Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kino. Pokaż wszystkie posty

08:45:00

After. 50 twarzy Hardina.

After. 50 twarzy Hardina.


Dodałam w tytule tego posta "50 twarzy Hardina" chyba z wiadomych względów - po obejrzeniu zwiastuna większość widzów spodziewało się nastoletniej wersji Greya, bo zakładam, że celowo były one robione w sposób przyciągający widzów przekonanych o potędze miłości rodem z 50 twarzy. Nic bardziej mylnego. Naprawdę postaram się nie spojlerować, ale o tym powiedzieć musiałam.

Tessa, odwieziona do akademika przez mamę i chłopaka, zafascynowana życiem w wielkim świecie, wcale nie miała w planach poznania faceta swojego życia. Ale przecież początkowo Hardin wcale nie miał się nim stać. Cytując filmweb: Nie jest to przypadkowe porównanie, bowiem schemat narracyjny wygląda z grubsza tak samo jak w "50 twarzach Greya": ona — szara myszka, która lśniące włosy, uroczy uśmiech i nienaganną figurę ukrywa pod nieśmiałym usposobieniem i skromnymi sukienkami, on — nieziemsko przystojny i charyzmatyczny – na skinienie ręki mógłby mieć każdą dziewczynę. Niespodziewanie dla wszystkich (a szczególnie dla siebie samego) on zakochuje się w niej. I choć droga do wspólnego szczęścia przypomina raczej hardkorowy rollercoaster niż romantyczny spacer w blasku księżyca, w imię miłości bohaterowie podejmują walkę o wspólną przyszłość.  


Traktując ten film w typowy sposób, w kategorii new adult, jest to naprawdę dobra produkcja. Zupełnie, moim zdaniem, niespójna z tym, co przekazał i do czego zachęcił zwiastun. Wbrew pozorom, gdybym miała ten film do czegoś porównać, z pewnością nie byłby to Grey, a... (sic!) Szkoła uczuć. Choć fabuła tych dwóch filmów jest zupełnie różna, nie mogłam pozbyć się tego skojarzenia w trakcie seansu, a niewątpliwie było ono spowodowane przedstawieniem sielankowej, pierwszej miłości z drugim dnem. 

Abstrahując od tego, że Josephine Langford jest w tym filmie tak piękna, że nie sposób oderwać od niej wzroku, w parze z Hero Fiennes-Tiffinem stworzyli wiarygodny duet zafascynowanych sobą ludzi sprawiając, że wychodząc z kina pomyślałam (powiedziałam z resztą na głos), że jeśli mam w życiu czegoś żałować to tego, że mnie to już nie spotka. Choć wchodząc do kina czułam się na ten film za stara. 


Ponadto jest to w końcu film o nastolatkach, których grają młodzi ludzie. Nie wiem jak Was, ale mnie nieustannie drażni widok 30-kilku latków odgrywających role licealistów, bo ilekroć na to patrzę razi mnie w oczy brak wiarygodności. A ich bym kupiła, gdyby ktoś mi powiedział, że Hero naprawdę chciał sprawić, że Josephine oszaleje na jego punkcie. 

Oczywiście nie jest to najlepszy film jaki widziałam w życiu. Nie wiem czy zakwalifikowałabym go do zapowiadanego melodramatu, ale jest to dobra propozycja dla chcących przypomnieć sobie nastoletnie uniesienia i jeszcze przez chwilę poczuć ścisk w żołądku. Bo ja lubię patrzeć na zakochanych, zwłaszcza w taki sposób. I fakt, że domyśliłam się clue przy drugim spotkaniu głównych bohaterów, zupełnie mi tego nie popsuł.


Źródło zdjęć: grafika google

23:03:00

The star is born, Narodziny gwiazdy

The star is born, Narodziny gwiazdy

Kilka miesięcy temu, widząc w kinie zwiastun Narodzin gwiazdy, jak zapewne większość (potencjalnych) odbiorców, nie mogłam uwierzyć w to, że kobieta "stojąca przede mną", uśmiechająca się z ekranu, tak zwykła w swojej niezwykłości, jest osobą, której nie lubię od dawien dawna, jeszcze sprzed kreacji mięsnej podczas jednej z gali. Lady Gaga, w związku z tym filmem, od samego początku budziła kontrowersję i z całą pewnością to jej nazwisko, znacznie bardziej niż Coopera, przyciągnie do kina widzów. Czy słusznie? 

Mogłoby się wydawać, że to historia jakich wiele - muzyk, światowej sławy gwiazda rock'n'rolla, będąc pod wpływem dużej ilości alkoholu, w podrzędnej knajpie na przedmieściach spotyka dziewczynę, której talent nie budzi dyskusji, a która niedoceniona przez wytwórnie płytowe, tkwi w martwym punkcie, śpiewając głównie w barach. Nie trzeba widzieć więcej niżeli zwiastun, by nabrać pewności, że tych dwoje ma się ku sobie. Kariera Ally przy Jack'u rozwija się (zbyt) szybko, ale słysząc tę muzyką nie sposób kwestionować tempa, jakie nabrała i miłości, jaka narodziła się w sercach odbiorców. Od seansu próbuję przestać jej słuchać... i klops, replay.


Abstrahując od Gagi, od której nie mogłam oderwać wzroku i Coopera, którego postać ma w tym filmie co najmniej dwojaki wydźwięk, to historia trudnej miłości i wiary tej jednej osoby, że jesteśmy w stanie podbić serca i spełnić swoje marzenia. Do tego oparta na pięknej muzyce i świecie, którego każdy z nas w jakimś stopniu zawsze był ciekaw. 


Czytałam niedawno artykuł o Lady Gadze w Wysokich Obcasach - o kreowaniu wizerunku, problemach z tożsamością, zespole stresu pourazowego i szukania swojego miejsca. Również o marzeniach o zostaniu aktorką. Padło w tym tekście zdanie odnośnie tego, że krytyków filmowych odrzuca w tym filmie wszechobecność Coopera - reżysera, współtwórcy scenariusza, autora piosenek, odtwórcy głównej roli męskiej - a mimo to film ma szansę na trzynaście nominacji do Oscara, podbił serca widzów na festiwalu, gdzie miał swoją premierę i zachwyca nawet tych, którzy podchodzą do niego z największą rezerwą. 

Jest w nim kilka przepięknych scen, nieprzerysowanych, a co najważniejsze - prawdziwych. Nie jest to typowa muzyczna komedia o wschodzącej gwieździe, ale raczej dramat oparty na dźwiękach, przy czym nie mam tu już na myśli jedynie muzyki. Może powinnam tę myśl bardziej rozwinąć, ale - szczerze mówiąc - zupełnie nie chcę tego robić. 


Chciałabym tu zaspojlerować dwie cudowne sceny, ale zanim powiem o trzy słowa za dużo - na koniec dodam już tylko, że nie sposób się tutaj nie wzruszyć. A jeśli ścieżka dźwiękowa pochłonęła Was - jak dużą część odbiorców - przed seansem to ostrzegam, że później będzie już tylko gorzej. 

