Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura obca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura obca. Pokaż wszystkie posty

08:29:00

Anna Carey - Eve

Anna Carey - Eve


Jak pewnie na przestrzeni lat zdążyliście się już zorientować, nie pałam wielką miłością do fantastyki. A z drugiej strony, lubię od czasu do czasu sięgnąć po coś, co zupełnie nie wpasowuje się w klimat książek, po które najczęściej sięgam. Szczerze mówiąc, Eve wpadła w moje ręce zupełnie przypadkiem i pomyślałam sobie, że skoro już ją mam, to przeczytam i... przyznaję, na krótką chwilę przepadłam.

Dokąd uciekniesz, skoro nigdzie nie jest bezpiecznie?
Szesnaście lat temu zabójczy wirus zmiótł z powierzchni Ziemi niemal wszystkich jej mieszkańców. Świat stał się miejscem śmiertelnie niebezpiecznym.
Osiemnastoletnia Eve nigdy nie wyszła za pilnie strzeżony teren zamkniętej szkoły. Szkoły, w której nie ma mężczyzn ani chłopców. Gdzie ona i dwieście innych dziewcząt przygotowuje się do roli elity Nowej Ameryki.
Ale w przeddzień ukończenia szkoły, Eve odkrywa szokującą prawdę o prawdziwym celu tej nauki – i o przerażającym losie, jaki czeka ją samą.

Eve to jedno z dzieci uratowanych przed samotnością. Gdy zakażeni wirusem dorośli masowo umierali, dzieci zabrano do szkół - by ocalić, wychować w poczuciu wspólnoty, wykształcić i obronić. Przed płcią przeciwną, wykorzystującą i śmiertelnie niebezpieczną. Nie znając niczego poza murami szkoły nie wyobrażała sobie nawet, że życie może wyglądać z goła inaczej. Aż pewnego dnia...

Nie sądziłam, że Eve do mnie przemówi. To dość krótka, szybko czytającą się (celowo używam tego sformułowania, bo miałam wrażenie, że czyta się ona sama) historia postapokaliptycznego świata, w którym nic, co wydawało się znane i bezpieczne, w rzeczywistości nie prowadzi do ocalenia i obiecywanej przez lata utopii.

Jest w tej książce trochę niedociągnięć, kilka zbyt rozwlecznych wątków, które ostatecznie nie znalazły kontynuacji, ale - co bardzo mnie zaskoczyło - to jedna z niewielu pozycji, w której mając pewność jak się skończy... koniec był zgoła inny. Odłożyłam ją na półkę pewnej nocy i przeszłam do poszukiwań kolejnej części przekonana, że to zakończenie w rzeczywistości nie może być końcem - i faktycznie nim nie jest. Ale patrząc na tę historię z pewnej perspektywy (czasu i kolejnej przeczytanej pozycji), nie jestem już taka pewna, czy chciałabym do Eve wrócić.

Niemniej - polecam na wieczór, z którym nie do końca wiadomo co zrobić. ;-)

20:08:00

Nora Roberts - Beztroski książę

Zabierałam się kilka lat temu za twórczość Nory Robert, ale raczej z marnym skutkiem. Tym razem, skuszona obyczajówką, której bardzo dawno nie czytałam, sięgnęłam po Beztroskiego księcia.

Książę Bennett de Cordina prowadzi barwne i bogate życie towarzyskie, nieustannie trafia na pierwsze strony gazet. Jest wytrawnym kolekcjonerem niewieścich serc – jego czarowi ulegają bez wyjątku wszystkie kobiety. Miłosne podboje traktuje niefrasobliwie, dla niego to tylko pasjonująca gra. Aż do dnia, w którym spotyka elegancką i tajemniczą lady Hannah Rothchild. Jej niedostępność potęguje zainteresowanie Bennetta…

Z początku podchodziłam do niej z dystansem. W dalszym ciągu walczę z awersją do polskich autorów, ale tę historie znacie dobrze (bo znacie, prawda?), niemniej są także obce nazwiska, które niekoniecznie do mnie przemawiają. O dziwo, choć czytaniem - co też już kiedyś mówiłam - zaraziła mnie mama, na ogół nie podchodzą mi książki, po które ona sięga najczęściej. I tak oto ani Danielle Steel ani Nora Robert, ale... 

Beztroski książę to propozycja zarówno dla mamy, jak również córki. Pierwsze wrażenie to, rzecz jasna, okładka, mnie przypominająca te sceny z kuchni, kiedy mama wstawała wcześniej, żeby poczytać. Drugie wrażenie, choć może bardzo mylne, to historia klasyków, Rozważniej i romantycznej czy Dumy i uprzedzenia (obie bezsprzecznie uwielbiam!). Nie zjedzcie mnie za to porównanie, to zupełnie inne światy! Ale prawdę mówiąc w tym właśnie momencie już mam ochotę mocno ugryźć się w język, bo cokolwiek chciałabym napisać, zdradzi za dużo z fabuły. 

Okej, spróbujmy jednak. Hannah to młoda kobieta, zupełnie nie w typie Bennetta. Na pozór dystyngowana i skromna, z goła inna od tych, którymi do tej pory interesował się tytułowy Beztroski. A, jak wiemy od pierwszego słowa, było ich wiele. Hannah zjawia się w pałacu, by pomóc ciężarnej Eve. Przynajmniej z pozoru. Otóż ta powściągliwa dziewczyna w rzeczywistości skrywa dużo więcej niż piękną twarz, na co dzień skrytą pod maską "zakonnicy" (porównanie to pada w kontekście jej nijakich sukienek i nazbyt opanowanego sposobu bycia). Może właśnie ta szara myszka, ta inność, przyciąga de Cordina?

Może nie jestem zbyt bystra, a może dawno nie czytałam tego typu literatury, ale miałam lekki problem z osadzeniem tej książki w czasie. Z jednej strony jazdę konną i pałace niczym z wspomnianych wcześniej klasyków, z drugiej szpiegowski wątek - ewidentnie czasy współczesne. Szpiegowski, no właśnie. Lubię przy recenzjach zajrzeć na lubimy czytać, a tam padło: powieść oprócz wątku romantycznego, który nie jest za słodki ma wątek szpiegowski, który nadaje treści pazura. Wydarzenia nie trzymają w napięciu, gdyż autorka bardzo je łagodzi, ale szybko się je poznaje. 

Z początku nie byłam przekonana do autorki, później niekoniecznie do tego "szpiegostwa" z miłością w tle (tak tak, kolejność jak bardziej zachowana!), a ostatecznie bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie dobrze napisana, niezbyt długa, historia, który ani nie wymusza domysłów w rozszyfrowaniu tysiąca spisków, ani też nie mdli nadmiarem miłości. A z racji tego, ze wszelkie twierdzenia o "wytrawnym kolekcjonerze niewieścich serc", jakkolwiek ładnie by to ująć w opisie, przywodzą mi na myśl Greya czy 365 dni, to bardzo pozytywnie odbieram to, że są jeszcze autorki i wydawnictwa, które "dają nam" coś innego, wartego uwagi. Nie zrozumcie mnie źle, ja wiem, że jest ich wiele, ale mnie romansidła ostatnimi czasy naprawdę kojarzą się w ten sposób...

22:54:00

Rhiannon Navin - Kolor samotności

Rhiannon Navin - Kolor samotności

Od momentu, kiedy przeczytałam pierwsze zdanie opisu tej książki byłam pewna, że odłożę na rzecz tej pozycji wszystkie inne, choć zalegający na parapecie stosik już dawno skradł bo całkowicie. Parapet, rzecz jasna.

