Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 3/6. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 3/6. Pokaż wszystkie posty

08:20:00

Bożena Kraczkowska - Czubek

Bożena Kraczkowska - Czubek

Mój dotychczasowy brak sympatii do polskich autorów spowodował pewną ignorancję w stosunku do nazwisk autorów nawet „sławnych” pozycji czytelniczych. Przyznaję się do tego, choć pewnie nie uszło Waszej uwadze, że coraz więcej tu recenzji (a co za tym idzie, coraz więcej czytam i oglądam) rodzimych książek i filmów. Wielokrotnie już lata temu mówiłam, że chcę się przekonać, ale ten moment – powiedzmy – przełomowy nastąpił (a właściwie wciąż następuje) dopiero od kilk(nastu) miesięcy. Mniej więcej w tym roku, choć może zaczęło się to w ubiegłym. 

W każdym razie – sięgnęłam po jedną z najnowszych pozycji NovaeRes, Czubka Bożeny Kraczkowskiej. Zupełnie nieświadoma kim jest ta Pani, jak i również nie wiedząc co do tej pory wyszło spod jej pióra (czy to nie jest zbyt archaistyczne określenie? nieważne). Tym samym mocno zaskoczył mnie opis autorki na okładce. 

Bożena Kraczkowska urodziła się w Świdniku k. Lublina. Mieszka i pracuje w Olsztynie. Z wykształcenia jest muzykiem i dziennikarzem. Wieloletnia redaktorka i dziennikarka w Gazecie Olsztyńskiej. Jest autorką wierszy, opowiadań oraz powieści dla dzieci i młodzieży. Fotografuje, komponuje i śpiewa.

Wydała m.in. tomiki poezji Da się żyć (2011), Flamingi (2015), powieść Purpurowe gniazdo (2014) i zbiór opowiadań Mały człowiek z wielkim psem (2014). W 2011 roku nagrała autorską płytę Wystarczy mnie lubić. 

Jej przeboje znalazły się na listach przebojów „Trójki” i RAGA TOP Radia Olsztyn.
Jest autorką tekstów piosenek znajdujących się w repertuarze m.in. Maryli Rodowicz i Cezarego Makiewicza. 

Piosenka z jej tekstem Dziewczyna z granatem w ręce promuje serial TVP Czas honoru – Powstanie, jest także autorką tekstu piosenki Tancerka do serialu TVP Bodo. 

O ile zaciekawił mnie sam opis tej książki, obiecujący opowiadania nieoczywiste, niepokorne i niejednoznaczne, o życiu, śmierci, miłości chcianej i niechcianej, o wolności, uzależnieniach, samotności… Tak czytając jeszcze o samej autorce, byłam jeszcze bardziej głodna treści Czubka. Wydawać by się mogło, że to musiało się udać. 


Otóż to, mogłoby. Się wydawać znaczy. Czubek to faktycznie zbiór historii o tematyce różnorodnej, a jednocześnie zbliżonej do siebie, połączonej niczym innym jak właśnie życiem, ot co. Niemniej jednak od pierwszych stron, pierwszej bohaterki i pierwszych jej zachowań… chciałam tę książkę cisnąć przez okno. Ale, wiecie, jesień jest, zimno już, nie chciało mi się go otwierać. Postanowiłam dać Pani Kraczkowskiej szansę i brnęłam dalej, męcząc się i męcząc. Przepraszam, ale taka prawda!

Jest takie powiedzenie, że jak coś źle się zaczyna, to dobrze się kończy. Albo odwrotnie. Nieistotne. Jest to w każdym razie dość specyficzna opowieść, przy której trzeba zatrzymać się na dłużej. Niekoniecznie ta, przy której można nie myśleć i zwyczajnie odmóżdżyć się po całym dniu czy tygodniu - czyli nie ta na jesienne, depresyjne wieczory. Swoją drogą, czy u Was w tym okresie też najlepiej sprawdzają się lekkie powieści? Problem w tym, że mój nieprzeczytany stosik przybrał już miarę parapetu przy podwójnym oknie i może trzy z tych książek zakwalifikowałabym jako lekkie, pozostałe to czysta psychologia, trudne tematy.

Znów odbiegam od Czubka, niczym ten czubek. W każdym razie chcę powiedzieć, że słowem najlepiej opisującym te opowiadania będą właśnie te z opisu - nieoczywiste, niejednoznaczne. Choć pełno w nich kiepskiej konstrukcji, wątpliwej interpunkcji, składni i chaosu, o które nie podejrzewałabym Pani Kraczkowskiej jako osoby mającej na koncie takie osiągnięcia. A z drugiej strony każda niedoskonałość Czubka składa się na ogólny jego zarys i gdyby wyrzucić z niego to, co mierziło mnie i kuło w oczy - nie byłyby to te same historie. 

Dopływając do brzegu - warto po nią sięgnąć, żeby wyrobić sobie swoje zdanie. Chyba niczego ponad to nie wymyślę, bo szczerze mówiąc to nie jestem dziś pewna czy polecać czy niespecjalnie.

08:33:00

Juliusz

Juliusz

Juliusz to jeden z tych filmów, na który idziesz, żeby się pośmiać. 
Tytułowym bohaterem jest uporządkowany nauczyciel plastyki (Wojciech Mecwaldowski), którego głównym problemem w życiu jest ojciec (Jan Peszek) – nieustająco imprezujący artysta-malarz. Kiedy senior przeżyje drugi zawał serca, a mimo to odmówi zmiany stylu życia, Juliusz będzie musiał znaleźć sposób na to, by wpłynąć na jego zachowanie. Lekarstwem na bolączki bohatera wydawać się będzie przypadkowo poznana, beztroska lekarz weterynarii – Dorota (Anna Smołowik). Okaże się jednak, że prawdziwe problemy dopiero nadchodzą…*
Nie jestem do końca pewna czy ten opis jest adekwatny do fabuły. A jeśli nawet, jest to duży skrót myślowy. 

Tytułowy Juliusz to pierdoła jakich mało. Miał kiedyś marzenia i jakieś ambicje, które z czasem ustąpiły miejsca monotonii życia i wzięły nad nim górę niespełnione oczekiwania. Film ten przedstawia urywek z życia niby-dorosłych ludzi, którzy zatrzymali się na jakiś etapie, bardziej zbliżonym do okresu nastoletniego niżeli nawet wczesnej dorosłości. Dorota będzie miała dziecko, którego Julek chciałby zostać ojcem, ale nagle okazuje się, że pełnia odpowiedzialności przerasta naszego bohatera... 

Zanim powiem trzy słowa za dużo, zakończę ten opis fabuły. 

Tysiąc razy mówiłam, że nie lubię komedii, a jednak w natłoku pracy stosunkowo często do nich sięgam. Nie sprawia to jednak, że zaczynam darzyć je miłością, a fakt, że widziałam Juliusza już jakiś czas temu i nie zapamiętałam go zbyt dobrze świadczy chyba o całokształcie produkcji... 


* filmweb
źródło zdjęć: grafika google

15:32:00

Na głęboką wodę

Na głęboką wodę

Odkopałam ten tytuł z lipcowych szkiców, chociaż wydawało mi się, że zdążyłam ten post napisać i opublikować... No cóż, pamięć mam dobrą, ale krótką. Albo i nie? Ustalmy, że to w tej chwili nieistotne, a później pomyślę o zakupie lecytyny. 