Widziałam w tym roku całą masę filmów, a mimo to ten zapamiętam jako jeden z najlepszych. Ale na podsumowanie też przyjdzie czas, pewnie w styczniu. 


zdjęcia z filmu: grafika google
gazeta: Wysokie Obcasy nr 12 (79) Grudzień 2018

08:57:00

Serce nie sługa

Serce nie sługa
 
Serce nie sługa to jeden z tych filmów, które chciałam zobaczyć, a który wciąż uciekał mi w gąszczu innych... Mogłabym o nim nie pisać, właściwie przejść obok niego obojętnie, ale... 

„Serce nie sługa” to film o poszukiwaniu miłości. To zabawne i przejmujące spojrzenie na współczesne związki. Związki ludzi, którzy przestali wierzyć w miłość, choć w głębi duszy właśnie na taką prawdziwą miłość czekają. Nie jest jednak łatwo odnaleźć swoją drugą połówkę. Daria i Filip - główni bohaterowie filmu znają się od lat i są najlepszymi przyjaciółmi. Filip to klasyczny „Piotruś Pan” i łamacz damskich serc. Po kolejnej, upojnej nocy, gdy obudzi się obok nowo poznanej dziewczyny, poczuje, że chce zmienić swoje życie i nadać mu sens. Przypomni przyjaciółce propozycję, którą złożył jej kilka lat wcześniej, że jeśli do trzydziestki nie będą w poważnych związkach, to pobiorą się i razem wychowają dziecko. Czy miłość może zacząć się od przyjaźni? Czy faktycznie jest w stanie przetrwać wszystko? A przede wszystkim - czy może trwa wiecznie?

Komedie romantyczne mają to do siebie, że patrzysz na bohaterów i wiesz, że to o nich chodzi - bum, oni muszą być razem. Niemniej nie uważam tego za złe. Taki gatunek, ot co. Daria i Filip mogą być przyjaciółmi przez lata, ale prawda jest taka, że wystarczy na nich spojrzeć, żeby wiedzieć, że przyjaźń to solidny fundament tego co ich łączy, a jednak nie jedyne co jest między nimi. 

Domagała w tym filmie dostał rolę podrywacza, do której kompletnie z początku mi nie pasował. Gąsiorowska rolę sieroty, w którą wpasowała się idealnie. I chociaż jest to jeden z bardziej przewidywalnych z początku filmów - ani on nie był takim wolnym ptakiem ani ona Sierotką Marysią. Może to kwestia tego, że trzeba spotkać człowieka przy którym zapomina się o tym, od czego przez lata uciekamy? 

Wiedziałam jak te film się kończy na długo przed tym zanim na niego poszłam. A jednak, kiedy już poszłam... przyznaję bez bicia, wyłam w kinie. Zdarza się, no cóż. 

Serce nie sługa to opowieść o sile miłości, nie tylko o jej poszukiwaniu. W dodatku różnych rodzajów tej miłości, nie tylko pomiędzy kobietą a mężczyzną. 

Boję się powiedzieć coś więcej, dlatego też więcej nie powiem. Polecam!


źródło zdjęć: grafika google

12:12:00

7 uczuć

7 uczuć
 
Ileż to ja razy mówiłam, że nie jestem fanką komedii nastawionych na rozśmieszenie widza! Coraz częściej łapię się na tym, że sięgając po książki czy chodząc do kina zaczynam stosować filozofię open mind... i wychodzi, niekiedy, naprawdę katastrofalnie. Ale po kolei. 

Strach, złość, smutek, radość, wstręt, zazdrość, wstyd. Adaś Miauczyński powraca do czasów swojego dzieciństwa, kiedy – jak większość z nas – miał spory problem z nazywaniem towarzyszących mu wtedy emocji. Aby poprawić jakość swego dorosłego już życia, postanawia powrócić do tamtego nie do końca – jak się okazuje – beztroskiego okresu, by nauczyć się przeżywania siedmiu podstawowych uczuć. Ta ekstremalnie nieprzewidywalna podróż do przeszłości obfituje w szereg przezabawnych, wręcz komicznych sytuacji, ale niesie za sobą również moc wzruszeń i refleksji.

Postawię dobrą kawę komuś, to wskaże mi moment godzien mocy wzruszeń i refleksji - poza sceną z Bohosiewicz na samym końcu tej produkcji. Generalnie uważam, że gdyby wyrzucić z tego filmu wszystko, co wydarza się przed tą sceną - byłaby to dobra komedia traktująca o ważnych aspektach codziennego życia, o których niby się mówi, a jednak wciąż zapomina. Niestety ten film trwa 117 minut, co stanowi o 100 wcześniejszych wypełnionych paplaniną bez sensu, gdzie "wsadzono" grupę dorosłych - żeby nie powiedzieć podstarzałych - aktorów w rolę dzieci. Ani to zabawne ani w ogóle "jakieś", więc mnie jedynie drażniło. Swoją drogą żaden film nie powodował we mnie tak wielkiej chęci wyjścia z kina jak właśnie 7 uczuć. Mówi się co prawda, że dobry film powinien budzić emocje - dobre, złe, byle silne, ale... tu wyraźnie coś nie zagrało.

Mogłabym powiedzieć, że ma kilka dobrych momentów i że traktuje o ważnych rzeczach. Jak to powiedziała moja kinowa kompanka opowiadając o nim koleżance - ukazuje ważną prawdę dotyczącą tego, że wykształcone w dzieciach wzorce zachowań mają wyraźne zastosowanie w dorosłym życiu człowieka, podobnie jak ciągnące się za nim patologie. No, pewnie, zgadzam się. Ale tę ważną prawdę przysłonił tak gówniany (no przepraszam!) sposób przedstawienia tego, że nie potrafię się na tym skupić. Klops. Nie polecam. Napijcie się lepiej kawy w spokoju.



źródło zdjęć: grafika google 

09:56:00

Dotknij nieba

Dotknij nieba

Podejrzewam, że gdybym od początku miała świadomość, że Dotknij nieba opowiada historię muzyki chrześcijańskiej, mogłabym nie pójść do kina tak chętnie. 

Przy okazji Kleru wspomniałam Wam, że religia w moim odczuciu jest niczym dupa - każdy ma swoją. Do Dotknij nieba bezsprzecznie przyciągnął mnie muzyczny zwiastun i zapowiedź, że jest to historia piosenki, która poruszyła miliardy serc na całym świecie. Nie wiem, czego nie wygooglowałam jej przed seanse, ale... to była dobra decyzja. 