A mimo to bałam się tej książki, głównie z jednego powodu - narracji dziecka, którą łatwiej niż jakąkolwiek inną popsuć choćby jednym, nietrafionym elementem. 

Zach to wrażliwie, pozostawione samo sobie dziecko, które po rodzinnej tragedii stara się poradzić ze swoimi demonami na swój sposób. Niekoniecznie trafiony, ale czego spodziewać się po sześciolatku. Co prawda niejednokrotnie odniosłam wrażenie, że jak na dziecko w tym wieku jest mocno samodzielny, trzeźwo myślący i dojrzalszy niżeli powinien być taki chłopiec. Ale może to kwestia tego, że kiedy rodzice sami nie radzą sobie ze sobą, dziecko w pewnym sensie musi dojrzeć, by zadecydować o sobie, choćby na niewielkiej płaszczyźnie.


Tego dnia sześcioletni Zach powinien był zostać w domu. Do jego szkoły wpadł uzbrojony napastnik i zabił dziewiętnaście osób, w tym Andy’ego, starszego brata Zacha. Dręczony przez koszmary chłopiec nie może liczyć na wsparcie najbliższych. Pogrążeni w żałobie i skupieni na własnym cierpieniu rodzice na ogół zbywają go niecierpliwym: ”nie teraz”. Osamotniony Zach odnajduje sposób na wyjście z traumy. Ucieka w świat wyobraźni - czyta i maluje, co pomaga mu zrozumieć i uporządkować własne uczucia. Odnajduje też sposób, jak pomóc najbliższym i sprawić, by przestali się zasklepiać w cierpieniu. On po prostu chce, by znów było jak kiedyś. 

Po kilkudziesięciu stronach podzieliłam się z Kimś myślą, że to chyba najlepsza książka, jaką wzięłam do ręki w tym roku i choć staram się być w tych osądach - zwłaszcza kiedy chodzi o książki - mocno ostrożna, mogłabym długo dyskutować na temat tego, kiedy ostatni raz spotkałam podobnie wciągającą opowieść osadzoną na gruncie psychologicznym, która nie pochodzi z serii Skrzywdzonych czy Prawdziwych historii. Choć z drugiej strony - łączy je jedynie tematyka, bo sam sposób przedstawienia tej historii jest zupełnie inny, abstrahując nawet od dziecięcej narracji. Kolor samotności to emocjonująca, chwytająca za serce opowieść rodziny, która rozbita po stracie dziecka i brata próbuje ułożyć sobie życie. Albo - może inaczej - uświadomić sobie, że tak naprawdę to życie toczy się dalej, choć zabrakło w nim jakże istotnego elementu, Andy'ego.

Jak to zwykle bywa, nie chcę powiedzieć zbyt wiele, więc po prostu zamilknę. Na koniec jeszcze jedno - uważam, że jest to jedna z tych książek, z którą każdy powinien się zapoznać. Zwłaszcza, jeśli jest lub planuje zostać rodzicem. Choć nie tylko. 

Mocne 6/6. Nie pamiętam, kiedy ostatnio oceniłam tak cokolwiek.


19:13:00

Kirsty Moseley - Chłopak, który wiedział o mnie wszystko

Kirsty Moseley - Chłopak, który wiedział o mnie wszystko

Cóż to jest za książka!

Moje pierwsze spotkanie z Panią Moseley miało miejsce bodajże w ubiegłym roku - zupełnie przypadkiem, z ciekawości, trochę też dlatego, że porównywana z Hoover stanowiła dla mnie ciekawą propozycję powieści młodzieżowej. Jako że tamtym razem błyskawicznie pochłonęłam historie bohaterów, widząc tego Chłopaka... nie mogłam przejść obojętnie. 

Zgodnie z resztą z oczekiwaniami - przepadłam. Rzadko zdarza mi się (zwłaszcza ostatnio) wsiąknąć w książkę w taki sposób, by nie móc się od niej oderwać i nie robić nic ponad przymus wieczorem, by jak najszybciej wrócić do lektury. Swoją drogą bardzo za tym tęsknię. 

Riley Tanner ma najlepszego przyjaciela, takiego przyjaciela, o którym marzy każda dziewczyna. Jest wspierający, lojalny, uczciwy, godny zaufania, dobry i troskliwy. Jest również najlepszym sportowcem w szkole.
Ich relacja była zawsze nieskomplikowana i ciepła, ale po miesięcznych wakacjach Riley, sprawy się skomplikowały. Zaczęła patrzeć na niego w sposób wykraczający poza strefę przyjaźni. Do tego na drodze pojawia się zainteresowany nią rywal jej przyjaciela i sprawy zaczynają wymykać się spod kontroli…

Riley wraca z wakacji, spotyka Claya na parkingu szkoły, w której właśnie rozpoczyna naukę i największym z kłamstw okładkowych jest stwierdzenie, że ich relacja była nieskomplikowana. O ile z początku pomyślałam sobie, że super mieć przyjaciela, któremu można powiedzieć wszystko w tak oczywisty sposób, tak już pierwsze sceny z udziałem tej dwójki sugerują, że niewiele jest... przyjaźni w tej przyjaźni. Ona rzuca mu się na szyję, on robi jej malinki, by "oznaczyć swój teren". Nie trzeba być jednak jasnowidzem, by wiedzieć, że ta dwójka ma się ku sobie. 

O ile z początku wydawało mi się to wszystko słodkie w taki oczywisty, nastoletni sposób, tak bardzo szybko nadmiar tej słodyczy zaczął wywoływać mdłości. Z przykrością stwierdzam, że jest to chyba opinia większości czytelników (sądząc po recenzjach), a szkoda, bo Chłopak, który wiedział o mnie wszystko mógłby być naprawdę wartościową powieścią o miłości, zaufaniu czy sile relacji, gdyby nie to, że przez pierwsze sto pięćdziesiąt stron jest fajnie, przez kolejne mdło przez zasłodzenie, a następnie ta grupa nastolatków (bo jednak są tam inni bohaterowie!) ma bardzo dorosłe problemy, z którymi normalnie ludzie w tym wieku nie muszą się mierzyć ani dawać sobie rady, a jednak Riley i Clay nie tyle stają na wysokości zadania, co bez chwili zastanowienia znajdują rozwiązania w sprawach, z którymi w rzeczywistości nikt by się w taki sposób i w takim czasie nie uporał. Swoją drogą, niby nie chodzi tu tylko o tę dwójkę, ale odłożyłam tę książkę i z pewnością jedynym, co za jakiś czas będę z niej pamiętać, to wzajemne ślinienie się do siebie głównych bohaterów.

Trochę się zawiodłam. Przede wszystkim mocno przerysowanymi wątkami miłości i dojrzałości, która wzięła się z powietrza. Jest to powieść napisana fajnym językiem, ale rozwleczona zbyt mocno i zbyt infantylnie (choć sytuacje w niej opisane wcale takie nie są), by przeczytać ją tak, jak pierwotnie myślałam, że ją przeczytam - z zapartym tchem w ciągu jednej czy dwóch nocy. A naprawdę sądziłam, że tę noc zarwę, żeby się z nimi nie rozstać! Niestety później odłożyłam książkę żeby jakoś tę cukierkowatość przetrawić... Jestem niemal pewna, że gdyby skrócić tę powieść o połowę - byłby to bestseller. A tak, no cóż...

08:07:00

Krótka historia o miłości według Sparksa

Krótka historia o miłości według Sparksa
  
Sparks, ah!, Sparks - chciałoby się powiedzieć. 