Clare i Donald Crowhurst to szczęśliwe i zakochane w sobie małżeństwo z trójką dzieci. Gdy rodzinny biznes plajtuje Donald decyduje się na ryzykowny krok, by zapewnić byt rodzinie. Pomysłowy wynalazca, weekendowy żeglarz postanawia wziąć udział w żeglarskim wyścigu dookoła świata - Sunday Times Golden Globe. Bez doświadczenia, bez przygotowania, nie zbaczając z trasy musi przetrwać samotną podróż i wygrać wyścig. Donald za wszelką cenę chce osiągnąć sukces, którym zasłuży na podziw najbliższych. Wspierany przez ukochaną żonę i kibicujące mu dzieci wyrusza w niebezpieczną podróż. Na co zdobędzie, by wygrać z żywiołem i nie zawieść tych, na którym najbardziej mu zależy? *

Magazyn Sunday Times ogłasza konkurs, w którym pokaźną nagrodę może zgarnąć osoba, która samotnie opłynie glob żaglówką, nie zatrzymując się po drodze. Choć życie Donalda wydaje się spełnione, jego marzenia, ambicje i chęć oderwania się od szarości codziennych obowiązków skłaniają go do podjęcia wyzwania. Zanim jednak ukończy budowę łodzi, pierwsi żeglarze są już w pół drogi. Czasu coraz mniej, pracy nie ubywa, przygotowania kończą się przed całkowitym ukończeniem budowy...  

Na głęboką wodę to historia samotności, stawiania czoła własnym słabościom i tęsknoty za oczekiwaniami. Nie jest to jeden z tego typu filmów, w których od marzenia do realizacji wystarczy przebyć zaledwie kilka kroków, a odwaga stanowi napęd dla całej wprawionej w ruch machiny dobrych zdarzeń. To opowieść o trudnościach i o tym, że wyobrażenia nie zawsze idą w parze z rzeczywistością. Trochę też historia rodziny, ponieważ decyzja Donalda zaważyła nie tylko na nim samym... 

Na uwagę zasługuje również fakt, że to historia oparta na prawdziwych wydarzeniach. Zdecydowanie potęguje to w widzach niektóre emocje...


* filmweb.pl 
źródło zdjęć: grafika google

17:34:00

Whitney

Whitney

Miesiąc mnie tu nie było! Trochę dlatego, że pochłonęła mnie praca, a trochę dlatego, że... są wakacje. Zastanawiam się właśnie, czy określenie "wakacji" dotyczy tylko uczniów i studentów, czy mimo upływu czasu wszyscy możemy dalej używać tego słowa? W każdym razie - mam za sobą trochę nauki, sporo pracy i dwa wyjazdy, ale gdzieś pomiędzy tym wszystkim dwa filmy i książkę. Na rozruch zacznę od kina.

Ileż razy już Wam wspomniałam, że nie jestem fanką biografii? Co prawda mówiłam to bardziej przy okazji książek, ale ilekroć sięgam po coś z gatunku... czuję się chyba zmęczona.

Jedną z kinowych nowości (swoją drogą w kinie jest jakiś zastój, nie bardzo mam co wybrać...) jest Whitney - dokumentalna produkcja poświęcona życiu Whitney Houston. Zakładam - zapewne słusznie - że nikomu nie trzeba tej Pani przedstawiać. Głównie dlatego też postanowiłam wybrać się do kina, choć spodziewałam się czegoś innego.

Whitney to zbiór wspomnień o dziewczynie, która podbiła serca melomanów (i nie tylko) na całym świecie. Opowieść bliskich jej ludzi o początkach kariery, kiełkującej miłości, macierzyństwie i trudach życia w blasku fleszy, które to w pewnym momencie wzięły górę nad marzeniami. Gdzieś w trakcie rozmyślań po seansie przypomniała mi się biografia Ani Przybylskiej, która została wychwalona... chyba nieco na wyrost. Nie zrozumcie mnie źle. Do żadnej z tych kobiet - jako kobiet czy artystek - nic nie mam, choć nie ma najmniejszego sensu porównywanie ich ze sobą, jednak sposób opowieści jest podobny. Cudowna, ukochana przez miliony kobieta, o której nawet po czasie nikt nie chce mówić źle. 

Whitney to w większości opowieść o karierze, choć nie zabrakło w niej miłości i macierzyństwa - już o tym wspomniałam. Dość oględnie opowiedziano tam o problemach z uzależnieniami, o trapiących tę dziewczynę problemach i brutalnej rzeczywistości, która ucięła początkową utopię. 

Nie mnie oceniać życie, nie chcę i nie będę tego robić. Myślałam po prostu, że ten film pokaże więcej... życia w życiu. Nie potrafię tego chyba określić. Nie polecam szczególnie, nie zachwyca.


źródło zdjęć: grafika google

08:00:00

Berek

Berek

Ileż to razy wspomniałam Wam, że nie jestem fanką nastawionych na salwy śmiechu komedii? Szczerze mówiąc lubię chyba tylko jedną. Kiedy we wtorek, wchodząc na stronę kina, usłyszałam nad uchem: coś w stylu Kac Vegas uznałam, że okej, chętnie wybiorę się na coś, nad czym nie trzeba się zastanawiać. I tak oto trafiłam na Berka. 

Hogan Malloy, Randy Cilliano, Kevin Sable, Jerry Pierce i Bob Callahan. Pięciu wychowanych ze sobą facetów, którzy po 30 latach wciąż grają w tytułowego berka. Jeden z nich ma żonę, dwóch pieniądze i pracę marzeń, Randy poszukuje swojego miejsca w świecie, a Kevin dobrej terapii. Przez jeden miesiąc w roku, choćby przez pozostałe jedenaście się nie widzieli, ganiają się i podstępem przekazują sobie "pałeczkę", doskonale się przy tym bawiąc. Zwłaszcza Jerry, który przez ponad ćwierć wieku nigdy nie dał się złapać. Tym razem pozostała czwórka zawiązuje lekki spisek, by wreszcie "go dorwać", zwłaszcza, że ostatni dzień maja okazuje się również dniem jego ślubu. Co za tym idzie - dość łatwo będzie go znaleźć. Przynajmniej pozornie... 


Nie będę opowiadać Wam tego, co się działo. Generalnie wciąż bawi mnie fakt, że ten film oparto na prawdziwej historii (w rzeczywistości tylko tych mężczyzn było więcej). Dość wolno się rozkręcał, a może ściślej rzecz ujmując niewiele nowego działo się w trakcie poza tym, że jeden gonił drugiego. Jest tu kilka elementów wyrwanych z kina akcji, które moim zdaniem nie pasują do całej reszty i kilka rzeczy wziętych zbyt serio. Ale, może nie umiem tego docenić? 

Niewątpliwie można się trochę pośmiać, dużo pouśmiechać i - co zakładałam kupując bilet - wyłączyć na chwilę szare komórki. Chyba o to chodzi w komediach, choć dla mnie to raczej średniak.  


źródło zdjęć: grafika google

13:33:00

Nina Nirali - Kiedy znów się spotkamy

Nina Nirali - Kiedy znów się spotkamy

Kiedy znów się spotkamy to jedna z tych historii, po które sięgasz, chcąc się zakochać. Chyba tak miałam z tą książką. Przy poprzedniej recenzji, Urokach późnego lata, wspomniałam Wam, że sięgając po nią spodziewałam się historii poprowadzonej w inny sposób. Jeej! Co mam powiedzieć w tym miejscu? 