Film odsłania kulisy jej powstania, opowiadając historię jej autora, Barta Millarda. Życie muzyka było burzliwe, pełne wzlotów i upadków. W dzieciństwie był ofiarą przemocy fizycznej ze strony ojca - sfrustrowanego alkoholika, który nie pogodził się z tym, że jego marzenia o karierze sportowej się nie ziściły. W liceum Bart chciał pójść w ślady ojca, co skończyło się kontuzją, która na zawsze wyeliminowała go ze sportu. To wtedy dołączył do kółka dramatycznego, gdzie został odkryty jego talent wokalny. Po ukończeniu szkoły postanowił spróbować swoich sił jako muzyk i w końcu trafił do zespołu MercyMe. Ale sukces nie nadszedł od razu. Zanim narodziła się piosenka, która uczyniła Barta Millarda sławnym, ten musiał się zmierzyć z bolesną przeszłością i, jak sam później wielokrotnie powtarzał, stać się świadkiem działania bożego miłosierdzia.*

Nie jest to może tak wzruszającą produkcja jak pamiętna Szkoła uczuć, w której wiara - tuż obok muzyki - gra jedną z głównych ról, ale z drugiej strony, nie jest to również komedia romantyczna. Choć skłamałabym mówiąc, że brak w tym filmie wzruszeń. Podobnie zresztą ze złością. Nie sposób patrzeć na ekran bez emocji i choć w niejednej recenzji natknęłam się na stwierdzenie, że jest to ciężki film, w którym muzyka łagodzi obyczaje, to mnie zdecydowanie bliżej do dramatów i ciężkiej psychologii niżeli do komedii, których poczucia humoru często nie podzielam (abstrahując od tego, że moje jest podobno specyficzne).


Bart to facet, który poprzez muzykę poszukuje swojego prawdziwego "ja" - bawi, wzrusza, porusza serca słuchaczy i jest przy tym brutalnie prawdziwy, choć nie jest to film stricte biograficzny. Dla twórców Dotknij nieba chrześcijańskie przesłanie miłości, przebaczenia i odkupienia stanowi istotę filmu, dlatego też nie bawią się w subtelności.*

Zdecydowanie jest to propozycja warta uwagi, choć - co nieco mnie dziwi - bardzo szybko wyszła z kina. Szkoda, że dobry film ginie w gąszczu tandety i humoru, pozostając przez wielu niezauważony, ale jeśli będziecie mieli okazję się przy nim zatrzymać - koniecznie sprawdźcie. 

Na koniec dodam już tylko, że jest to produkcja nie tylko dla wierzących i nie tylko dla chrześcijan. Myślę, że wiara nie ma tutaj wbrew pozorom najmniejszego znaczenia.


* filmweb 
źródło zdjęć: grafika google

08:33:00

Juliusz

Juliusz

Juliusz to jeden z tych filmów, na który idziesz, żeby się pośmiać. 
Tytułowym bohaterem jest uporządkowany nauczyciel plastyki (Wojciech Mecwaldowski), którego głównym problemem w życiu jest ojciec (Jan Peszek) – nieustająco imprezujący artysta-malarz. Kiedy senior przeżyje drugi zawał serca, a mimo to odmówi zmiany stylu życia, Juliusz będzie musiał znaleźć sposób na to, by wpłynąć na jego zachowanie. Lekarstwem na bolączki bohatera wydawać się będzie przypadkowo poznana, beztroska lekarz weterynarii – Dorota (Anna Smołowik). Okaże się jednak, że prawdziwe problemy dopiero nadchodzą…*
Nie jestem do końca pewna czy ten opis jest adekwatny do fabuły. A jeśli nawet, jest to duży skrót myślowy. 

Tytułowy Juliusz to pierdoła jakich mało. Miał kiedyś marzenia i jakieś ambicje, które z czasem ustąpiły miejsca monotonii życia i wzięły nad nim górę niespełnione oczekiwania. Film ten przedstawia urywek z życia niby-dorosłych ludzi, którzy zatrzymali się na jakiś etapie, bardziej zbliżonym do okresu nastoletniego niżeli nawet wczesnej dorosłości. Dorota będzie miała dziecko, którego Julek chciałby zostać ojcem, ale nagle okazuje się, że pełnia odpowiedzialności przerasta naszego bohatera... 

Zanim powiem trzy słowa za dużo, zakończę ten opis fabuły. 

Tysiąc razy mówiłam, że nie lubię komedii, a jednak w natłoku pracy stosunkowo często do nich sięgam. Nie sprawia to jednak, że zaczynam darzyć je miłością, a fakt, że widziałam Juliusza już jakiś czas temu i nie zapamiętałam go zbyt dobrze świadczy chyba o całokształcie produkcji... 