Współczesny pisarz amerykański, którego książki ukazują się dziś w 33 językach. Serca czytelników podbił swoją pierwszą powieścią "Pamiętnik" (1997). Kolejne - "List w butelce" (1998), "Jesienna Miłość" (1999), "Na Ratunek" (2000), "Na Zakręcie" (2001), "Noce w Rodanthe" (2002), "Anioł Stróż" (2003) przez wiele miesięcy nie schodziły ze światowych list bestsellerów. (...) *

Trzydzieści trzy języki niezaprzeczalnie robią wrażenie. Doskonale zdajemy (my - czytelnicy) sobie sprawę z tego, że po powieści tego autora sięgają (głównie) kobiety w naprawdę różnym wieku - od nastolatek po ich prababcie. Sięgają i płaczą, a następnie oglądają ekranizacje i... dalej, tudzież znów, płaczą. 


Wspomniałam nie raz, że o ile lubię filmy na podstawie powieści Sparksa, tak szczerze nie lubię jego książek. Przy okazji jakiegoś komentarza wyznałam też, że może to być spowodowane czasem, jaki trzeba poświęcić, by zapoznać się z daną historią. Jakkolwiek brutalnie to brzmi - film to tylko dwie godziny. Niestety, ale mnie wersje papierowe tych wyciskaczy łez (biorąc pod uwagę te, po której sięgałam) zupełnie nie przekonują. 

Myślę, że to jest tak - spośród jedenastu ekranizacji nie widziałam jednej, ostatniej. Spośród książek sięgnęłam po siedem. Niekiedy przed, niekiedy po, a innym razem bardzo długo po obejrzeniu filmu. O ile możliwe są dla mnie (ba! sprawiają przyjemność) dwie godziny skupienia uwagi wokół schematycznych bohaterów, których charaktery "urozmaicane" są różnymi historiami ciągnącej się za nimi przeszłości, kiedy widząc na ekranie napis "Na podstawie powieści Nicholasa Sparksa" jestem pewna zakończenia - o tyle trochę szkoda mi czasu na czytanie powieści, która zaczyna mnie nudzić po drodze. Nie ujmuję autorowi bynajmniej umiejętności wyrażania myśli i przekazywania emocji. Może jestem po prostu za mało romantyczna? Jakkolwiek by to jednak określić, ciężko jest mi wytłumaczyć tę dziwną zależność pomiędzy - powiedzmy - miłością do filmów i - powiedzmy - znudzeniem do książek. Przecież to te same  historie. Wiem, wiem! To wcale tak nie działa. 


Wydaje mi się, że pierwszym z filmów na podstawie tych powieści z jakim miałam do czynienia wcale nie był Pamiętnik, ale Szkoła uczuć. Cicha osobowość Jamie, niosącej serce na dłoni i dobry charakter Landona, który za bardzo chciał się pokazać, bynajmniej w żaden sposób nie popchnęły mnie do czytania książki za pierwszym, drugim czy piętnastym razem (może przesadziłam, ale niezbyt wiele). Sięgnęłam po Jesienną miłość w ubiegłym roku, zupełnie przez przypadek, kiedy koleżanka przyniosła mi ją mówiąc, że jest warta uwagi. Trochę się boję polecanych książek, ale kiedy stosik przy łóżku nieco się uszczuplił, przyszedł czas i na tę pozycję. I zrobiło mi się trochę przykro, że tak głęboka historia została w rzeczywistości opowiedziana w zupełnie inny, zdawkowy (!) sposób, tak bardzo ujmując jej... charakteru. Tak, to chyba dobre określenie. Zdaję sobie przy tym sprawę z tego, że jeśli - w przeciwieństwie do mnie - nie zaczynacie od końca, czyli od filmów (kiedyś o tym pisałam: o, tutaj) - sposób odbioru może być zgoła inny. No, niestety, mój jest taki. 

Chyba na instagramie wspomniałam niedawno, że Sparks jest jednym z tych autorów, którego albo się kocha, albo nienawidzi. I że tutaj nie ma półśrodków. Myślę sobie teraz, że chyba coś w tym jest. Czytelnicy oceniają jego książki trochę na podstawie poprzednich przeczytanych, ale ilekroć pytam swoją Rodzicielkę jak podobała jej się kolejna mówi przecież, że choćby nie należała do najlepszych nie przestanie szukać. 

Wiecie, prawdę mówiąc, mnie się już nie chce. Odkładałam swego czasu jedną, żeby sięgnąć po kolejną, ale po drodze zdałam sobie sprawę z tego, że czytanie książek nie ma być poszukiwaniem tego, co inni widzą w polecanych powieściach, ale przyjemnością samą w sobie, dla mnie samej. I takim sposobem, kiedy najdzie mnie chęć obejrzenia lekkiego, acz pięknego filmu, szukam ekranizacji. Kiedy szukam niezbyt ciężkiej, ale emocjonalnej książki... omijam nazwisko. I myślę sobie, że pogadać o poglądach zawsze jest fajnie, ale usilnie próbować kogoś (lub samego siebie) przekonać, to już kompletnie bez sensu. I tyle.

* filmweb

11:11:00

Dziecko Rosemary (2014) - nowa odsłona klasyka

Dziecko Rosemary (2014) - nowa odsłona klasyka

Dziecko Rosemary to klasyka gatunku, którą widziałam niezliczoną ilość razy, a którą wciąż oglądam poznając na nowo. Siedząc przed telewizorem w miniony weekend, czego szczerze nie lubię robić, natrafiłam na remake z 2014 roku. Miałam kiedyś pomysł opowiadać Wam o starszych książkach i filmach, czego ostatecznie nie robię zbyt często (żeby nie powiedzieć, że nie robię wcale), ale obok tej produkcji nie mogę przejść obojętnie. 

Rosemary z 1968 roku w reżyserii Polańskiego zdobyła sześć nagród - w tym Oscara i dwa Złote Globy - i dziewięć nominacji. Na ogół omijam oscarowe filmy szerokim łukiem, ale tym razem sądzę, że była to zdecydowanie zasłużona nagroda. Rozumiem też, że wraz z upływem czasu ktoś postanowił nieco tę produkcję unowocześnić. Problem chyba w tym, że klask winien jednak zostać klasykiem... 

W tym momencie wartym zauważenia jest to za co uwielbiam „Rosemary’s Baby” Polańskiego. Jest to fakt, jak bardzo pętla zacieśnia się na szyi Rosemary, a co za tym idzie – samego widza. Napięcie rośnie bardzo powoli, systematycznie i prawie niezauważalnie, ale w trzecim akcie, od momentu pogrzebu, widz siedzi jak na szpilkach, kibicując bohaterce w jej poczynaniach wyswobodzenia się z uroku i wpływu bliskich jej osób. Perfekcyjna robota, doskonale podbita przez muzykę oraz celnie poprowadzone ujęcia, czy przejścia między scenami. Ważnym elementem siły wersji Polańskiego jest też fakt, jak wiele ważnych rzeczy dzieje się tutaj poza kadrem, nastawiając siłę wyobraźni widza na najwyższe obroty. Poprzez sugerowanie rozwiązań zamiast pokazywanie ich wprost, reżyser sprawił, że wyobraźnia widza przejmuje część pracy, a jak wiadomo – mózg każdego z nas jest w stanie wymyślić gorsze scenariusze niż to, co pokazane nam zostało na ekranie. Wspaniałe dzieło, do którego chce się wracać. 

 
Chciałabym w tym momencie powiedzieć, że nic dodać nic ująć. Niezbyt często zgadzam się z recenzjami w sieci, zwłaszcza odnośnie tych filmów, które naprawdę mi się podobają. A jednak tutaj mogłabym się oburącz podpisać. Chyba już o tym wspomniałam?