Zoe jest młodą tłumaczką języka niemieckiego i hiszpańskiego. Mason bogatym politykiem. Spotkali się przypadkiem, na jednym z brukselskich przejść dla pieszych, w codzienności, w biegu... Nie powiem, że zakochali się od pierwszego wejrzenia, bo tak się raczej nie stało. Niemniej ona - prosta dziewczyna o przeciętnej urodzie - przyciągnęła jego spojrzenie czymś tak pozornie błahym jak uśmiech. I muzyką w słuchawkach, która - jego zdaniem - ten uśmiech wywołała. Wiecie, to jest czasem tak, że pozornie nieistotne gesty, mimika, spojrzenie, intryguje, po prostu. 

Kiedy w restauracji hotelowej zobaczył ją po raz drugi, chciał zwyczajnie porozmawiać. I nagle okazało się, że kobieta nad wyraz zwyczajna, zupełnie nie w jego typie, jest kimś w rodzaju bratniej duszy. Trochę nie wierzę, że to napisałam - może Mason dokładnie tak to ujął? 

Ale, chwila. Z początku wydawało mi się, że ta opowieść mnie rozczaruje. Trochę za szybko, nieco infantylnie, mocno zapachniało Grey'em. Ja mam chyba jakiś uraz do tych szarych historii. 

Nie do końca wiem co o tej książce powiedzieć, by nie zdradzić zbyt wiele. W każdym razie, Kiedy znów się spotkamy to emocjonalna opowieść o poszukiwaniu siebie. O odkładaniu na później decyzji, które z pozoru niezbyt ważne, mogą zaważyć na dalszym życiu. Zarówno w momencie pierwszego spotkania, jak podczas opuszczenia Brukseli, do której ich obojga przyciągnęły sprawy zawodowe, chcieli coś zmienić. Podobnie jak w poprzednim przypadku (nawiązuję do niego, wciąż będąc po wrażeniem Janiszewskiej) okazuje się, że przeszłość nigdy nie pozostaje bez znaczenia i zawsze, w mniejszym lub większym stopniu, będzie wpływała na dzisiejszą rzeczywistość, sposób postrzegania... Ponadto jest to książka o sile miłości, do drugiego człowieka, ale także do samego siebie. 

Nic więcej nie powiem, bo przecież chcę, byście sami po tę pozycję sięgnęli. 

Mimo nie-polskiego nazwiska niewątpliwie wieje mi w tej książce polską autorką, alee - no cóż, wszystkiego mieć nie można ;) 


11:11:00

Dziecko Rosemary (2014) - nowa odsłona klasyka

Dziecko Rosemary (2014) - nowa odsłona klasyka

Dziecko Rosemary to klasyka gatunku, którą widziałam niezliczoną ilość razy, a którą wciąż oglądam poznając na nowo. Siedząc przed telewizorem w miniony weekend, czego szczerze nie lubię robić, natrafiłam na remake z 2014 roku. Miałam kiedyś pomysł opowiadać Wam o starszych książkach i filmach, czego ostatecznie nie robię zbyt często (żeby nie powiedzieć, że nie robię wcale), ale obok tej produkcji nie mogę przejść obojętnie. 

Rosemary z 1968 roku w reżyserii Polańskiego zdobyła sześć nagród - w tym Oscara i dwa Złote Globy - i dziewięć nominacji. Na ogół omijam oscarowe filmy szerokim łukiem, ale tym razem sądzę, że była to zdecydowanie zasłużona nagroda. Rozumiem też, że wraz z upływem czasu ktoś postanowił nieco tę produkcję unowocześnić. Problem chyba w tym, że klask winien jednak zostać klasykiem... 

W tym momencie wartym zauważenia jest to za co uwielbiam „Rosemary’s Baby” Polańskiego. Jest to fakt, jak bardzo pętla zacieśnia się na szyi Rosemary, a co za tym idzie – samego widza. Napięcie rośnie bardzo powoli, systematycznie i prawie niezauważalnie, ale w trzecim akcie, od momentu pogrzebu, widz siedzi jak na szpilkach, kibicując bohaterce w jej poczynaniach wyswobodzenia się z uroku i wpływu bliskich jej osób. Perfekcyjna robota, doskonale podbita przez muzykę oraz celnie poprowadzone ujęcia, czy przejścia między scenami. Ważnym elementem siły wersji Polańskiego jest też fakt, jak wiele ważnych rzeczy dzieje się tutaj poza kadrem, nastawiając siłę wyobraźni widza na najwyższe obroty. Poprzez sugerowanie rozwiązań zamiast pokazywanie ich wprost, reżyser sprawił, że wyobraźnia widza przejmuje część pracy, a jak wiadomo – mózg każdego z nas jest w stanie wymyślić gorsze scenariusze niż to, co pokazane nam zostało na ekranie. Wspaniałe dzieło, do którego chce się wracać. 

 
Chciałabym w tym momencie powiedzieć, że nic dodać nic ująć. Niezbyt często zgadzam się z recenzjami w sieci, zwłaszcza odnośnie tych filmów, które naprawdę mi się podobają. A jednak tutaj mogłabym się oburącz podpisać. Chyba już o tym wspomniałam?

Remake'i mają to do siebie, że coś zawsze zostaje ucięte, zabrane, zburzone. Nie ujmując grze aktorskiej Zoe Saldanie i Patrickowi J. Adamsowi sądzę, że ten film zrobiony jest dużo gorzej. Przedstawienie postaci (teoretycznie) bardziej adekwatnie do naszych czasów zabrało Guy'owi stanowoczść (nagle bardziej przekonuje żonę do wyboru innego rozwiązania niż nakazuje zrobić tak, jak według niego będzie lepiej), a Rosemary - zdecydowanie - swoistą wrażliwość i umiejętność sprawienia, że widz wczuwa się w to co widzi. Warto przecież przypomnieć, że Dziecko Rosemary to nie tylko horror (czy thriller, jak widzę opisano jedną z tych wersji na filmwebie), ale również produkcja mocno psychologiczna, którą trzeba poczuć i zrozumieć. Ponadto ten film z założenia od początku miał być tylko serialem i podobnie jak w wielu innych tego typu przypadkach - to widać. Zdecydowanie inaczej zbudowano tutaj napięcie i inaczej poprowadzono wątki osobowościowe bohaterów (czy to jest dobre określenie?).


Wydaje mi się, że nie da się tego filmu obejrzeć nie porównując do poprzednika. Nie czytałam książki, co z całą pewnością ułatwia mimo wszystko odbiór, a jednak mam świadomość różnic pomiędzy tymi trzema (strach pomyśleć co faktycznie dzieje się w serialu, czy ktoś z Was może go oglądał?).

Podsumowując to chcę powiedzieć, że jeśli nie znacie tej historii w wersji kinowej to polecam jednak produkcję pierwotną - Polańskiego. Jeśli tamtą już znacie, nie zaszkodzi - trochę dla porównania - zobaczyć tej. Niemniej jednak, nie jest to najlepszy remake. Z drugiej strony sądzę, że mały który naprawdę jest udany, więc może wcale nie jest tak źle?



źródło zdjęć: grafika google

15:07:00

Kobieta sukcesu

Kobieta sukcesu
 
Cześć!