* filmweb
źródło zdjęć: grafika google

20:54:00

Kler Wojciecha Smarzowskiego

Kler Wojciecha Smarzowskiego
Miałam ten post napisać wczoraj – zgodnie z planem i terminarzem wpisów ustalonym wiele miesięcy temu. Z jednej strony mogłam to zrobić, z drugiej zwyczajnie zasnęłam zanim dotarłam do klawiatury, a jeszcze jedna kwestia jest taka, że gdybym faktycznie pisała go przed poniedziałkiem, kiedy to w pracy (i nie tylko) dzieliliśmy się opiniami – mogłabym coś pominąć. Lub nie, niemniej jednak byłaby to bardziej subiektywna ocena niżeli (mam nadzieję) będzie. 
Więc – na wstępie – dziś w wiadomościach usłyszałam, że przez weekend Kler zobaczył ponad milion widzów, prześcigając tym samym Nowego oblicza Greya z 2015 roku, na łeb na szyję bijąc pozostałe premiery tego, ubiegłego i jeszcze wcześniejszego roku. Sukces? 
Kilka(naście?) tygodni temu obiło mi się też o uszy, że reklama Kleru została zawieszona w mediach z uwagi na wiele kontrowersji, jakie rodzi ta produkcja. Są pewne (powiedzmy) społeczeństwa i dziedziny wyznające zasadę „nieważne co mówią, byle nie przekręcili nazwiska” (tudzież tytułu, nazywa marki itd.). Zakładam, że trochę tak to działa w tym również przypadku, a poza tym jestem przekonana (co nie od dziś wiadomo), że antyreklama jest tak naprawdę najlepszą reklamą. Tadam, mamy sukces finansowy producentów. 
Do rzeczy – czy warto? 
Moim (i nie tylko) zdaniem – nie całkiem. Po pierwsze, choć oglądam stosunkowo dużo filmów, zwłaszcza w tym roku, jestem trochę ignorantką jeśli chodzi o nazwiska reżyserów (nie zwracam na nie większej uwagi) i choć dziś już wiem, że Smarzowski słynie z tego typu produkcji, myślałam, że będzie w tym filmie… więcej Vegi. Czyli przerysowania, śmieszności na granicy z żałością i zawodu – bynajmniej nie odnośnie produkcji, co może przedstawionego w nim w nieco (lub więcej niż nieco) środowiska. Po drugie, nie do końca odstępstwo od poprzedniego – myślałam, że jest to komedia. Poniekąd właśnie przez podobieństwo do Vegi, które widzę przecież nie tylko ja, bo to nazwisko przewija się w każdej niemal recenzji Kleru, a po drugiego dlatego, że takie wrażenie dał widzom zwiastun. 
Tymczasem iście komediowe sceny kończą się właśnie na zwiastunach, a tym samym na pierwszych kilkunastu minutach filmu, a dalej jest obraz księży. Przy czym, co istotne – nie kleru jako ogółu duchowieństwa (przecież!), ale czterech księży, spośród których jeden jest łasym na pieniądze przedsiębiorcą (oszustem i naciągaczem), chcącym zrobić karierę w Watykanie, drugi wiejskim proboszczem zakochanym w swojej gospodyni, trzeci – oskarżonym o gwałt głęboko wierzącym w Boga i swoje powołanie małomiasteczkowym proboszczem i czwarty – biskup-przedsiębiorca.
Jadąc do kina usłyszałam w radio nadzieję, by „ci wszyscy, którzy pójdą w ten weekend do kina nie głosowali na PiS”. W moim przekonaniu polityka i religia są niczym dupa – każdy ma swoją. I choć powszechnie uważane za tabu tematy wielokrotnie nie stanowią dla mnie tabu – o tych dwóch rozmawiać nie lubię.
W sobotę w nocy słuchałam wywiadu z (jakimś) księdzem, odnośnie Kleru właśnie – kleru jako kleru i Kleru jako filmu. Na zadawane z każdej strony pytanie czy ten film zagraża Kościołowi i odpędzi od niego wiernych odpowiedź w wielu rozmowach jest ta sama – nie zrobi on z chrześcijan ateistów, ani też tych drugich wiarą nie napełni. Czy to w ogóle miał być film o wierze? Nie sądzę. 
Wracając do któregoś z środkowych akapitów powtórzę – nie jest to komedia, ale podobnie jak u tego nieszczęsnego (z uwagi przynajmniej na ciągłe porównania) Vegi, przedstawia wycinek pewnego środowiska, które działa (lub nie działa, jak kto woli) w określony sposób. 
Czy to jest dobry film? 
Zdaniem krytyków – całkiem, zdaniem widzów – nie całkiem. Moim zdaniem nie jest ani dobrze zrobiony, ani dobrze zagrany, a do tego im więcej reklam tym zazwyczaj gorzej wychodzi – ot, taki paradoks. Być może naprawdę dobre filmy bronią się same.
Przeczytałam gdzieś, że Kler ma szansę utwierdzić w swoim przekonaniach osoby, które stronią od Kościoła z uwagi na wątpliwie moralne postawy duchownych i tym, o czym w jego kontekście trzeba powiedzieć jest głównie to, że Kościół tworzą ludzie (w tym miejscu było kilka cytatów duchownych). Padło w tym filmie zdanie, które mogłoby być kwintesencją tego, co w nim ukazano – „Kościół jest święty, ale tworzą go ludzie grzeszni”. 
Nie będę żarliwie bronić tej produkcji, bo uważam, że nie warto. Nie będę jej jednak nikomu odradzać. Zróbcie sobie chociaż tę przyjemność i poczekajcie, aż przez kina „przewalą się” najgorsze tłumy. Może chociaż wtedy odbiór będzie lepszy. 
Na koniec Wam powiem dwie rzeczy – głosy zawodu niosą się nie tylko w moim otoczeniu, ale niosły się również w momencie, kiedy widzowie wstali z foteli w kinie, zanim jeszcze na dobre zapaliło się światło.
A dwa – pół roku temu czytałam Celibat, który to w kontekście zachowań księży polecam Wam dużo bardziej niżeli dwugodzinny, za przeproszeniem, bełkot. 
zdjęcia z filmu: grafika google

19:28:00

Żona

Żona


Dramat to zdecydowanie mój faworyt wśród gatunków filmowych.

Po prawie 40 latach małżeństwa, Joan i Joe Castlemanowie (Glenn Close i Jonathan Pryce) stanowią uzupełniający się wzajemnie duet. Joe lubi brylować, Joan jest nieśmiała. Joe nie przykłada wagi do ubioru, Joan jest zawsze elegancka. Joe jest nieco próżny, Joan skromna. Joe pławi się swoją publiczną rolą jednego z Wielkich Amerykańskich Powieściopisarzy, Joan tymczasem dzieli się swym intelektem, wdziękiem i dyplomacją z prywatnym życiu, spełniając się jako Żona Wielkiego Pisarza. To ona dba o dom, kontakt z dorosłymi już dziećmi, pamięta, by Joe zażył lekarstwa o określonej porze. To prawda, zdarzają jej się gorsze chwile, ale jej naturalna godność i poczucie humoru pozwalają pozostać tym momentom w ukryciu. Rok 1993, Joe dowiaduje się, że jego literacki dorobek zostanie uhonorowany literacką Nagrodą Nobla. Jego gwiazda rozbłysła, kiedy poznał Joan w późnych latach pięćdziesiątych XX wieku. Był wtedy jej (żonatym) nauczycielem. Film zestawia historię pary z ich niezwykłą młodzieńczą pasją i ambicjami oraz portretem tych samych ludzi trzydzieści lat później. Z całym dorobkiem kompromisów, sekretów, zdrad, ale i niezwykłą wzajemną miłością. W drodze do Sztokholmu małżeństwu towarzyszy syn David (Max Irons), aspirujący pisarz, który uważa, że matka nie docenia swego wkładu w karierę męża. A to nie jedyny gość towarzyszący tej podróży. Jest z nimi również Nathaniel Bone (Christian Slater), dziennikarz pracujący nad biografią Castlemana – autoryzowaną lub nie.*

Żona to film ukazujący relację długoletniego małżeństwa opartego... chciałoby się powiedzieć "nie tylko na miłości". Nie chcę tutaj spojlerować, ale to bardzo oględne stwierdzenie. Joe to kawał pajaca bez pomysłu na siebie, który widząc za młodu potencjał jednej ze swoich studentek postanowił wykorzystać jej talent, znajdując oparcie w jej umiejętności redagowania swoich (niezbyt dobrych tekstów). Czterdzieści lat małżeństwa i tej literackiej współpracy przyniosło Joe kilkanaście bestsellerów i nagrodę Nobla, a Joan... cóż, poczucie życia przeciekającego między palcami.

Nie chcę zdradzić za dużo, więc lepiej się przymknę. Ale - polecam!



 * źródło: filmweb
źródło zdjęć: grafika google

19:17:00

Bajecznie bogaci Azjaci

Bajecznie bogaci Azjaci

Pytałam niedawno koleżankę o komedię romantyczną, która pozwoli mi się oderwać od codzienności. Ot, taki film, żeby zwyczajnie się wyłączyć. Co prawda wieczór kiedy padło to pytanie spędziłam z filmami (dwoma) o zupełnie innej, ciężkiej tematyce (koniecznie Wam o nich opowiem!), to później - nie do końca przez przypadek - trafiłam do kina na Bajecznie bogatych Azjatów. Widząc zwiastun spodziewałam się trochę innego rodzaju film, ale okazał się on dokładnie tym, czego wcześniej szukałam. 