Remake'i mają to do siebie, że coś zawsze zostaje ucięte, zabrane, zburzone. Nie ujmując grze aktorskiej Zoe Saldanie i Patrickowi J. Adamsowi sądzę, że ten film zrobiony jest dużo gorzej. Przedstawienie postaci (teoretycznie) bardziej adekwatnie do naszych czasów zabrało Guy'owi stanowoczść (nagle bardziej przekonuje żonę do wyboru innego rozwiązania niż nakazuje zrobić tak, jak według niego będzie lepiej), a Rosemary - zdecydowanie - swoistą wrażliwość i umiejętność sprawienia, że widz wczuwa się w to co widzi. Warto przecież przypomnieć, że Dziecko Rosemary to nie tylko horror (czy thriller, jak widzę opisano jedną z tych wersji na filmwebie), ale również produkcja mocno psychologiczna, którą trzeba poczuć i zrozumieć. Ponadto ten film z założenia od początku miał być tylko serialem i podobnie jak w wielu innych tego typu przypadkach - to widać. Zdecydowanie inaczej zbudowano tutaj napięcie i inaczej poprowadzono wątki osobowościowe bohaterów (czy to jest dobre określenie?).


Wydaje mi się, że nie da się tego filmu obejrzeć nie porównując do poprzednika. Nie czytałam książki, co z całą pewnością ułatwia mimo wszystko odbiór, a jednak mam świadomość różnic pomiędzy tymi trzema (strach pomyśleć co faktycznie dzieje się w serialu, czy ktoś z Was może go oglądał?).

Podsumowując to chcę powiedzieć, że jeśli nie znacie tej historii w wersji kinowej to polecam jednak produkcję pierwotną - Polańskiego. Jeśli tamtą już znacie, nie zaszkodzi - trochę dla porównania - zobaczyć tej. Niemniej jednak, nie jest to najlepszy remake. Z drugiej strony sądzę, że mały który naprawdę jest udany, więc może wcale nie jest tak źle?



źródło zdjęć: grafika google

13:57:00

Sherri Smith - Spacer na krawędzi

Sherri Smith - Spacer na krawędzi
 
Co z pewnością udało Wam się zauważyć na przestrzeni ostatnich kilku lat tego bloga, nie jestem wielką fanką thrillerów. Właściwie nie wiem dlaczego. A może to złe określenie? Może powinnam powiedzieć po prostu, że nie sięgam po nie zbyt często. Ale kiedy już sięgam, nie czuję się jednak zawiedziona. 

Spacer na krawędzi jest jedną z tych książek, o której przedpremierowo dużo się mówiło w blogsferze. Mówiło w większości dobrze, więc kiedy "wpadł mi on w ręce", nie mogłam go nie przyjąć.

Przed laty Mia uciekła z miejsca, którego nigdy do końca nie potrafiła nazwać domem. Brak perspektyw, samotność, uzależnienia i wieczne stanie w miejscu sprawiły, że mimo upływu czasu wciąż postrzega Wayoaty - krainę jabłek, kukurydzy, ale też dilerów narkotykowych i ludzi gotowych zabić, byle tylko ich sekrety nie wyszły na jaw - w ten san sposób - szary, smutny, zatrzymany w czasie. Kiedy zostaje wezwana na przesłuchanie w sprawie, w której został oskarżony Lucas, nie zastanawiając się zbyt długo jest pewna, że to niemożliwe, jej brat nie zrobiłby czegoś podobnego. Ale gdy wraca do domu, do kawalerskiego chaosu, gdy po rozmowie z przyjacielem Lucasa okazuje się, że nie jest on wcale ułożonym, przykładnym facetem z poukładanym życiem...  

Widząc postawę policji i przekonanie, że Lucas jest winny zarzucanego mu morderstwa, Mia bierze sprawy w swoje ręce i postanawia "podsunąć im innego podejrzanego", znaleźć faktycznego sprawcę śmierci nastoletniej Joanny. Prowadzi śledztwo na własną rękę, ale im głębiej drąży temat, tym bardziej ktoś próbuje ją powstrzymać. Walka o prawdę staje się równie niebezpieczna, jak spacer nad przepaścią, w którą ktoś próbuje nas zepchnąć. * Czas ucieka, a sprawa staje się coraz bardziej skomplikowana...

Z początku pomyślałam sobie, że Mia jest jedną z tych irytujących bohaterek, która przekonana o swojej racji nie da nikomu dojść do głosu. Krótką chwilę później uświadomiłam sobie jednak, że jest przecież siostrą Lucasa, któremu grunt pali się pod nogami i cokolwiek naprawdę się stało, gdziekolwiek znajduje się Lucas i dlaczego zniknąć, stanie za nim murem - na tym przecież polegają więzy rodzinne. 

Sherri Smith zbudowała ciekawych bohaterów, dając nam szansę na faktyczne przeżycie tej historii dzięki pierwszoosobowej narracji Mii. Nie jest to powieść pędząca "na łeb na szyję", w której czytelnik się zgubi, ale zdecydowanie przemyślana fabuła dla tych mniej i bardziej wymagających czytelników (thrillerów). W dodatku, co jest ogromnym plusem tej książki, naprawdę szybko się ją czyta i choć niekiedy nie brzmi to najlepiej - jest trochę jak film, w który wciągasz się, zajadasz popcorn i nim się obejrzysz, lecą napisy końcowe. I! Co najważniejsze. Po pierwszych pięćdziesięciu stronach wciąż nie wiadomo, co się wydarzyło (mówię o tym dlatego, że tak prowadzona fabuła jest chyba najbardziej irytującą, zwłaszcza w tego typu książkach).

* opis z okładki

11:17:00

Sonia Belasco - Mów do mnie

Sonia Belasco - Mów do mnie
 
Trochę to trwało, ale jest ze mną dzisiaj "Mów do mnie" Sonii Belasco. Czytałam ją dość długo, w międzyczasie robiąc inne rzeczy, ale skoro już od tego zaczynam to... Albo, zaraz. 

Mam tak przynajmniej dwadzieścia razy dziennie. Robię coś albo coś mówię, albo coś widzę i mam ochotę wysłać pocztówkę do tego miejsca bez adresu, w którym teraz przebywasz: „Szkoda, że Cię tu nie ma”.
Nie ma dobrych słów, by wyrazić ból po stracie. Nie ma słów, które pomogłyby walczyć z pustką po kimś, kto odszedł.
To dlatego Melanie zaczęła malować. Jej matka była dość ekscentryczną artystką, wspaniałą kobietą. Zmarła przedwcześnie na raka. Melanie maluje, by poczuć jej bliskość.
To dlatego Damon zaczął robić zdjęcia. Carlos, jego najlepszy przyjaciel, był fotografem. Odebrał sobie życie. Damon chce zrozumieć, dlaczego. Wierzy, że przez obiektyw jego aparatu zobaczy świat oczami Carlosa.
Dla obojga sztuka to terapia, światło nadziei w trudnym powrocie do normalności.
Spotykają się podczas prób do szkolnej wersji Otella. Mają ze sobą wiele wspólnego, coraz dłuższe rozmowy przynoszą obojgu ulgę. Przekonują się, że czasami wystarczy, by ktoś nas wysłuchał, bo zainteresowanie życzliwej osoby to najlepsze lekarstwo na smutek.