Pytałam ostatnio, czy ktoś z Was korzysta z karty Cinema City Unlimited. Szukałam, czytałam, posłuchałam trochę opinii i - bach! - kupiłam. Nie wiem dlaczego napisałam bach, nieważne. Kupiłam w każdym razie, a po bardzo intensywnej sobocie wybrałam się do kina na jedną z polskich nowości - "Kobietę sukcesu". Czy to kolejny sukces polskiej kinematografii? 

Mańka jest kobietą sukcesu, lecz pewnego dnia jej życie wywraca się do góry nogami. Nie zamierza się jednak poddawać i postanawia walczyć z przeciwnościami.

Rozbudowany opis fabuły z filmwebu, nie ma co. Generalnie Mańka, będąca w oczach swojej rodziny i otoczenia uosobieniem sukcesu w spódnicy, jest młodą kobietą, która po skończeniu studiów na Politechnice postanowiła rozkręcić w Warszawie swoją firmę. Nie od dziś wiadomo, że przez żołądek do serca, a że Mańka kocha zwierzęta - produkuje karmę dla psów. Z dobrych składników, od dobrych dostawców, z dobrym marketingiem, za dobre pieniądze. I postawiona przed ultimatum podpisania dużego kontraktu gwarantującego inwestorowi konkretne zyski lub zamknięcia firmy postanowiła zatrudnić się u konkurencji... 


I to chyba wszystko, co mogę Wam powiedzieć, choć dalej jest to gadanie o niczym. Trochę jak ten film. 

Widziałam niedawno wywiad z Roznerskim u Wojewódzkiego i chociaż ostatnimi czasy naprawdę go lubię (abstrahując od posądzania o beznamiętną grę i skwaszony wyraz twarzy - jego postaci po prostu wzbudzają moją sympatię) to miewam wrażenie - o czym wspomniałam przy okazji poprzedniej recenzji filmowej - że wszędzie jest to samo i wszędzie ci sami. Te same twarze w podobnych postaciach sprawiają, że przestaję je zapamiętywać i to jedna z tych obaw, którą mam z tyłu głowy chodząc na kolejne seanse. 

Ponieważ poszłam do kina na 22:20, a do tego momentu zdążyło już minąć 15,5 godziny odkąd wyszłam z domu, z początku zamykały mi się oczy. Ostatecznie oglądałam ten film z uśmiechem na ustach (był dość zabawny), a kiedy zapaliły się światła uznałam, że muszę na tyle szybko coś tutaj na jego temat napisać, żeby nie zapomnieć o czym to było. 

Nie będę się nad tą produkcją rozwodzić, bo mijałoby się to z celem. Powiem tak: kolejna komedia romantyczna, raczej z rodzaju tych lekkich i przygłupich, dobrych na niezobowiązujący wieczór po męczącym dniu. Z przykrością stwierdzam, że naprawdę nie mam do powiedzenia nic więcej. A myślałam, że będę miała. 


// źródło zdjęć: filmweb.pl

09:31:00

FILMOWO - Botoks

FILMOWO - Botoks

Na inatagramie wspomniałam Wam kilka dni temu, że wybieram się do kina. I zanim jeszcze do niego poszłam chciałam Wam powiedzieć, że podobnie jak w wielu przypadkach tych dość "głośnych" premier chcąc się z nimi zapoznać nie nastawiałam się na wielki sukces. Nie do końca wiem dlaczego, ale Patryk Vega to w polskiej kinematografii taka postać, o której ludzie mają dość niepochlebne zdanie (że niby polski Quentin Tarantino, u którego każdy dialog zaczyna się i kończy przekleństwem), ale do tego kina chodzą. I to jak chodzą! Mało powiedziane, biorąc pod uwagę niewątpliwy sukces Pitbulla (część pierwsza i druga), oczekiwanie na część trzecią, którą niedawno zaczęli kręcić, a mówi się o niej i mówi... i Botoksu, co by nie powiedzieć, też. W pierwszy weekend zobaczyło go w końcu ponad 700 tys. osób, a w ciągu sześciu dni - ponad milion. W kraju, w którym do kina chodzimy raczej rzadko trzeba przyznać, że to dobry wynik. 

13:41:00

Bridget Asher - Pożyczona miłość

Bridget Asher - Pożyczona miłość
Ile razy wspomniałam w ciągu minionych miesięcy o swoim kryzysie czytelniczym i próbach powrotu do pozycji różnego rodzaju - od tych lekkich, nie zmuszających do myślenia, przez te naprawdę trudne, które wywoływały łzy, do tych, po które zawsze chciałam sięgnąć... a jakoś nie było mi po drodze? Efekty tych poszukiwań są różne, co z resztą mogliście zobaczyć. Częściej ostatnio oglądam filmy niż sięgam po książki, ale z szukania czegoś dla siebie nie rezygnuję absolutnie i staram się sięgać po wszystko, co może być albo ciekawe, albo odrywające od codzienności... i tak trafiłam na widoczną obok Pożyczoną miłość autorstwa Bridget Asher.

Historia jakich wiele w kategorii romansów: ona - raczej przeciętna z wyglądu, trochę zamknięta w sobie, trochę wycofana, choć na pozór otaczająca się ludźmi; ma w swoim otoczeniu dwie kobiety, które nazywa przyjaciółkami, a które nijako nie wpisują się w moją definicję "przyjaźni" przez powierzchowność tej relacji. Ona - żona lekarza, zakochana, szczęśliwa... I on - atrakcyjny, przyciągający spojrzenia, pewny siebie... A oni - co tu dużo mówić, zakochani w sobie wiele lat temu, a może nie tylko wtedy. I pewnego wieczoru, na imprezie u jej przyjaciół postanowili przed jego umierającą matką udawać małżeństwo...

15:14:00

Ciemniejsza strona Greya

Ciemniejsza strona Greya

Zacznijmy może od tego, że należę do wąskiego grona czytelników, na których Grey nie zrobił najmniejszego wrażenia. Może nawet nie tyle, że nie rozumiem fenomenu tej książki, co prawdę mówiąc po samym jej przeczytaniu - chyba nie byłam w stanie do końca zrozumieć jej treści. Może to brzmi wręcz absurdalnie biorąc pod uwagę to, co w owej treści zostało zawarte, niemniej jednak dopiero ekranizacja pozwoliła mi zrozumieć Christiana na tyle, by "coś" pchnęło mnie do sięgnięcia po druga część książki. Z tym, że mimo chęci i starań nie przebrnęłam przez nią ani za pierwszym, ani drugim podejściem. Wewnętrzna bogini Any jest najbardziej irytującym tworem literackim, z jakim do tej pory się spotkałam, który skutecznie mi to uniemożliwia.

07:56:00

Magdalena Niedzwedz - Świat według Amelki

Magdalena Niedzwedz - Świat według Amelki
 

Już ostatnim razem, przy okazji postu z recenzją Polskich Rymowanek wspomniałam o tym jak ważny jest odpowiedni dobór książek, które wstawiamy do biblioteczki naszych maluchów. Głównie dlatego, że niektóre z nich wcale nie nadają się dla dzieci.

Kolejny raz w tym roku sięgnęłam po książkę z gatunku literatury dziecięcej. I kolejny raz - co mnie samą zaskakuje - po książkę rodzimego autora.