Pochodząca z Nowego Jorku Rachel Chu (Wu) zgadza się pojechać ze swoim długoletnim chłopakiem — Nickiem Youngiem (Golding) do Singapuru na ślub jego najlepszego przyjaciela. Rachel cieszy się, że po raz pierwszy zobaczy Azję, ale jednocześnie denerwuje się przed spotkaniem z rodziną Nicka. Ponadto zupełnie niespodziewanie dowiaduje się, że jej chłopak nie wspomniał o kilku kluczowych szczegółach ze swojego życia. Okazuje się, że to nie tylko potomek jednej z najzamożniejszych rodzin w kraju, ale także jeden z najbardziej pożądanych kawalerów. Fakt, że Rachel jest jego dziewczyną, sprawia, że biorą ją za cel zazdrosne panny z towarzystwa, a co gorsze — również niepochwalająca tego związku matka Nicka (Yeoh). Szybko staje się jasne, że chociaż miłości nie można kupić, pieniądze mogą jednak nieźle namieszać.*


Bez żadnych wzniosłych słów - jest to schematyczna komedia romantyczna na miarę współczesnego Kopciuszka, o której - w porównaniu do wielu innych tego typu - chyba nie było zbyt głośno. Rachel poznaje rodzinę Nicka i uświadamia sobie, że choć dla większości ludzi świat nie dzieli się na zamożnych i mniej zamożnych - z perspektywy potentatów finansowych wiele spraw wygląda zgoła inaczej. 

Ładny film, ładni aktorzy, nieźle zagrany... Ale komedie romantyczne mają już to do siebie, że nie chcąc zdradzać zbyt wiele z fabuły zwyczajnie nie można powiedzieć o nich nic więcej.

W każdym razie, na luźny wieczór w samotności czy przyjacielskie popołudnie - polecam. 



* źródło: cinema city
źródło zdjęć: grafika google

08:02:00

Nieposłuszne

Nieposłuszne

Ileż to razy wspomniałam Wam już, że lubię trudne treści? Czy to książek (o których - wiem - stanowczo za mało piszę ostatnimi czasy), czy filmów. Skupiam na nich swoją uwagę z kilku względów, które sprowadzają się głównie do braku czasu i siły na czytanie. Wiem, wiem! Z tym brakiem czasu to zawsze jest tak, że mamy go na dane rzeczy tyle, ile chcemy znaleźć... No cóż, rzucę jednak ten kamień - nie chce mi się. Ot co. 

Nieposłuszne to kolejna kinowa propozycja (która wyszła z kin zanim zebrałam się do tego, by cokolwiek o niej opowiedzieć), opowiadająca historię konserwatywnego żydowskiego środowiska, z którego Roni wyrwała się za młodu, a do którego wraca w momencie otrzymania wiadomości o śmierci ojca, z którym od dawna nie utrzymywała kontaktu. Zderzenie jej otwartego świata ze społecznością, w której nie ma miejsca na konwenanse zdaje się dotkliwe nie tylko dla niej, ale również dla widza.


Odniosłam podczas tego filmu wrażenie, że osoby niezorientowane i nie znające żydowskich tradycji (w tym z resztą ja sama), nie będą w stanie do końca zrozumieć, o co im naprawdę chodzi. Im - bohaterom, tkwiącym w przekazywanych od pokoleń przekonaniach. Możemy patrzeć na nich "swoim okiem", nie rozumieć i niekiedy nawet denerwować się na tę wszechobecną szarość życia i zabijającą wewnętrzne pragnienia rutynę, ale... każdy z nas został przecież osadzony w jakichś ramach. Tyle, że (zazwyczaj!) mniej wyraźnych. 

Nieposłuszne to taki film, o którym pierwotnie w tym zdaniu chciałam napisać "trudny", a z drugiej strony zastanawiam się w tej chwili czy bardziej trudny, bo niezrozumiały dla wszystkich czy może jednak zbyt oględny. Niemniej jednak, to dobra pozycja, której ocen na filmwebie (co ja mam z tym filmwebem?) trochę nie rozumiem. 

źródło zdjęć: grafika google 


15:32:00

Na głęboką wodę

Na głęboką wodę

Odkopałam ten tytuł z lipcowych szkiców, chociaż wydawało mi się, że zdążyłam ten post napisać i opublikować... No cóż, pamięć mam dobrą, ale krótką. Albo i nie? Ustalmy, że to w tej chwili nieistotne, a później pomyślę o zakupie lecytyny. 

Clare i Donald Crowhurst to szczęśliwe i zakochane w sobie małżeństwo z trójką dzieci. Gdy rodzinny biznes plajtuje Donald decyduje się na ryzykowny krok, by zapewnić byt rodzinie. Pomysłowy wynalazca, weekendowy żeglarz postanawia wziąć udział w żeglarskim wyścigu dookoła świata - Sunday Times Golden Globe. Bez doświadczenia, bez przygotowania, nie zbaczając z trasy musi przetrwać samotną podróż i wygrać wyścig. Donald za wszelką cenę chce osiągnąć sukces, którym zasłuży na podziw najbliższych. Wspierany przez ukochaną żonę i kibicujące mu dzieci wyrusza w niebezpieczną podróż. Na co zdobędzie, by wygrać z żywiołem i nie zawieść tych, na którym najbardziej mu zależy? *

Magazyn Sunday Times ogłasza konkurs, w którym pokaźną nagrodę może zgarnąć osoba, która samotnie opłynie glob żaglówką, nie zatrzymując się po drodze. Choć życie Donalda wydaje się spełnione, jego marzenia, ambicje i chęć oderwania się od szarości codziennych obowiązków skłaniają go do podjęcia wyzwania. Zanim jednak ukończy budowę łodzi, pierwsi żeglarze są już w pół drogi. Czasu coraz mniej, pracy nie ubywa, przygotowania kończą się przed całkowitym ukończeniem budowy...  

Na głęboką wodę to historia samotności, stawiania czoła własnym słabościom i tęsknoty za oczekiwaniami. Nie jest to jeden z tego typu filmów, w których od marzenia do realizacji wystarczy przebyć zaledwie kilka kroków, a odwaga stanowi napęd dla całej wprawionej w ruch machiny dobrych zdarzeń. To opowieść o trudnościach i o tym, że wyobrażenia nie zawsze idą w parze z rzeczywistością. Trochę też historia rodziny, ponieważ decyzja Donalda zaważyła nie tylko na nim samym... 

Na uwagę zasługuje również fakt, że to historia oparta na prawdziwych wydarzeniach. Zdecydowanie potęguje to w widzach niektóre emocje...


* filmweb.pl 
źródło zdjęć: grafika google

08:15:00

Odnajdę Cię

Odnajdę Cię
 
Kolejna produkcja kinowa, tym razem polska. Odnajdę Cię to historia matki policjantki ruszającej w pogoń za porwaną, przetrzymywaną w upiornym miejscu nastoletnią córką, której warunkiem uwolnienia jest wystawienie świadka koronnego - byłego żołnierza. 

Z przykrością stwierdzam, że nie mam w tym temacie nic więcej do powiedzenia. 

A tak na poważnie - Odnajdę Cię to 80-minutowa produkcja, której pół godziny więcej stałoby się dla mnie nieznośne. O ile mogę tak powiedzieć, to film nakręcony w stylu starych (dobrych?) Kryminalnych, którzy nigdy nie przypadli mi do gustu, do którego zwiastuna - klasycznie - wybrano najciekawsze sceny, a który w trakcie okazał się zbędnie przedłożonym, miałkim, wątpliwym kinem akcji. Choć podobno jest to film na pograniczu thrillera i sensacji. Jak dla mnie tej drugiej zabrakło całkowicie. 

