyższością na świat i innych ludzi. Czy to możliwe, żeby stając się „piękną”, dopuściła do głosu „brzydszą” część swojej osobowości?

Gratuluję komuś, kto pisał opis tego filmu i spłycił go tak bardzo, że gdybym czytała go przed seansem, trzy razy zastanowiłabym się, czy iść do kina. 


Jestem taka piękna to historia Renee, która - piękna w środku - nie może pogodzić się z tym, że nie wygląda jak dziewczyny z okładek. Motywacyjne hasła na fitnessie sprawiają, że całą energię skupia na swojej metamorfozie i kiedy odzyskuje przytomność po felernym upadku, widzi siebie w zupełnie innym świetle. Mało tego! Ona naprawdę inaczej wygląda. Choćby fizycznie nic się nie zmieniło, pewność siebie i uśmiech sprawiają, że staje się jednak atrakcyjniejszą kobietą. Dzięki pewności siebie poznaje Ethana, zmienia pracę - z ciemnej piwnicy w Bronxie wychodzi do recepcji głównej siedziby firmy kosmetycznej, stając się jednocześnie jej wizytówką (zasiada przecież "na wejściu"). A to dopiero początek wielkiej przygody, która nie udałaby się, gdyby... 


... okazało się, że "czar" i piękne nie zostały dane na zawsze. Kolejny upadek powoduje, że Renee wraca "do siebie", znów ma nadwagę, dwa podbródki, nieidealną cerę i mniej lśniące włosy. Bardziej trafnym od pytania Czy to możliwe, żeby stając się „piękną”, dopuściła do głosu „brzydszą” część swojej osobowości? byłoby tutaj: Czy to możliwe, że o "pięknie" stanowi jedynie fizyczność? 

Jest to komedia, w której nie brakuje zabawnych dialogów i sytuacji, a jednocześnie jest to film niosący za sobą pewne przesłanie. Zanim jednak powiem za dużo, zachęcam Was, byście sami się o tym przekonali. Moim zdaniem, warto.


źródło zdjęć: grafika google.

08:45:00

Pozycja obowiązkowa

Pozycja obowiązkowa

Mając pewne zaległości w recenzjach kinowych zacznę od tej, która najwcześniej weszła do kin - Pozycji obowiązkowej. 

Wspomniałam niedawno, przywodząc na myśl Grey'a, że mam pewien uraz do szarych historii. Tymczasem w najnowszym filmie Billa Holdermana to właśnie opowieść Christiana i Any stanowi tytułową pozycję obowiązkową.

Podobno dla wielu kobiet życie dzieli się na „przed” i „po” Greyu. Wygląda na to, że nawet te naprawdę doświadczone, wiele mogą się od niego nauczyć. Cztery wieloletnie przyjaciółki raz w miesiącu spotykają się w stworzonym na własny użytek klubie czytelniczym. Niejedno już w życiu widziały, przeczytały i przeżyły, ale „Pięćdziesiąt twarzy Greya” okaże się w ich przypadku pozycją wyjątkowo inspirującą. Początkowo nieco onieśmielone, szybko dają się zauroczyć Christianowi Greyowi i jego zmysłowej pomysłowości. A ponieważ, jak wiadomo, życie jest krótkie, panie postanawiają nie tracić czasu i odkryć nowe twarze miłości. I choć z pewnością nie każdy facet to Grey, to niejednemu warto dać szansę… Miłość ma znacznie więcej niż 50 twarzy.
 
 
One są cztery, on jest jeden. On - Grey. One - Diane, wdowa, matka dwóch nadopiekuńczych córek, która raz już kogoś kochała; Sharon, rozwódka, która skrycie, również przed samą sobą, wciąż kocha byłego męża; Carol, mężatka, przechodząca aktualnie kryzys w długoletnim związki i Vivian, która nigdy nie wyszła za mąż i miłość uznaje jedynie w jednej formie, nie więcej niż na kilka wieczorów. Pozornie skrajnie różne, złączne jednak w przyjaźni, która trwa od wielu lat. Poza tą więzią, która nie ma przecież definicji, łączy je coś jeszcze - miłość do literatury. Kiedy jedna na spotkanie nieformalnego klubu książki przynosi powieść E.L. James okazuje się, że nawet tak niemądra historia niesie w sobie mądrość i ma szansę zmienić życie każdej z bohaterek. A przynajmniej wydarzyło się w tym, nie innym momencie. 
 

Zauważyłam właśnie, że nabrałam tendencji do podobnych zwrotów w ukazujących się tu recenzjach. Postaram się nad tym zapanować. Generalnie Kiedy znów się spotkamy to historia, poniekąd, wiary w siebie i swoje możliwości. Diane, Sharon, Carol i Vivian to emerytki, które nie zamierzają bynajmniej czekać na żadne lepsze jutro, ani tym bardziej zamykać się w przeświadczeniu, że najlepszy czas już minął. Każda z nich, trochę pod wpływem Grey'a, ale tak naprawdę to jedynie w momencie jego czytania, chce zmienić coś w swoim życiu i pewien - momentami niewiarygodny - zbieg okoliczności im to już umożliwi.

Żeby nie było, że znów tylko chwalę - Diane Keaton jest jedną z moich najbardziej nie-ulubionych aktorek i choć nie chcę ujmować jej umiejętności, działa mi ona na nerwy. Po pierwsze jako aktorka, po drugie jako postać. Vivian i Carol to silne osobowości (szczególnie ta pierwsza, choć - oczywiście! - ma swoje słabości), Diane i Sharon to takie... ciepłe kluchy. Nie lubię takich bohaterów, głównie z tego względu, że ekran skutecznie uniemożliwia mi - niestety! - wymierzenie im policzka, kiedy już naprawdę same się o to proszą. Niemniej jednak jest to całkiem sympatyczna komedia, na której można się pośmiać, a które nie jest śmieszna w ten irytujący, dla mnie osobiście wymuszony, sposób. 

Unlimited w kinie zrobił tu swoje (ileż ja dzięki niemu obejrzałam filmów!), ale szczerze mówiąc nie wiem, czy nie mając tej karty bym się na to wybrała. Albo - z całą pewnością nie. I nie straciłabym specjalnie dużo... 

Generalnie już kończę, ale chcę Wam jeszcze zwrócić uwagę na kwestię coraz częściej przedstawianą w filmach - wieku. Myślę, że pokazywanie młodym ludziom, że sześćdziesiątka to nie koniec świata i nie musi oznaczać zamknięcia się (rodziców, dziadków, itd.) w domu. Plus!