Do rzeczy - jeśli mam być szczera, naprawdę trudno mi było zacząć. I pisać (bo zaczynam to zdanie czwarty raz) i czytać, kiedy pewnego wieczoru wzięłam tę książkę do ręki i czułam, że oto nadszedł jej czas. Lubię historie ze sztuką w tle - muzyką szczególnie, ale nie gardzę ani fotografią ani malarstwem. A jeśli dodać do tego choć odrobię psychologii to wydawało mi się, że to będzie coś dla mnie. Z ręką na sercu - nie przypominam sobie, by w jakiejkolwiek inne książce (choć teraz pomyślałam o Zmierzchu) jakiś bohater irytował mnie tak bardzo, jak robił to Damon. Odniosłam wrażenie, że autorka nie do końca potrafi stworzyć postać nastolatka, chłopaka, bo w przypadku Malenie poszło to znacznie lepiej. Problem polegał na tym, że książka jest przepleciona narracją raz jednego, raz drugiego bohatera. 

Choć z drugiej strony, kiedy już naprawdę postarałam się nie patrzeć na Damona jako na nastolatka, u którego co drugie słowo to stary (niewyobrażalnie mnie to irytuje w życiu, w książkach widocznie też) wydaje mi się, że on z czasem dojrzał. Bo o ile z początku ciężko mi było przebrnąć przez jego rozdziały, w którym jedynym światełkiem była zbliżająca się narracja Mel, którą dla odmiany polubiłam - później ta granica trochę się zatarła. 


Dla nikogo chyba nie będzie zaskoczeniem, że tę dwójkę ciągnie do siebie znacznie więcej niżeli to, że oboje kogoś stracili... Trochę naiwny romans dwójki młodych ludzi, którzy zdają się dopiero poznawać to, co może się wydarzyć, kiedy dwoje ludzi zaczyna odczuwać pewnego rodzaju pożądanie (nie tylko fizyczne, a może przede wszystkim nie takie?). 

Oboje są młodzi, oboje skrzywdzeni, oboje tęsknią i oboje przed światem udają, że wcale tak nie jest. Damon chowa się za aparatem, Melanie tysiącem kolorów próbuje zatuszować swoją szarość. Na pozór (niekiedy nazbyt) pewni siebie, w rzeczywistości wyciszeni i samotni... Myślę, że momentami oni są samotni nawet będąc razem, dość długo ukrywając przed sobą prawdziwe ja. 

Przeczytałam w jakiejś recenzji, że to książka z dużym potencjałem, którego autorka nie wykorzystała. Niestety się z tym zgadzam, podobnie jak z opinią, że sposób przedstawienia bohaterów trochę uniemożliwił wczucie się zarówno w nich, jak i ich emocje. 

Nie powiem, że zawiodłam się jakoś szczególnie... ale oczekiwałam czegoś bardziej, hm, porywającego. W kontekście książki o żałobie naprawdę nie brzmi to dobrze, ale chcę powiedzieć, że nastawiałam się na to, że będę z nimi płakać i przeżywać z nimi to, co ich od środka zabijało. Niestety nic takiego się nie stało.

Zapraszam na facebooka i instagrama - szczególnie na tym drugim zdecydowanie jest mnie więcej! :)


13:39:00

Linda Bleser - Dom łez

Linda Bleser - Dom łez

Naczytałam się o tej książce tylu cudownych słów, że kiedy tylko stanęłam przed możliwością przeczytania - nie mogłam przejść obojętnie. 

Każdego dnia dokonujemy wielu wyborów. Czasami chodzi o jakiś drobiazg, czasami o coś naprawdę istotnego.
Większość wyborów nie powoduje wielkich zmian w naszym życiu. Są jak małe gałązki, które wplatają się w inne. Co innego podejmowanie ważnych decyzji, które powodują rozwidlenie naszej rzeczywistości, tak jak u drzewa, gdy z pnia wyrastają dwa konary.
Życie toczy się dalej, ale w dwóch różnych kierunkach. W jednej rzeczywistości jesteś tą, która coś zrobiła, a w drugiej, równoległej, tą, która czegoś nie zrobiła.
Bo przecież każdy ma swoje „co by było, gdyby…”, prawda? I nigdy nie można przewidzieć, która decyzja będzie słuszna, a która nie. Dopiero później, patrząc wstecz, można osądzić, co z tego wyszło.
Opowieść o kobiecie, która dostała od losu niezwykłą szansę, by sprawdzić, jak wyglądałoby jej życie, gdyby dokonała innych wyborów.

Jenny poznajemy w dzień jej 13 urodzin. Powiedziałabym, że to zwyczajna nastolatka, pełna marzeń i przekonana, że oto stoi u progu okresu, który uwolni ją od etykietki dziecka a uczyni z niej prawie-dorosłą... ale to nie do końca prawda. Jenny jest młodziutką nastolatką, właściwie jeszcze dzieckiem, zostawionym trochę samej sobie, zobowiązanym do opieki nad młodszą siostrą. Ma plany i marzenia, ma kilka postanowień i głowę pełną pomysłów. I mamę, poetkę, której zawód i osobowość rzutują na życie całej rodziny. 

Jenny ma 13 lat tylko przez chwilę, kiedy chcąc rozpocząć dzień, który ma zmienić jej życie, widzi matkę w kałuży krwi. Widzi po raz ostatni. 

Nie potrafię opowiadać Wam fabuły książek o tyle, że boję się powiedzieć zbyt wiele. Niemniej jednak samobójstwo matki rzutuje na całej tej powieści i sprawia, że Jenny jest jaka jest i przeżywa... co przeżywa. Wrażliwa, zamknięta, wciąż pełna marzeń, choć zabrakło wiary. 


Nie jestem fanką tego typu książek. Prawdę mówiąc, co możecie tutaj zauważyć, sięgam raczej po historie z wątkiem psychologicznym, obyczajówki i pozycje z półek dla nastolatków, choć stosunkowo dawno temu wyszłam już z tego okresu. Dlaczego więc, choć minęło trochę czasu od kiedy odłożyłam tę książkę na półkę, wciąż w jakiś sposób ją przeżywam? (dlatego też nie napisałam tej recenzji od razu) 

Linda Bleser zafundowała nam historię, która w całej swej niewiarygodności jest prawdziwa. Poza Jenną na pierwszym planie, pełną żalu i smutku, mamy też jej siostrę Cassie, która z początku wydawała mi się trywialną dziewczynką (którą de facto po drodze przestała być) i wybory, przed którymi sami stajemy niejednokrotnie, a które nam samym nie zawsze wydają się aż tak ważne. 

"Wsiąknęłam" w tę historię niczym w rozmowę z dobrą koleżanką i trochę przypomniały mi się czasy spędzone przed komputerem przy opowiadaniach, które wbrew pozorom swego czasu stanowiły naprawdę wartościowy element literatury (o ile mogę to tak określić). 

Mówiłam Wam już niejednokrotnie, że boję się wysoko ocenianych książek z prostego powodu - że przyniosą zawód. Z ręką na sercu chyba pierwszy raz w życiu nie zmęczyła mnie powieść, o której wielu ludzi tak dobrze mówiło. Polecam. Zwłaszcza, że zajmie Wam ona góra dwa wieczory, bo naprawdę pochłania się nią zamiast czytać.

12:49:00

Karen Kingsbury - Każdy powszedni dzień

Karen Kingsbury - Każdy powszedni dzień

Hej cześć! 