Kiedy ludzie myślą o porodzie, zastanawiają się tylko nad tym, czy kobietę bardzo bolało i czy długo się męczyła – a czy ktokolwiek bierze pod uwagę uczucia dzieci? Nie wydaje mi się. A muszę Wam powiedzieć, że jest to dla nas (z pewnością mówię w imieniu wszystkich bobasów) wielka sprawa.

Urzekł mnie już pierwszy fragment z opisu. Coś w tym jest, musicie przyznać, że zazwyczaj mówi się o mamie. Słyszałam kiedyś pewną teorię, że dziecko zapytane w początkowym etapie życia (bodajże do 22 miesiąca?) jest w stanie opowiedzieć co czuło jeszcze w brzuchu. Ile w tym prawdy to nie wiem, ale ciężko od tak małego dziecka wyciągnąć cokolwiek. Wiele maluchów jeszcze w tym "wieku" nie mówi. W każdym razie, chciałam poznać ten Świat według Amelki i zobaczyć, czy ona coś zapamiętała.

Niemniej jednak, wyobrażałam sobie tę książkę inaczej. Patrząc na okładkę myślałam, że zbudowana jest na zasadzie większości książek dla maluchów - więcej mówią obrazki niż słowa. Tymczasem nic bardziej mylnego, obrazków w środku nie znajdziemy. Poważnie! Ani jednego!

Amelkę poznajemy w momencie pierwszych skurczy porodowych, przechodzimy z nią całą akcję związaną z opuszczeniem dotychczasowego lokum. Później są pierwsze badania, pierwszy posiłek poza brzuszkiem, poznawanie rodziców i zapamiętywanie głosów, ciepła ich ciała... i "rozmowa" z nowo narodzoną dziewczynką z łóżeczka obok. Swoją drogą, zawsze mnie zastanawiało czy dzieci naprawdę są w stanie porozumiewać się w ten sposób ;-) Może jestem naiwna.

Amelka rośnie. Jak to dzieci, w zastraszającym tempie. Pierwsze strony to opowieść o porodzie, w połowie książki Amelka chodzi, uczy się mówić, poznaje swojego brata, a na końcu ma za sobą rok w przedszkolu. A to zaledwie 100 stron! I zapowiedź kolejnych opowieści, po które chętnie sięgnę, choć miałam wrażenie, że zdecydowanie można by rozciągnąć niektóre wątki zawarte w tej pierwszej części. (bo zakładam, że są/będą kolejne?)

Spędziłam z tą lekturą miłe popołudnie - powiedziałabym, gdyby była dłuższa. W rzeczywistości spędziłam z Amelką około godziny, kręcąc z niedowierzaniem głową i uśmiechając się na zmianę.

Do rzeczy, co w rzeczywistości o niej myślę? Przede wszystkim, co dość szybko mi się nasunęło, to nie jest książka dla dzieci. A na pewno nie dla tych w wieku głównej bohaterki, czyli 0-4 latka. Nie sądzę, żeby dzieci w tym wieku posługiwały się językiem jaki się tu wkrada. Osobiście nie znam tak małych dzieci mówiących o "skomplikowanym skonstruowaniu świata", "sensie egzystencji" (malucha), "solidarności jajników" czy tym, że na facetów nigdy nie można liczyć (powiedziała mając rok) czy tym, że "lajf is brutal i trzeba do tego przywyknąć". Dosłownie. W tych 100 stronach zawarta jest duża doza humoru, co jest całkiem przyjemne w odbiorze, ale dla dorosłego czytelnika. Dziecko, zwłaszcza małe (a z myślą o takim przecież zabrałam się za tę książkę), po prostu jej nie zrozumie. I szczerze mówiąc (biorąc pod uwagę te dwa ostatnie, o których wspomniałam) - to nawet lepiej.

Amelka jest sympatyczną dziewczynką, która pozwala zrozumieć rodzicom co czuje dziecko w pewnych momentach - jak na przykład nieobecność rodziców, tłum ludzi dokoła czy pojawienie się rodzeństwa. Zawiodła mnie postawa rodziców, którzy zostali w tej książce przedstawieni jako kochani (co mówiły o nich dzieci), ale jednocześnie tacy, którzy z własnym dzieckiem nie rozmawiają. Rozumiem, że Amelka miała zaledwie rok, kiedy mama zaszła w ciążę, ale nie powiedzieć jej NIC o tym, że zostanie starszą siostrą... w jakiś sposób mnie samą ubodło. Przypadkiem usłyszała słowo "ciąża" w rozmowie mamy z koleżankami, a co znaczy przypadkowo zasłyszane "rodzeństwo" pytała wyżej wspomnianą koleżankę z sali poporodowej w piaskownicy. (dalej porozumiewając się bez słów)

- Amelciu, to twój braciszek, Tymuś.
O nie. Tylko nie to, przecież nie było mnie zaledwie dwa dni. No to już po ptakach. Co prawda zostało jeszcze przypadkowe wyrzucenie przez okno, ale nie byłoby to chyba zbyt humanitarne.  Postanowiłam więc  podejść do łóżeczka i przyjrzeć się z bliska mojemu wrogowi. Kiedy go zobaczyłam, coś jakby się zmieniło. Nagle przestałam się martwić, że będzie w nocy płakał - przecież to nie ja będę do niego wstawać. *

Znacie dwulatki wyrażające się w ten sposób?

Podsumowując, żeby nie przedłużać - dobra dla rodziców, dla lepszego uświadomienia sobie, że dzieci słyszą, czują i rozumieją często więcej niż nam (dorosłym) się wydaje. Niemniej jednak, nie czytałabym tego dziecku. Głównie też dlatego, że to książka "na raz" - krótka, dość ciekawa, z humorem, szybko się czyta. Ale gdybym odłożyła ją w połowie (wyciągnięta spod koca choćby na potrzeby zrobienia herbaty) to powrót po dłuższym czasie byłby bez sensu, bo choć podzielona jest na rozdziały to tworzą one spójną całość. Jak bardzo mocne streszczenie wspomnień z dzieciństwa na popołudniową rozmowę z kimś bliskim.

Jeśli będą kolejne części to chętnie je poznam.

Moja ocena: 3/6

* fragment książki

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Novae Res.

16:25:00

Magdalena Witkiewicz - Szczęście pachnące wanilią

Magdalena Witkiewicz - Szczęście pachnące wanilią




Wydawnictwo: Filia
Data wydania: 2014 rok
Liczba stron: 276
 
Słodko-gorzka opowieść o spełnionych marzeniach.

Ada ma kłopoty. Złamane serce i pusty portfel. Na gdańskim osiedlu otwiera małą cukiernię, bo tylko to potrafi robić – piec ciasteczka. Cukiernia wabi i przyciąga, szczególnie inne zagubione dusze – Karolinę, singielkę nie z wyboru, Magdę, żonę faceta, który najbardziej kocha swój… samochód oraz Milenkę, która niebawem będzie mamą.
I tak za sprawą „na chwilkę wstawionego kojca” mała cukierenka stanie się miejscem spotkań kilku kobiet, które są na życiowych rozdrożach i bardzo potrzebują rozmowy, najchętniej w towarzystwie pachnących i aromatycznych babeczek.
W „Szczęściu pachnącym wanilią” spotkamy także bohaterów znanych z innych powieści autorki - Bachora martwiącego się tym, że jego Milenka cudzołoży! znaczy się śpi w cudzym łóżku i Parysa Antonia, który z niezmiennym wdziękiem arystokraty pęta się bohaterom pod nogami.
Magdalena Witkiewicz zaprasza na jedno z gdańskich osiedli gdzie uroczo, mądrze i z humorem po raz kolejny opowiada o kobietach i ich życiowych rozstajach. O sile, która w nich tkwi i o wielkiej potrzebie happy endu, o szczęściu, pachnącym wanilią...
 