Więcej nie powiem, bo szkoda mi czasu. A może jeszcze jedno, pytanie na odchodne: kiedy powstanie w tym kraju film bez Stramowskiego? 


źródło zdjęć: grafika google

07:57:00

Krzysiu, gdzie jesteś?

Krzysiu, gdzie jesteś?

 
Kubuś Puchatek A.A. Milne'a to klasyka gatunku, której nikomu nie trzeba przedstawiać. Wiele lat temu czytałam książkę o przygodach tego misia i choć bajki nigdy specjalnie nie lubiłam, książkę sobie ukochałam. Myślę też, że chyba od samego początku moją ulubioną postacią bynajmniej nie był Kubuś ani Tygrysek, ale... Kłapouchy. I tak mam chyba do dziś, bo przecież dorośli też mogą lubić bajki. Bo czemu nie!

W piątek miała premierę najnowsza wersja tej opowieści - Krzysiu, gdzie jesteś? Historia Krzysia, wyrwanego ze Stuwiekowego lasu (a gr! jak mnie drażniło, że on nie jest Stumilowy!) do szkoły z internatem, który trzydzieści lat później spotyka swojego przyjaciela z dzieciństwa... na jednej z londyńskich ławek, tuż pod starym dębem naprzeciw swojego domu. 


Krzysiu, gdzie jesteś? to weekend wyjęty z życia czterdziestolatka, który pogrążony w pracy, chcąc zapracować na przyszłość swojej rodziny, zapomniał co w życiu jest naprawdę ważne. I ten miś o niewielkim rozumku okazał się misiem o naprawdę wielkim sercu, na nowo pokazując swojemu przyjacielowi, że z nicnierobienia powstają niekiedy najlepsze cosie. 

Wiecie, co Wam powiem? Z początku, kiedy rzuciłam pomysł, by wybrać się do kina na tę właśnie produkcję, ludzie się ze mnie śmiali. Ostatecznie spędziłam cudowny wieczór śmiejąc się i wzruszając na zmianę i stwierdzam, że gdybym z dzieciństwa pamiętała takiego właśnie Puchatka, lubiłabym go wtedy dużo bardziej. 

Polecam!



źródło zdjęć: grafika google

17:34:00

Whitney

Whitney

Miesiąc mnie tu nie było! Trochę dlatego, że pochłonęła mnie praca, a trochę dlatego, że... są wakacje. Zastanawiam się właśnie, czy określenie "wakacji" dotyczy tylko uczniów i studentów, czy mimo upływu czasu wszyscy możemy dalej używać tego słowa? W każdym razie - mam za sobą trochę nauki, sporo pracy i dwa wyjazdy, ale gdzieś pomiędzy tym wszystkim dwa filmy i książkę. Na rozruch zacznę od kina.

Ileż razy już Wam wspomniałam, że nie jestem fanką biografii? Co prawda mówiłam to bardziej przy okazji książek, ale ilekroć sięgam po coś z gatunku... czuję się chyba zmęczona.

Jedną z kinowych nowości (swoją drogą w kinie jest jakiś zastój, nie bardzo mam co wybrać...) jest Whitney - dokumentalna produkcja poświęcona życiu Whitney Houston. Zakładam - zapewne słusznie - że nikomu nie trzeba tej Pani przedstawiać. Głównie dlatego też postanowiłam wybrać się do kina, choć spodziewałam się czegoś innego.

Whitney to zbiór wspomnień o dziewczynie, która podbiła serca melomanów (i nie tylko) na całym świecie. Opowieść bliskich jej ludzi o początkach kariery, kiełkującej miłości, macierzyństwie i trudach życia w blasku fleszy, które to w pewnym momencie wzięły górę nad marzeniami. Gdzieś w trakcie rozmyślań po seansie przypomniała mi się biografia Ani Przybylskiej, która została wychwalona... chyba nieco na wyrost. Nie zrozumcie mnie źle. Do żadnej z tych kobiet - jako kobiet czy artystek - nic nie mam, choć nie ma najmniejszego sensu porównywanie ich ze sobą, jednak sposób opowieści jest podobny. Cudowna, ukochana przez miliony kobieta, o której nawet po czasie nikt nie chce mówić źle. 

Whitney to w większości opowieść o karierze, choć nie zabrakło w niej miłości i macierzyństwa - już o tym wspomniałam. Dość oględnie opowiedziano tam o problemach z uzależnieniami, o trapiących tę dziewczynę problemach i brutalnej rzeczywistości, która ucięła początkową utopię. 

Nie mnie oceniać życie, nie chcę i nie będę tego robić. Myślałam po prostu, że ten film pokaże więcej... życia w życiu. Nie potrafię tego chyba określić. Nie polecam szczególnie, nie zachwyca.


źródło zdjęć: grafika google

08:04:00

I że Ci nie odpuszczę

I że Ci nie odpuszczę
 
Następnym filmem na jaki wybiorę się do kina z pewnością nie będzie komedia. Ale póki co, mam dziś recenzję trzeciej z kolei - I że Ci nie odpuszczę. Nie mylić ze Sparksem, absolutnie!

Leonardo to bogaty dupek, który poza czubkiem swojego nosa widzi już tylko barek i seksowne modelki. Choć wszystko to przez pryzmat pieniędzy, których w dodatku nie zarobił sam. Syn potentata w branży budowlanej imprezuje na jachcie, który po kolejnej imprezie przyszła sprzątnąć Kate - mama trzech dojrzewających dziewczynek, która chcąc utrzymać rodzinę łapię się wielu zajęć jednocześnie, marząc o pracy pielęgniarki. Przygotowania do egzaminu zawodowego nie są jednak takie proste, kiedy z jednej pracy pędzi do drugiej... Kiedy spotyka Leonarda, jej życie przewraca się do góry nogami. Choć z początku to ona jest ofiarą - wyrzucona za burtę odbijającego od brzegu jachtu - z lekką dozą niedowierzania we własne decyzje przyjmuje pomysł koleżanki, by wmówić mężczyźnie małżeństwo, kiedy kilka dni później to on, wypadając za burtę, traci pamięć. I chociaż sposób bycia mu się nie zmienił, przyjmuje na siebie obowiązki wynikające z bycia głową rodziny - mężem i ojcem, panem domu, utrzymującym trzy muszkieterki i żonę, z którą nie czuje żadnej więzi...



I że Ci nie odpuszczę to humorystyczna komedia romantyczna, w której od początku bardzo denerwował mnie sposób bycia głównego bohatera, a który z czasem okazał się świetnym facetem. Wiecie, że kiedy zaczął zachowywać się jak człowiek, a przestał jak nadęty, zapatrzony w siebie bufon, wydał mi się nawet przystojniejszy? 