Pierwszą książką, po którą udało mi się sięgnąć w tym roku jest Każdy powszedni dzień Karen Kingsbury, czym zresztą dzieliłam się z Wami na istagramie (@mellodx). Zdaję sobie sprawę z tego, że wielu z Was ma na swoim koncie już kilka pozycji w tym roku, alee... Cóż, nie będę robić wymówek braku czasu, weny czy czegokolwiek podobnego, po prostu mi się nie chce, tyle. Przez krótką chwilę w ubiegłym roku zastanawiałam się nad wyzwaniem 52 książek, ale zrezygnowałam z pobłażliwym uśmiechem stwierdziwszy, że super jeśli Wam się to udaje i szczerze Wam kibicuję, ale jest to poza moim zasięgiem. Dobrze czy źle, to nieistotne w tej chwili. Nie robię postanowień noworocznych ani list planów, ale jeśli mogę coś teraz powiedzieć - to chcę po prostu czytać. Ja poprzednio, jak dwa lata temu. Nieważne jak, gdzie i ile. Ważne co. Mam nadzieję, że same dobre pozycje :) 

Wracając do Pani Kingsbury. Każdy powszedni dzień to moja biblioteczna zdobycz stycznia, która od samego początku trochę mnie przeraziła. Podobno nie wszyscy czytają wstępy, przedmowy i dedykacje, ale ja to lubię - elementy autora zawarte w książkach w tak jasny sposób są cudowne! Niemniej jednak tutaj... trochę za dużo Boga w książce, w której się go nie spodziewałam. Słyszałam o tej autorce wcześniej, jednak dopiero po spotkaniu z tą lekturą chciałam coś o niej przeczytać. I jedną z pierwszych rzeczy, które udało mi się wyszukać było to, o czym sama już zdążyłam się przekonać - zawiera w swoich powieściach dużo odniesień do wiary i religii. 

Powszedni dzień Aarona Hilla, młodej gwiazdy futbolu, to sława, krzyczące tytuły gazet, bogactwo i luksus, szalone powodzenie u kobiet. Pewnego dnia na jego drodze staje ośmioletni Cory, chłopiec z ubogiej dzielnicy San Francisco, po śmierci matki wychowywany przez jej przyjaciółkę Megan. Z determinacją walczy ona każdego dnia o zapewnienie bytu rodzinie, całym sercem oddana charytatywnej pracy na rzecz osieroconych dzieci... Co wyniknie ze zderzenia tych dwóch, tak odmiennych światów? Jaką rolę w życiu Aarona odegra jego starszy kolega z drużyny, Derrick Anderson? Co okaże się w życiu najważniejsze?
Pozwólcie, że nie będę odnosić się do tematyki tej książki, ale powiem to w trochę inny sposób. Myślałam, że sięgam po pozycję dobrą na odmóżdżający wieczór, która nie będzie ode mnie za dużo wymagać i którą pochłonę niczym filmy robione na bazie schematu biedna dziewczyna i kapitan drużyny. Niczego tym filmom nie ujmując, bo są i wśród nich takie, na które warto poświęcić chwilę. Trochę mi szkoda tych bohaterów, ich zagubienia i wszystkiego, co tak naprawdę doprowadziło ich do momentu, w którym się znaleźli. Myślę też, że rozminięcie się moich oczekiwań względem tej książki z jej faktyczną treścią świadczy o niej całkiem dobrze.

Jakiś czas temu zaczęłam się zastanawiać czy mówienie Wam, że książka jest napisana w ciekawy sposób, zachęcający do wnikania w nią głębiej naprawdę ma sens w momencie, kiedy są to pozycje zagraniczne, przetłumaczone na język polski. Może nie do końca, ale z drugiej strony - dobry tłumacz nawet z Greya nie zrobi arcydzieła ;) 

W każdym razie - momentami denerwująca swoją trywialnością powieść okazała się całkiem dobrze napisaną historią wielkiej wiary, odnoszącą się nie tylko do religii (w przedmowie są podziękowania za listy uświadamiające ludziom, że Bóg faktycznie nad nimi czuwa, ale nad tym nie chcę i nie będę się rozwodzić), ale do wiary małego chłopca, która zaważyła na losach bohaterów. Czytając w sieci recenzje (lubię to robić zanim skończę pisać swoją) spotkałam się ze średnią oceną, ale cudownymi opiniami, które "zmuszają człowieka do głębszych przemyśleń" i... podziękowania!

Z początku pomyślałam sobie, żeby napisać Wam: jeśli mam być szczera, prawdopodobnie nie sięgnę po nic innego pani Kingsbury. kiedy doszłam do końca uznałam, że właściwie - hej, dlaczego nie? Z całą pewnością nie jedna powieść za drugą, ale będę tę Panią ciepło wspominać. I na tym zakończę.
Czytaliście (cokolwiek tej autorki)? :)

// + zaangażowałam się w pewien projekt, który wymaga ode mnie skupienia większej uwagi na obecności w sieci, a zaraz za tym, podczas spaceru wczoraj wieczorem pomyślałam sobie, że miało mnie być tutaj więcej i w innej formie, więc obiecałam sobie, że teraz naprawdę się postaram. Nie powiem, że "nowy rok - nowa ja", bo nawet w tej chwili głupio uśmiecham się pod nosem, ale powiem Wam, że przecież mam pomysł, a ponoć brak czasu to żadna wymówka. I tego będę się trzymać. Mam cały stos pozycji nieprzeczytanych, który wciąż rośnie, a ja za tym czytaniem naprawdę tęsknię. Na instagramie też staram się pojawiać codziennie. I chyba zaprzyjaźnię się ze story. Zapraszam @mellodx :)

19:08:00

Sheena Kamal - Nieobecna

Sheena Kamal - Nieobecna

Szczerze mówiąc - sięgnęłam po tę książkę głównie dlatego, że wszyscy ją czytali. Na ogół kiepsko na tym wychodzę, ale skoro Nieobecna jest inna (od wszystkich idealnych związków, które to na ogół zachwycają), to może tak nie będzie. No ale...

12:38:00

Colleen Hoover - Ugly love

Colleen Hoover - Ugly love


Po pierwszym spotkaniu z Colleen Hoover, w ubiegłoroczne wakacje bodajże, postanowiłam sięgnąć po coś więcej. Przy okazji Maybe Someday wspomniałam Wam, że bardzo spodobał mi się styl autorki, a że pochłonęłam tę książkę w trybie ekspresowym, niemal od razu zamówiłam coś innego. Trochę wody upłynęło zanim zdecydowałam się po nią sięgnąć, ale - oto jest, Ugly love. 

11:48:00

Joshua Levine - Dunkierka

Joshua Levine - Dunkierka

Wydaje mi się, że przez te kilka lat prowadzenia bloga nie miałam okazji jeszcze powiedzieć Wam jednej rzeczy - lubię literaturę wojenną. Niewątpliwie największe zainteresowanie tym gatunkiem przechodziłam w ubiegłym roku, pochłaniając jedną po drugiej Prawdziwe historie wydawnictwa Znak - Wojenne dziewczyny, Dziewczyny z powstania, Ostatnie dni dyktatorów... Tyle, że zasiadając przed tego typu lekturą, a później odkładając ją na półkę skończywszy, ciężko ubrać mi myśli w słowa i wydaje mi się, że o żadnej z nich nigdy Wam nie opowiedziałam. A może powinnam. Może przyszedł na to czas, kiedy emocje opadły. (o ile można tak powiedzieć?) 

13:33:00

Sarah Morgan - Zachód Słońca w Central Parku

Sarah Morgan - Zachód Słońca w Central Parku

Przychodzę do Was dzisiaj z jedną z nowości od wydawcnictwa Harper Collins, jaką jest Zachód Słońca w Central Parku autorstwa Sarah Morgan. Książka przyszła do mnie dwa tygodnie temu i choć zaczęłam czytać ją niemal od razu... minęło trochę czasu zanim do niej wróciłam. Niemniej! Wcale nie dlatego, że była nudna. Ale o tym zaraz.