Właśnie wchodząc na Lubimy Czytać zorientowałam się, że to trzeci tom serii pt. Milaczek. 

Nie sięgnęłabym po tę książkę sama. Ma ładną okładkę (kolorystyka!), więc może powinnam mnie zaciekawić. Ale ma polskie nazwisko (nie lubię), opowiada o kilku kobietach jednocześnie, ale nie do końca ich wspólną historię (nie lubię) i z początku miałam wrażenie, że jest pisana w formie opowiadań (nie lubię). Dostałam ją od koleżanki, która miała oddać ją do biblioteki nieprzeczytaną i uznała, że skoro ja czytam, to mam spróbować. Miałam ją oddać w ubiegłym tygodniu. Zapomniałam. Przypomniałam sobie o niej kilka dni temu, ale nie miałam czasu. Znalazłam go wreszcie wczoraj. I pochłonęłam w kilka godzin! 

Ada nie otwiera cukierni. Ada ma cukiernię. Ma też Michała, rocznego synka będącego całym jej światem. A do tego długi i powoli podupadającą nadzieję na poprawę swojej sytuacji. Ma też opiekunkę, która (gdzieś w połowie książki) rzuca pracę z dnia na dzień. Więc kupuje kojec i wykładzinę-ulicę (jak kiedyś w przedszkolach! pamiętacie?) i zabiera dziecko do pracy... I robi furorę! Nie miała planu otwierania przedszkola, ale Natalia, wpadając któregoś dnia po kawę, podłapuje pomysł stworzenia miejsca dla matek z dziećmi i jako że jest absolwentką pedagogiki, postanawia zająć się nie tylko swoimi dziećmi, jednocześnie wychodząc do ludzi. I tak oto, dzięki tej kawiarnianej-opiece-nad-dziećmi, poznają się wszystkie bohaterki. (na samym końcu ta, o której ma być ta seria. ją polubiłam najmniej, na szczęście najmniej o niej napisano)

Dobra, tak szczerze. "Pochłonęłam" ją w kilka godzin, ale to nie jest wybitnie dobra książka. Szczerze mówiąc to nie wiem nawet czy w ogóle jest "dobra". Nie związałam się z bohaterkami na tyle, żeby pisząc tę recenzję bez zająknięcia się napisać jak miała na imię ta pedagog (wybaczcie, jeśli się pomyliłam, bo nie dam sobie nawet paznokcia wypiłować za to, że Natalia). Tak naprawdę najbardziej zapamiętałam Adę, bo... trochę je wszystkie połączyła. No i, nikogo nie oszukując, najbardziej spodobała mi się jej kreacja. (ciężko mówić, że charakter) Okej, może zapamiętałam ją przez sentyment do imienia. Pozwólcie, że nie będę się nad tym zastanawiać. 
 
Nie są to opowiadania, jak wydawało mi się na początku. Ale... jest to książka pisana w ich stylu. Pierwszy rozdział to wstęp do życia każdej z bohaterek. Bo każda ma swoje, gdzieś z boku, spotykają się najpierw z Adą, przychodząc po kawę i ciastko, później wszystkie razem, na tej kawie i ciastku, a później ten zapach wanilii przyciąga też ich dzieci. A matki tak mają, że lubią rozmawiać z matkami. Więc, jako że wszystkie dzieci bawią się z przedszkolo-kawiarni pod okiem pani pedagog, której imienia nie jestem pewna, zrodziła się tu całkiem fajna relacja, choć nie wiem czy jest to przyjaźń. 

Nie wiem czy szczęście pachnie wanilią, choć osobiście bardzo lubię ten zapach i jestem skłonna się pod tym podpisać. 

Nie wiem, czy spodobała mi się treść i forma. Ale jeśli miałam określić jak napisana jej ta książka, powiedziałabym, że blogowo. Mogłabym wyobrazić sobie autorkę siedzącą w gdańskiej kawiarni z laptopem, obserwującą ludzi i pomiędzy jednym a drugim łykiem kawy, między jedną z drugą babeczką, spisującą te historie. (tak, liczba mnoga) 
 
Całkiem fajny język, całkiem fajny klimat. Czytało się lekko i jest to typowa książka z serii "na luźną niedzielę". Do kawy. Do ciastka. Z przepisem na babeczki na końcu.
 
Ale, tak naprawdę, nie zapamiętam jej na pewno. A kiedy rano w pracy koleżanka, która mi ją dała, zapytała jak było, kiedy ją oddawałam, to wzruszyłam ramionami, bo... sama nie wiem. Jak na kawie, ale nie z przyjaciółką. Po prostu na kawie. 
 
Moja ocena: 3/6

23:29:00

Aniela Mencel - Powiedz tylko słowo

Aniela Mencel - Powiedz tylko słowo

Wydawnictwo: Novae Res
Data wydania: 2014 rok
Liczba stron:
 
Anna żyje tak, jakby nigdy nie miała umrzeć. Pędzi w codziennym maratonie pokus, aby zaspokoić swoje zachcianki, sztucznie napędzane przez współczesny świat. Jednak w pewnym momencie zegary się zatrzymają. Wtedy dotrze do niej coś, co zmieni jej życie na zawsze. Zrozumie, że najbardziej na świecie chce kochać. Jej świat stanie na głowie, a ona sama przejdzie niesamowitą metamorfozę. Przebudzi się i zrozumie, że jej życie to tylko krótka chwila.

Powiedz tylko słowo to książka, która uzmysławia czytelnikowi, że nigdy nie wiemy, co może nas spotkać w życiu. Nie znamy dnia ani godziny, gdy w końcu obudzimy się i zaczniemy żyć na nowo.

Książka oparta na autentycznych wydarzeniach!

„Owocem prawości drzewo życia, a człowiek mądry zdobywa swoją duszę”
Ks. Przysłów 11, 30 

Kolejny raz zacznę od tego, że... nie wiem jak zacząć. Podkradłam ją rodzicielce, która pewnego dnia zostawiła na stole mały (pożyczony) stosik, którym postanowiłyśmy się podzielić. Chyba mi nie po drodze ostatnio z ambitnymi pozycjami, szukałam więc czegoś niezbyt grubego i lekkiego, dla odstresowania. I, niech stracę, pomyślałam. Choć nie nastawiałam się na specjalnie dobrą książkę i byłam świadoma, że to nie mój gatunek. Ale spróbować przecież warto. 

Anka pracuje w agencji reklamowej o ugruntowanej na rynku pozycji. Odnosi sukcesy, jest ambitna i póki co myśli jedynie o rozwoju zawodowym. A przynajmniej... do dziesiątej strony, gdzie po rozmowie z koleżanką uświadamia sobie, że niczego w życiu nie pragnie tak bardzo jak się zakochać. Kierowana radami Natalii udaje się do kościoła, gdzie po niby-szczerej rozmowie z Bogiem zaczyna przewartościowywać swoje życie.