Myślę, że jest to jeden z tych filmów, który pozytywnie zaskakuje, na którym - choć nie jest na to nastawiony - można się nawet wzruszyć. Ostatecznie przecież bestia okazała się (wewnątrz) pięknym człowiekiem. Cóż za metafora! Niby przypadkiem, a jednak trafia w punkt. 

Nie opowiadam więcej, ale jako luźny film na popołudnie czy wieczór, polecam :) 



źródło zdjęć: grafika google

08:00:00

Berek

Berek

Ileż to razy wspomniałam Wam, że nie jestem fanką nastawionych na salwy śmiechu komedii? Szczerze mówiąc lubię chyba tylko jedną. Kiedy we wtorek, wchodząc na stronę kina, usłyszałam nad uchem: coś w stylu Kac Vegas uznałam, że okej, chętnie wybiorę się na coś, nad czym nie trzeba się zastanawiać. I tak oto trafiłam na Berka. 

Hogan Malloy, Randy Cilliano, Kevin Sable, Jerry Pierce i Bob Callahan. Pięciu wychowanych ze sobą facetów, którzy po 30 latach wciąż grają w tytułowego berka. Jeden z nich ma żonę, dwóch pieniądze i pracę marzeń, Randy poszukuje swojego miejsca w świecie, a Kevin dobrej terapii. Przez jeden miesiąc w roku, choćby przez pozostałe jedenaście się nie widzieli, ganiają się i podstępem przekazują sobie "pałeczkę", doskonale się przy tym bawiąc. Zwłaszcza Jerry, który przez ponad ćwierć wieku nigdy nie dał się złapać. Tym razem pozostała czwórka zawiązuje lekki spisek, by wreszcie "go dorwać", zwłaszcza, że ostatni dzień maja okazuje się również dniem jego ślubu. Co za tym idzie - dość łatwo będzie go znaleźć. Przynajmniej pozornie... 


Nie będę opowiadać Wam tego, co się działo. Generalnie wciąż bawi mnie fakt, że ten film oparto na prawdziwej historii (w rzeczywistości tylko tych mężczyzn było więcej). Dość wolno się rozkręcał, a może ściślej rzecz ujmując niewiele nowego działo się w trakcie poza tym, że jeden gonił drugiego. Jest tu kilka elementów wyrwanych z kina akcji, które moim zdaniem nie pasują do całej reszty i kilka rzeczy wziętych zbyt serio. Ale, może nie umiem tego docenić? 

Niewątpliwie można się trochę pośmiać, dużo pouśmiechać i - co zakładałam kupując bilet - wyłączyć na chwilę szare komórki. Chyba o to chodzi w komediach, choć dla mnie to raczej średniak.  


źródło zdjęć: grafika google

14:24:00

Jestem taka piękna!

Jestem taka piękna!

Nie będąc fanką komedii, nie mogłam się tego filmu doczekać. 

Renee Bennett (Amy Schumer) każdego dnia boleśnie doświadcza, jak to jest być przeciętniaczką w Nowym Jorku – mieście faworyzującym pięknych i bogatych. Wszystko zmienia się, gdy na zajęciach fitness spada z rowerka treningowego, uderza się w głowę i traci przytomność. Kiedy odzyskuje świadomość i spogląda w lustro, wprost nie może uwierzyć. Jej nogi są szczupłe i opalone, włosy jedwabiste, a podbródek idealnie ukształtowany. Jednym słowem – jest zjawiskowo piękna! Problem w tym, że… tak naprawdę nic się nie zmieniło. Dla całego świata Renee nadal wygląda tak samo. Jednak bohaterka, przekonana o rzekomym cudzie, przechodzi totalną metamorfozę. Z szarej myszki staje się wyzwoloną i pewną siebie kobietą, której śmiałość i energia robią piorunujące wrażenie na wszystkich, począwszy od jej słodkiego chłopaka – Ethana (Rory Scovel), a skończywszy na atrakcyjnej szefowej – Avery Leclair (Michelle Williams). Z czasem Renee, która dzięki awansom pnie się w górę w firmie kosmetycznej, zaczyna spoglądać z wyższością na świat i innych ludzi. Czy to możliwe, żeby stając się „piękną”, dopuściła do głosu „brzydszą” część swojej osobowości?

Gratuluję komuś, kto pisał opis tego filmu i spłycił go tak bardzo, że gdybym czytała go przed seansem, trzy razy zastanowiłabym się, czy iść do kina. 


Jestem taka piękna to historia Renee, która - piękna w środku - nie może pogodzić się z tym, że nie wygląda jak dziewczyny z okładek. Motywacyjne hasła na fitnessie sprawiają, że całą energię skupia na swojej metamorfozie i kiedy odzyskuje przytomność po felernym upadku, widzi siebie w zupełnie innym świetle. Mało tego! Ona naprawdę inaczej wygląda. Choćby fizycznie nic się nie zmieniło, pewność siebie i uśmiech sprawiają, że staje się jednak atrakcyjniejszą kobietą. Dzięki pewności siebie poznaje Ethana, zmienia pracę - z ciemnej piwnicy w Bronxie wychodzi do recepcji głównej siedziby firmy kosmetycznej, stając się jednocześnie jej wizytówką (zasiada przecież "na wejściu"). A to dopiero początek wielkiej przygody, która nie udałaby się, gdyby... 


... okazało się, że "czar" i piękne nie zostały dane na zawsze. Kolejny upadek powoduje, że Renee wraca "do siebie", znów ma nadwagę, dwa podbródki, nieidealną cerę i mniej lśniące włosy. Bardziej trafnym od pytania Czy to możliwe, żeby stając się „piękną”, dopuściła do głosu „brzydszą” część swojej osobowości? byłoby tutaj: Czy to możliwe, że o "pięknie" stanowi jedynie fizyczność? 

Jest to komedia, w której nie brakuje zabawnych dialogów i sytuacji, a jednocześnie jest to film niosący za sobą pewne przesłanie. Zanim jednak powiem za dużo, zachęcam Was, byście sami się o tym przekonali. Moim zdaniem, warto.


źródło zdjęć: grafika google.

14:02:00

Ocean's 8

Ocean's 8

Pięć lat, osiem miesięcy, 12 dni... 

Dokładnie tyle czasu zajęło Debbie Ocean (Sandra Bullock) zaplanowanie największego skoku w jej życiu. Do jego realizacji potrzebuje pomocy najlepszych specjalistów w swoim fachu. Szczególnie swojej wspólniczki Lou Miller (Cate Blanchett). W ekipie najlepszych z najlepszych znalazły się: jubilerka Amita (Mindy Kaling) i oszustka uliczna Constance (Awkwafina). Dołączyły do nich paserka Tammy (Sarah Paulson), hakerka Nine Ball (Rihanna) oraz projektantka mody Rose (Helena Bohnam Carter). Cel to warty około 150 milionów dolarów diamentowy naszyjnik. Podczas imprezy roku — Gala Met, będzie go miała na sobie światowej sławy aktorka Daphne Kluger (Anne Hathaway). Plan wygląda perfekcyjnie, jednak nie ma w nim miejsca na najdrobniejszy błąd. Zwłaszcza jeśli dziewczyny chcą niepostrzeżenie wynieść z gali diamenty warte 150 milionów dolarów… i to na oczach wszystkich zebranych.