08:28:00

Kristy Moseley - Chłopak, który o mnie walczył

Kristy Moseley - Chłopak, który o mnie walczył

Podchodzę do recenzji tej książki trzeci raz i wierzcie mi, że naprawdę ciężko mi ją napisać. Po pierwsze - powielę przeczytane gdzieś zdanie, że ciężko pisze się o kontynuacji, jeśli jest ona napisana na tym samym poziomie co poprzednia część, bo trudno nie powielać słów, które na dany temat już padły. Głównych bohaterów już Wam przedstawiałam, w przypadku właśnie pierwszej części z serii Fighting to Be Free - Chłopak, który chciał zacząć od nowa. Tym razem powiem więc o połowę mniej, żeby nikogo nie zanudzić - Jamie ma za sobą kryminalną przeszłość, nieudaną próbę zaczęcia życia od nowa i... nie ma już nic do stracenia. Przynajmniej na pozór, bo - wydaje mi się - wystarczy na niego spojrzeć, zamyślonego, przesiadującego w warsztacie, od którego wszystko się zaczęło, wbijającego wzrok w pustą przestrzeń, żeby dostrzec w nim...

17:41:00

Kirsty Moseley - Chłopak, który chciał zacząć od nowa

Kirsty Moseley - Chłopak, który chciał zacząć od nowa

Mam nieco mieszane uczucia w kwestii tej książki. Głównie dlatego, że kiedy zaczęłam ją czytać (i tak naprawdę trwało to dość długo) w rozmowie z K. porównałam ją do Greya mówiąc, że tak oto mam przed sobą, zamiast porno dla mamusiek, duszno dla nastolatek. I jakkolwiek chciałabym uciąć to porównanie na samym początku tak nie mogłam... prawie przez połowę książki. Ale zacznę od początku. 

13:41:00

Bridget Asher - Pożyczona miłość

Bridget Asher - Pożyczona miłość
Ile razy wspomniałam w ciągu minionych miesięcy o swoim kryzysie czytelniczym i próbach powrotu do pozycji różnego rodzaju - od tych lekkich, nie zmuszających do myślenia, przez te naprawdę trudne, które wywoływały łzy, do tych, po które zawsze chciałam sięgnąć... a jakoś nie było mi po drodze? Efekty tych poszukiwań są różne, co z resztą mogliście zobaczyć. Częściej ostatnio oglądam filmy niż sięgam po książki, ale z szukania czegoś dla siebie nie rezygnuję absolutnie i staram się sięgać po wszystko, co może być albo ciekawe, albo odrywające od codzienności... i tak trafiłam na widoczną obok Pożyczoną miłość autorstwa Bridget Asher.

Historia jakich wiele w kategorii romansów: ona - raczej przeciętna z wyglądu, trochę zamknięta w sobie, trochę wycofana, choć na pozór otaczająca się ludźmi; ma w swoim otoczeniu dwie kobiety, które nazywa przyjaciółkami, a które nijako nie wpisują się w moją definicję "przyjaźni" przez powierzchowność tej relacji. Ona - żona lekarza, zakochana, szczęśliwa... I on - atrakcyjny, przyciągający spojrzenia, pewny siebie... A oni - co tu dużo mówić, zakochani w sobie wiele lat temu, a może nie tylko wtedy. I pewnego wieczoru, na imprezie u jej przyjaciół postanowili przed jego umierającą matką udawać małżeństwo...

14:41:00

Cathy Glass - Mamusiu, wróć

Cathy Glass - Mamusiu, wróć
Zbieram się do recenzji tej książki od  tygodnia... i myśli wciąż nieskładnie krążą mi po głowie. Jeśli mam być szczera, to sięgnęłam po nią trochę "przez pomyłkę". Wiecie już jak lubię serię Prawdziwych Historii spisanych przez Casey Watson, ale przygodę z czytaniem tego typu książek jakiś czas temu zaczęłam dzięki Cathy Glass i będąc w bibliotece pomyliłam te dwa nazwiska.

11:31:00

Sarah Dessen - Coś świętego

Sarah Dessen - Coś świętego




Autor: Sarah Dessen
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Tłumaczenie: Barbara Budrecka
Data wydania: wrzesień 2016
Liczba stron: 384

Sydney przez całe życie czuła się niewidzialna. Zawsze przyćmiewał ją starszy brat - obiekt dumy i uwielbiania rodziców. Pozostawiona sama sobie, szuka akceptacji u znajomych.

Pewnego dnia zaprzyjaźnia się z rodziną Chathamów: z Laylą, która zawsze wybiera niewłaściwych chłopaków, utalentowaną Rosie, która z własnej winy przegrała wielką szansę, a także ich matką, która mimo ciężkiej choroby jest oparciem dla wszystkich. Ale to Mac, starszy brat Layli - spokojny, zrównoważony i opiekuńczy - sprawia, że Sydney rodzi się na nowo. Wreszcie czuje, że ktoś naprawdę ją dostrzega.

Moje pierwsze spotkanie z panią Dessen miało miejsce wiele lat temu, kiedy moja mama zaczęła zamawiać książki (co wtedy nie było tak popularne; ba! chyba nie mieliśmy wtedy w domu internetu). Wtedy też, od Posłuchaj mnie (link do recenzji) zaczęła się moja przygoda z czytaniem ambitniejszych książek. Ambitniejszych o tyle, że ta książka wniosła do mojego życia pewnie więcej niż wszystkie części Pamiętników księżniczki razem wzięte, które wtedy pochłaniałam. 

Kiedy więc dostałam z wydawnictwa Harper Collins propozycje książek do recenzji na wrzesień - nie wahałam się ani przez chwilę widząc to znajome nazwisko, zwłaszcza że sięgnąć po kolejną książkę tej autorki chciałam już od dłuższego czasu. Szła dość długo (na tyle długo, że myślałam, że już jej nie dostanę), aż w końcu trafiła w moje ręce i zostawiłam trzy inne, za które się zabrałam... i oto jest, Coś świętego.  

Sydney jest nastolatką, która jak na moje oko, dość długo wcale nie była nieśmiała ani zamknięta w sobie. Popularna w szkole, z gronem przyjaciółek u boku, dobra uczennica, lubiana przez nauczycieli... tylko poza szkołą było gorzej. Faktycznie to jej brat, Peyton, był pupilkiem nie tylko rodziców, ale i większości ludzi, którzy spotykali jej rodzinę w komplecie. Jego wielki portret wiszący na wprost wejścia do domu, wszystkim rzucający się w oczy, zapatrzenie matki w idealnego syna, nawet kiedy wylądował w więzieniu... 

Sytuacja zmienia się, kiedy kierowana wyrzutami sumienia za czyny brata i brak skruchy w postawach rodziców Sydney zmienia szkołę. Poznaje w niej Laylę, która nagle - jako pierwsza osoba, z którą ta pierwsza ma do czynienia - rozumie co ona czuje. Jedni mówią, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Inni - że poznaje się ich po tym, jak znoszą nasze szczęście. Ja myślę, że cokolwiek by nie mówić, tym prawdziwym przyjacielem może okazać się ktoś, na kogo w pierwszej chwili nie zwracamy uwagi, bo "nie pasuje" do standardu życia ludzi, którymi otaczaliśmy się od zawsze. 

Nie lubię i nie chcę opowiadać Wam o fabule, bo trochę mija się to z celem. Możecie sobie przeczytać bardziej rozbudowane pod tym względem recenzje, które można znaleźć w sieci albo.... zwyczajnie sięgnąć po książkę i sami wyrobić sobie zdanie. A myślę, że warto. 