Niedługo później, co ją samą zaskakuje, postanawia zalogować się na wszystkim znanym, choćby ze słyszenia, portalu randkowym i uwikłana w niewinną intrygę swoich siostrzeńców poznaje tajemniczego MM. Kto z Was, choćby dla rozrywki, miał kiedyś wątpliwą przyjemność pisania z nieznajomym sympatycznym (czyt. facetem - lub i kobietą - z portalu, o którym jest tutaj mowa) wie, jak zabawne bywają te wiadomości. Pokuszę się więc o stwierdzenie, że momentami ta książka jest nawet zabawna, czego doskonałym dowodem będzie reakcja ludzi wchodzących dzisiaj do mojego miejsca pracy podczas gdy ja odkładając ją śmiałam się momentami w głos. 

O fabule może tyle, bo nie chcę zdradzić za dużo. Do pewnego momentu, choć nie do końca, jest to historia poznawania samego siebie przez pryzmat nowej znajomości z drugim człowiekiem. No i o miłości, takiej lekko (serio, lekko?) naiwnej.

W tekście zostały umieszczone odnośniki do Dziesięciu Przykazań (tak, tych Bożych), które przez długi czas niczego mi nie mówiły. Bo Anka, jak sama siebie określa, jest wierzącą niepraktykującą. Być może nie powinnam Wam spojlerować (kto nie chce niech nie czyta następnych linijek!), niemniej jednak jeśli ktoś nie lubi tematyki religijnej w książkach, trudno mu będzie przebrnąć przez kilkadziesiąt ostatnich stron, które odnoszą się do objawienia, jakiego doznała nasza bohaterka. Na tym zakończę, bo na temat religii wchodzić nie będę.

Nie wiem jak mam tę książkę ocenić. Nie jest ani dobra ani zła. Jedyne, co przychodzi mi na myśl jako podsumowanie to stwierdzenie, że jest to historia niczym ta z rozmów w toku. Problem w tym, że ze mnie marna Drzyzga. 

Moja ocena: 3/6

18:00:00

Jan Jakub Kolski - Egzamin z oddychania

Jan Jakub Kolski - Egzamin z oddychania
 
Zmysłowa opowieść o miłości absolutnej.

Ona, Muszelka, jako dwunastoletnia dziewczynka zagrała w jednym z jego filmów. Już wtedy wiedziała, że go kocha i że ich drogi wkrótce się połączą. Musiała tylko dorosnąć. Musiała przejść przez ręce wielu mężczyzn, dojrzeć, aby wreszcie połączyć się z nim.

On, Sandow, artysta, który stworzył już prawie wszystko, co mógł. Choć najważniejsze dzieło jeszcze przed nim. Dotąd nie czuł takiej jedności z nikim. Ponowne pojawienie się Muszelki w jego życiu sprawiło, że ziemia i czas stanęły w miejscu, zatarły się granice między dobrem i złem.

Ta miłość musiała się zdarzyć.




Coś w tym jest. Ta miłość po prostu musiała się zdarzyć.

Czytałam opinię na temat tej książki. Kilka recenzji, które zawierały w sobie coś więcej niż trzy zdania krytyki nijako nie odnoszącej się do treści. Ale "Egzamin z oddychania" już dawno był na liście moich must read, więc... sięgnęłam. I faktem jest, że choć ta książka nie grzeszy wielce rozbudowaną fabułą, ciekawym językiem i wciągającymi postaciami - czytało mi się ją dobrze. Dopóki nie zaczęłam się gubić w przeskokach czasowych.

W każdym razie jest to książka opowiadająca o nieco dziwnej i niecodziennej miłości profesora - starszego, szanowanego człowieka - do niewyżytej, młodej i infantylnej studentki. Choć mnie się momentami zdawało, że raczej odwrotnie. Bardziej o jej miłości do niego, opisanej z tej drugiej strony - poprzez odczuwanie, a nie darzenie tą miłością.

Muszelka jawi mi się tu jako mała, głupia istotka, która w wieku dwunastu lat postanowiła pokochać mężczyznę na całe życie. I choć ich drogi wtedy się nie zeszły, kochała go przez lata, aż wreszcie dojrzała do tego, by tę miłość wyrażać. Jemu. A on nie wierzył, że to wypowiedziane przez dziecko zdanie ("niech pan na mnie zaczeka (...)") może mieć jakiś sens. Dopóki jej nie spotkał, lata później, w uczelnianej stołówce. Dopóki nie usłyszał "pamięta mnie pan?" - i dopóki sobie nie przypomniał.

A Dżuk jest... facetem. Z początku wydawał mi się oziębły i mało zainteresowany. Ale ja nie mam wątpliwości co do tego, że kocha tę wariatkę jak... wariat. Tak, to dobre określenie. Bo to nie jest miłość dojrzałego mężczyzny i kobiety, która wchodzi w dorosłość. To jest miłość dwóch wariatów, którzy kochają się na łące, a później przytuleni opowiadają sobie o tym, jak żałosne było ich życie. O prostytucji, o narkotykach, o seksie z przypadkowymi mężczyznami, o popełnionych błędach. Dwóch wariatów, którzy kochają się, uprzednio dając sobie w zęby.

Tu nie ma dojrzałości. Nie ma tego piękna, którego chyba oczekiwałam. I racje mają ci, którzy mówią, że to bzdurna opowieść. Ale sięgnęłam po nią pewnego wieczoru. I nie żałuję. Choć nic konkretnego do mojego życia nie wniosła.

Moja ocena: 3/6

13:40:00

Jolanta Knitter-Zakrzewska - Niebieskie cienie na śniegu

Jolanta Knitter-Zakrzewska - Niebieskie cienie na śniegu


Wspomnienia najpiękniejszych chwil, efemerycznych i kruchych jak motyle, to często jedyne, co zostaje nam w życiu naznaczonym licznymi rysami. W pogoni za pełnią szczęścia często gubimy sens istnienia, zatracamy się w gonitwie za pieniądzem i prestiżem, zapominając, że to miłość i bliskość drugiego człowieka powinny mieć dla nas największą wartość.


Niebieskie cienie na śniegu to opowieść o krzyżowaniu się dróg, scalaniu dwóch dusz i ich rozdzielaniu, radościach i smutkach, wspólnych wzlotach i upadkach, odnajdywaniu swojego powołania na krętej ścieżce życia, o tęsknocie, rozgoryczeniu oraz potędze miłości – tej głębokiej, prawdziwej, ponadczasowej, sklejającej każde rozbite serce.








Przyznaję się (bez bicia), że nie umiem recenzować opowiadań. Przede wszystkim dlatego, że o fabule książki nie można powiedzieć zbyt wiele, by (kolejnego) potencjalnego czytelnika nie zniechęcić do sięgnięcia po nią. W końcu każdy z nas lubi tę tajemniczość, która towarzyszy słowom oprawionym w piękną okładkę... 

Więc o fabule pisać nie będę, skupie się na swoich odczuciach związanych z tą książką. Otóż... czuję się oszukana. Przede wszystkim dlatego, że spodziewałam się powieści, która naprawdę chwyta za serce, a dostałam kolejny zbiór opowiadań pani Knitter-Zakrzewskiej, które niestety nie przypadły mi do gustu. Może nie tyle dlatego, że nie urzeka mnie ich treść, co zwyczajnie nijako nie przekonuje mnie ta forma. Tym, co w książkach lubię najbardziej są te wyjątkowe więzi, jakie tworzą się pomiędzy bohaterem a czytelnikiem, a mając przed sobą kilkustronowe opowiadanie zwyczajnie nie da się na tyle poznać bohatera, by pokochać go lub znienawidzić. (ważne jest to, by bohater był na tyle silny, żeby wzbudzał silne emocje - pozytywne lub negatywne, byle zapadały w pamięć) 

Zaczarował mnie opis i oczywiście okładka, ale czar prysł, gdy przyszło mi tę książkę otworzyć.