 – Nie robicie tego ani dla mnie, ani dla siebie. Gdzieś na świecie 8-letnia dziewczynka marzy teraz o karierze kryminalistki. Robicie to dla niej – mówi Debbie Ocean na chwilę przed tym, zanim pięcioipółletni plan udało jej się wcielić w życie. 


Zobaczyłam zwiastun tego filmu i zanim jeszcze pomyślałam, że ani nie widziałam poprzednich Ocean's, ani nawet nie jestem fanką tego typu produkcji postanowiłam, że muszę go zobaczyć. Debbie wychodzi z więzienia pewna tego, że snuty latami plan skoku wszech czasów musi się udać. Brakuje jej tylko ludzi. Konkretnie - sześciu kobiet o wyjątkowych zdolnościach, dla których dawno już zaplanowała miejsce... 

Żeby opowiedzieć Wam fabułę tego filmu musiałabym zdradzić stanowczo zbyt wiele i obawiam się, że nie miałoby już sensu go później oglądać. W każdym razie jest to produkcja oparta na sile kobiet i nastawiona na pokazanie widzowi może nie tyle bezwzględności, co umiejętności perswazji i - co udało mi się przeczytać o nim wcześniej w sieci - chęci emancypacji. Trochę się zgadzam, chociaż nie do końca, a generalnie to uważam, że wyzwania czynią życie ciekawszym. Może niekoniecznie chciałabym kraść wart 150 mln naszyjnik z szyi wielkiej gwiazdy, na oczach śmietanki towarzyskiej... chociaż, może, nie wypada mówić o tym głośno, więc i pisać nie będę.

Nie przejdzie tu również bez echa obsada i sposób wykreowania bohaterek, które - po pierwsze - mają swoją osobowość, po drugie - są naprawdę wyraziste, każda z osobna, choć na swój sposób. I jak one wyglądają! Ona, zwłaszcza, Sandra Bullock, której może nie jestem wielką fanką i nie wypatruję jej za wszelką cenę, ale od której w tej produkcji nie mogłam oderwać wzroku. 

Podsumowując sądzę, że jest to fajna nieromantyczna produkcja o kobietach w roli głównej, poprowadzona na całkiem niezłym poziomie. Choć to dalej nie szczyt mojego kinowego gustu. Ale fajnie zobaczyć coś innego, raz kiedy.


źródło zdjęć: grafika google.

08:45:00

Pozycja obowiązkowa

Pozycja obowiązkowa

Mając pewne zaległości w recenzjach kinowych zacznę od tej, która najwcześniej weszła do kin - Pozycji obowiązkowej. 

Wspomniałam niedawno, przywodząc na myśl Grey'a, że mam pewien uraz do szarych historii. Tymczasem w najnowszym filmie Billa Holdermana to właśnie opowieść Christiana i Any stanowi tytułową pozycję obowiązkową.

Podobno dla wielu kobiet życie dzieli się na „przed” i „po” Greyu. Wygląda na to, że nawet te naprawdę doświadczone, wiele mogą się od niego nauczyć. Cztery wieloletnie przyjaciółki raz w miesiącu spotykają się w stworzonym na własny użytek klubie czytelniczym. Niejedno już w życiu widziały, przeczytały i przeżyły, ale „Pięćdziesiąt twarzy Greya” okaże się w ich przypadku pozycją wyjątkowo inspirującą. Początkowo nieco onieśmielone, szybko dają się zauroczyć Christianowi Greyowi i jego zmysłowej pomysłowości. A ponieważ, jak wiadomo, życie jest krótkie, panie postanawiają nie tracić czasu i odkryć nowe twarze miłości. I choć z pewnością nie każdy facet to Grey, to niejednemu warto dać szansę… Miłość ma znacznie więcej niż 50 twarzy.
 
 
One są cztery, on jest jeden. On - Grey. One - Diane, wdowa, matka dwóch nadopiekuńczych córek, która raz już kogoś kochała; Sharon, rozwódka, która skrycie, również przed samą sobą, wciąż kocha byłego męża; Carol, mężatka, przechodząca aktualnie kryzys w długoletnim związki i Vivian, która nigdy nie wyszła za mąż i miłość uznaje jedynie w jednej formie, nie więcej niż na kilka wieczorów. Pozornie skrajnie różne, złączne jednak w przyjaźni, która trwa od wielu lat. Poza tą więzią, która nie ma przecież definicji, łączy je coś jeszcze - miłość do literatury. Kiedy jedna na spotkanie nieformalnego klubu książki przynosi powieść E.L. James okazuje się, że nawet tak niemądra historia niesie w sobie mądrość i ma szansę zmienić życie każdej z bohaterek. A przynajmniej wydarzyło się w tym, nie innym momencie. 
 

Zauważyłam właśnie, że nabrałam tendencji do podobnych zwrotów w ukazujących się tu recenzjach. Postaram się nad tym zapanować. Generalnie Kiedy znów się spotkamy to historia, poniekąd, wiary w siebie i swoje możliwości. Diane, Sharon, Carol i Vivian to emerytki, które nie zamierzają bynajmniej czekać na żadne lepsze jutro, ani tym bardziej zamykać się w przeświadczeniu, że najlepszy czas już minął. Każda z nich, trochę pod wpływem Grey'a, ale tak naprawdę to jedynie w momencie jego czytania, chce zmienić coś w swoim życiu i pewien - momentami niewiarygodny - zbieg okoliczności im to już umożliwi.

Żeby nie było, że znów tylko chwalę - Diane Keaton jest jedną z moich najbardziej nie-ulubionych aktorek i choć nie chcę ujmować jej umiejętności, działa mi ona na nerwy. Po pierwsze jako aktorka, po drugie jako postać. Vivian i Carol to silne osobowości (szczególnie ta pierwsza, choć - oczywiście! - ma swoje słabości), Diane i Sharon to takie... ciepłe kluchy. Nie lubię takich bohaterów, głównie z tego względu, że ekran skutecznie uniemożliwia mi - niestety! - wymierzenie im policzka, kiedy już naprawdę same się o to proszą. Niemniej jednak jest to całkiem sympatyczna komedia, na której można się pośmiać, a które nie jest śmieszna w ten irytujący, dla mnie osobiście wymuszony, sposób. 

Unlimited w kinie zrobił tu swoje (ileż ja dzięki niemu obejrzałam filmów!), ale szczerze mówiąc nie wiem, czy nie mając tej karty bym się na to wybrała. Albo - z całą pewnością nie. I nie straciłabym specjalnie dużo... 

Generalnie już kończę, ale chcę Wam jeszcze zwrócić uwagę na kwestię coraz częściej przedstawianą w filmach - wieku. Myślę, że pokazywanie młodym ludziom, że sześćdziesiątka to nie koniec świata i nie musi oznaczać zamknięcia się (rodziców, dziadków, itd.) w domu. Plus!