Przy pierwszym spotkaniu z panią Dessen polubiłam jej styl - przystępny dla czytelnika bez względu na wiek. Wydaje mi się, że polubiłam go dziesięć lat temu, będąc właśnie o te dziesięć lat młodszą, lubię go dzisiaj i moja mama, na przestrzeni tej dziesięcioletniej różnicy - też go lubi. A to całkiem dobry znak, prawda? Chociaż w samych superlatywach wyrażać się nie chcę, bo było kilka rzeczy, które mnie raziły. Albo - była jedna, dość... obszerna.   

Mianowicie to, że chociaż książkę czyta się dość łatwo i szybko, to można by ją skrócić o połowę. A przynajmniej o jedną trzecią, gdzie Sydney poznaje rodzinę Chathamów i w większości przesiaduje w ich pizzeri rozmyślając nad tym, że matka nie poczuwa się do odpowiedzialności za czyny syna. To wiemy od pierwszych stron i kolejnych sto kręcących się wokół tych samych myśli trochę mnie do tej książki zniechęciło, bo chociaż pomiędzy działo się coś innego, to wszystko sprowadzało się do jednego. A chyba nie chodzi o pomiędzy, ale o spójną całość, która sprawia, że czytelnik chce (i nie chce jednocześnie) przeczytać całość. (a nie chce oczywiście dlatego, że będzie mu szkoda. tak się dzieje w przypadku dobrych książek, czyż nie? ;)) 

Podsumowując - polecam jak najbardziej, bo to nie tylko historia przyjaźni, ale też odpowiedzialności, otwierania się przed ludźmi i poznawania samej siebie. Historia z morałem w tle, nie tylko dla nastolatek. I choć temat jest poważny, to styl pani Dessen lekki, a zestawienie tych dwóch składa się na całkiem dobrą powieść.  Nie wylałam łez, jak robię to przeważnie w przypadku książek, które skradają moje serce. Ale czułam złość i niepokój, a to właśnie odczuwanie emocji wspólnie z bohaterami wpływa na to, że książki się zapamiętuje. 

Moja ocena: 5/6

Za książkę, raz jeszcze, dziękuje wydawnictwu HarperCollins Polska. 

http://www.harpercollins.pl/
 

10:36:00

BOOK TOUR Kasie West - Chłopak na zastępstwo

BOOK TOUR Kasie West - Chłopak na zastępstwo


Autor:  Kasie West
Wydawnictwo: Feeria Young
Data wydania: lipiec 2016
Liczba stron: 400

Przez całe liceum Gia była typem szkolnej gwiazdy. A teraz miała jeszcze fajnego, starszego od siebie chłopaka, o którym tyle opowiadała znajomym, i wszyscy wreszcie mieli go poznać. Ale tuż przed balem maturalnym, podczas którego miała nastąpić prezentacja, już na parkingu, Bradley z nią zerwał. Jak on mógł? Jak mógł postawić ją w takiej sytuacji?! I co tu zrobić, żeby wyjść z twarzą?

Nagle Gia wypatruje w jednym z samochodów nieznajomego, a w jej głowie rodzi się sprytny plan. Przecież nikt nie będzie wiedział, że to nie Bradley, a ona nie okaże się kłamczuchą, która tak bardzo chciała mieć chłopaka, że go sobie wymyśliła…
Co jednak, jeśli przedsięwzięcie wymknie się spod kontroli? W końcu pomysł jest dość ryzykowny…
Skusiłam się na tę książkę dlatego, że chciałam wziąć udział w Book Tour organizowanym przez Martę (klik) przy współpracy z wydawnictwem Feeria Young. Dopiero później pomyślałam sobie, że... no cóż, chyba wyrosłam z "młodzieżowych książek". Ostatecznie w tej chwili jestem skłonna powiedzieć, że nieważne do jakiej kategorii zalicza się książka, ważne, żeby utworzyła się więź pomiędzy nią a czytelnikiem. Ale odkrycie, nie? :D
Czytając opis tej książki można by już wysnuć pierwszy wniosek na temat naszej bohaterki - pozerka. I może trochę, na początku... Albo, może powinnam tak powiedzieć. Ale, tak naprawdę, odebrałam ją w zupełnie inny sposób. Jest szkolną gwiazdą, ma trzy najlepsze przyjaciółki, faceta (w momencie, w którym ją poznajemy) już właściwie nie. I nagle staje oko w oko z nie-idealnym, zwłaszcza w zestawieniu z całym jej życiem chłopakiem, którego obsadza w roli zastępcy Bradleya. Swoją drogą, która z nas nie chciałaby takiemu typowi najzwyczajniej skopać tyłka? No, przyznajmy się teraz, a za chwilę wrócimy do tematu Gii. Każda by skopała!

A z drugiej strony są te jej "przyjaciółki", które doprowadzały mnie do szaleństwa chyba przez całą książkę. I miałam ochotę potrząsnąć Gią i zapytać jak może je nazywać w ten sposób. Może mam inną definicję przyjaźni, tak też mogło się zdarzyć. Generalnie chodzi o to, że one są cztery, w tej ich niby-paczce. Jedna wydaje się tą najlepszą, druga usilnie próbuje Gię z tej grupy wykluczyć, a trzecia... jest, ale jakby jej nie było. Na szczęście poznając Chłopaka Gia poznaje kogoś więcej niż tylko zastępstwo Bradleya i poza odkrywaniem przyjaźni, odkrywa też kim jest naprawdę, kim chce być. 

I chyba o tym właśnie jest ta książka. O próbie bycia lepszym człowiekiem, choć wszechświat czasem nie współpracuje. Może trochę o odkrywaniu w sobie złości i tego, że ma się do niej prawo. O rzucaniu kamieniami dla odstresowania, o pierwszym w życiu krzyku, o wyznaczaniu wartości, o tym, że o tej człowieka wcale nie świadczy popularność, ilość lajków czy twitów. 

I o tym, że przypadkowa propozycja może odmienić nasze życie. 

Przesyłając książkę dalej, bo takie są przecież zasady Book Tour'ów, pozwoliłam sobie dołączyć kartkę z życzeniem, by lektura tej książki okazała się równie pozytywnym zaskoczeniem jakie ja sama odnalazłam w niej podczas czytania. Bo może to nie jest mój gatunek, może wyrosłam już z okresu nastoletniego, a może nawet mogłabym powiedzieć, że ten okres w moim życiu przebrzmiał dawno temu, ale prawda jest taka, że... dobrze wiecie, jaka jest prawda. Rzadko ostatnio zdarzają mi się książki, w które mogę się wciągnąć. A w tę się wciągnęłam, mimo wielu zastrzeżeń, które mogłabym mieć zarówno do treści jak i formy. 

Fajna dla nastolatków. I fajna, jeśli chcecie przypomnieć sobie jak to było zaczynać przygodę z czytaniem. Bo podejrzewam, że właśnie wtedy takich książek czyta się najwięcej. Chociaż tak naprawdę, ona ma jakiś głębszy przekaz i są momenty, nad którymi można przysiąść i się zastanowić nad sensem tego, co się dzieje wokół nas. (choć nie składania to do refleksji nad sensem egzystencji, nie aż tak. bardziej chodzi mi o to, że pokazuje ona - jak chyba każda z tego gatunku - smutną rzeczywistość nastolatków) 

Polecam, jeśli szukacie czegoś lekkiego i chcecie się oderwać.
I stwierdzam jednocześnie, że następnym razem w Empiku zajrzę do działu z tego typu literaturą, bo czytało mi się ją fajnie. I naprawdę chciałam do niej wrócić! Trochę jak z serialem, o.

Moja ocena: 5/6