Przewracam strony tej książki i czuję jak ulotne są słowa. Jeszcze nie zdążę wczuć się w sytuację bohaterów... a oni już znikają. Życie jest podobne... a sięgając po książkę chcemy się przecież (w mniejszym lub większym stopniu) od niego oderwać. W każdym razie - zaglądam do tych opowiadań tak, jakbym zaglądała do cudzego pamiętnika. Jakbym wykradała komuś z szuflady zeszyt, w którym zapisał najcenniejsze myśli i ubrał w słowa uczucia, o których nikt nigdy nie powinien się dowiedzieć. I tak odbieram tę książkę. Jako zbiór myśli, którymi nie każdy chce się dzielić. Zbitkę słów bólu i tęsknot utkwionych między wyrazami. Tęsknot, które są tak piękne, że chwytają za serce. Tak odległych, że ja - jako czytelnik - chciałabym je dogonić, by móc poznać je bliżej. Utknęło mi w głowie jedno słowo, które może je opisać... nostalgia.

O ile opowiadania zawsze kojarzyły mi się z czymś krótkim i przyjemnym, tak tutaj przyjemnie do końca nie jest. To kolejna chwila spędzona z Panią Zakrzewską na rozmyślaniach o życiu i jego ulotności i poniekąd ponowne wejście w psychikę bohaterów. W końcu nasz sposób postrzegania ludzi i rzeczywistości nas otaczającej wnosi o nas samych.

I... więcej nie powiem, nie jestem w stanie. Warto się z tymi opowiadaniami zapoznać, bo w twórczości tej autorki jest coś wyjątkowego. Niemniej, mnie to nie przekonuje, niestety. 


Moja ocena: 3/6


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Novae Res. 



17:17:00

Paulina Machnicka - Zagubiona

Paulina Machnicka - Zagubiona


Miłości nic nie może rozdzielić. Nawet śmierć.

Julia, dwudziestoparoletnia studentka – wychowanka domu dziecka - nie może pogodzić się ze stratą ukochanego. Nie dość, że była świadkiem jego wypadku, to jeszcze wszystko przypomina jej o martwym chłopaku. Najchętniej zanurzyłaby się w ciepłej kołdrze i nie ruszała w ogóle, ale są jeszcze na świecie osoby, które starają się jej pomóc – dwie koleżanki ze studiów i mama jej chłopaka.

Widzi ich starania, ale rozpacz przepełnia ją doszczętnie. W końcu nie zawsze miłość jest czymś, co zdarza się na co dzień. A szczególnie taka, która łączyła Julię i Micah. Bezpretensjonalna i szczera.

Refleksje Julii na temat tego, co jest dla nas ważne i jak bardzo można cierpieć popychają ją do czynu, który staje się dla niej wybawieniem.




Może to przez te oczy na okładce, może zaciekawił mnie tytuł, może opis... sama nie wiem. Byłam zaskoczona biorąc do ręki tę książkę, ponieważ byłam przygotowana na coś obszerniejszego, a tu nagle okazało się, że Zagubiona ma zaledwie osiemdziesiąt osiem stron. Godzina spędzona ze słowami pani Machnickiej, aż tu nagle... koniec.

Tak jak czytamy w opisie, Julia jest studentką, wychowanką domu dziecka, bardzo przywiązaną do mamy swojego chłopaka, Micah. Poznajemy ją w dniu urodzin, w momencie, kiedy pogrąża się w głębokim smutku po stracie ukochanego. W prezencie od niedoszłej teściowej dostaje pamiętnik, który poniekąd staje się jej azylem. Przez równe sześćdziesiąt dni zapisuje w nim słowa, kieruje je do nieżyjącego mężczyzny, zwierza się z uczuć, emocji i lęków. Z czasem też z małych, krótkich, jednak ważnych radości, jakie stanowią dla niej spotkania z przyjaciółkami. 

I więcej Wam nie powiem. 

Zastanawiałam się jak mam się zabrać za recenzję tej książki. Ze względu na to, że jest ona bardzo krótka, nie mogę powiedzieć Wam zbyt wiele, by nie zniechęcić Was do czytania spojlerem. Z drugiej strony - coś powiedzieć wypada. Więc może... sprawdźcie sami, o co w tym wszystkim chodzi. 

Zdaję sobie sprawę z tego, że nie wszystkim tego typu książki mogą się podobać. Jest to dziennik, zapiski młodej, skrzywdzonej przez los dziewczyny, która nie potrafi pogodzić się ze stratą najważniejszej dla niej w życiu osoby. Co za tym idzie - pełno tutaj smutku i melancholii. Powiedziałabym, że moje klimaty. Nie dlatego bynajmniej, że lubię patrzeć na cierpnie innych, ale dlatego, że lubię zagłębiać się w psychikę bohaterów. Julię polubiłam chyba od początku. Dość szybko się do niej przywiązałam, bo dzięki tym słowom pisanym bezpośrednio "przez nią", byłam w stanie wczuć się w jej sytuację. 

Ze względu na tematykę Zagubionej nie powinnam mówić, że jest to lektura lekka i przyjemna, ale szczerze mówiąc... Poniekąd tak właśnie jest. I dlatego trochę się zawiodłam. Jak już wspomniałam na początku, spodziewałam się czegoś obszerniejszego, bo kiedy myślę sobie o utraconej miłości, wydaje mi się, że człowiek wtedy wspomina. Wspomina dużo i dużo chciałby zapisać, by nigdy tego nie zapomnieć. Czy nie tak się dzieje w większości wypadków? Zwłaszcza, że Julia, podobnie jak ja i pewnie wielu z Was, jest miłośniczką słów, autorką niejednego tekstu, a nawet własnej powieści, o której niejednokrotnie wspomina w swoich monologach do Micah. Dlatego, moim zdaniem, tę książkę można by rozwinąć, mocno rozbudować. Zamysł autorki był jednak taki a nie inny, książka jest dobra, tylko ja jako zapalony czytelnik, który trafił na coś, co tematycznie i językowo naprawdę do niego przemawia - po ukończeniu Zagubionej czułam się tak, jakbym właśnie skończyła czytać streszczenie.

Plus, jeszcze jedna sprawa... do samego końca czekałam na przełomowy moment w życiu Julii, kiedy wyjdzie z domu, pokona depresję, zacznie żyć... i jeśli chodzi o zakończenie - nie lubię przewidywalnych książek, ale tutaj, mimo że nie spodziewałam się tego, co się stało - chyba się jednak zawiodłam.

Mimo wszystko, jeśli macie chwilę, lubicie teksty naładowane emocjami, niekoniecznie do końca pozytywnymi, ale z całą pewnością bardzo silnymi - polecam Wam tę pozycję. Dużo czasu Wam to nie zajmie, a zawsze miło zapoznać się z kimś młodym, nowym na rynku, kto bardzo obiecująco się zapowiada.

Moja ocena: 3/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Novae Res. 



Zapraszam na fejsbuka :)