Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

14:23:00

A może morze?

A może morze?

Cześć!

Ile ja razy mówiłam, że przyjdzie czas, kiedy Mellod stanie się miejscem wypełnionym nie tylko książkami! Więc, powiedzmy, przyszedł czas. Jako bloger marnotrawny wracam po długiej nieobecności, w której wbrew pozorom nie zamknęłam się w domu bez dostępu do życia kulturalnego, ale... trochę mi było nie po drodze do dzielenia się z Wami rzeczami, które wcale mnie nie zachwyciły. Może zarówno ja, jak i to miejsce, potrzebowaliśmy tej przerwy.

Napisałam dla Was recenzję ostatniej nowości kinowej, After, która zgodnie z nowym harmonogramem postów pojawi się w piątek, a dziś przychodzę z inspiracją na majówkę, która u mnie ziściła się w przedświąteczny a pourodzinowy piątek - dla niektórych przereklamowane, dla mnie wciąż piękne Trójmiasto.




 


Lubicie? 

08:49:00

Część czwarta. Tajlandia - must see & doing - subiektywnie

Część czwarta. Tajlandia - must see & doing - subiektywnie


Ten post u każdego, kto odwiedził ten wspaniały kraj, wyglądałby inaczej. Chciałabym po krótce przestawić Wam, co mnie najbardziej oczarowało i co polecam każdemu, który szuka pomysłu na niezapomnianą podróż. Trzy tygodnie to było zdecydowanie za mało by spróbować wszystkiego i zobaczyć każdą pozycję z naszej listy, ale są takie rzeczy, które widzę, gdy tylko zamykam oczy.


  • Szejki ze świeżych owoców
    Zakochałam się w nich do tego stopnia, że piłam codziennie. Przygotowywane z obranych na naszych oczach owoców, zmiksowane z lodem, stanowią cudowne orzeźwienie w gorące dni.

    Cena:
    od 3 zł w Chiang Mai do 7 w Bangkoku
  • Kurs gotowania
    My odbyliśmy nasz w Chiang Mai, tam podobno są najlepsze. Wiele zabawy i baaaardzo dużo jedzenia!

    Cena:
    80-150 zł
  • Koh Phi Phi i Maya Bay
    To także musiało znaleźć się w zestawieniu. W końcu to widział każdy. I dobrze mieć miejsce w takim cudownym kraju do którego nie chciałoby się wrócić, prawda?
  • Spotkanie z małpami
    Możliwe jest w wielu miejscach – w Tajlandii małpy są wszędzie. Nasze najbliższe spotkanie odbyło się na Monkey Beach na wyżej wymienionej Koh Phi Phi. Każdy powinien się przekonać jak wredne są te małe istoty.

  • Plaża przy lotnisku w Phuket
    Jeśli ktoś przylatuje/odlatuje właśnie stamtąd warto się wybrać. Kąpiel tuż pod lądującym/startującym samolotem pozostanie w pamięci na pewno na długo. Lata ich aż tyle, że można próbować uchwycić idealnie zdjęcie.

  • Tajskie red curry
    Nie uwierzę, jeśli ktoś powie mi, że jadł coś cudowniejszego, niż to danie przygotowywane na każdym kroku. Podawane w misce w formie zupy, z ryżem na drugim talerzyku. Gęste i pikantne. Dla samego tego jedzenia mogłabym zostać tam całe życie.
    Cena:
    3-15 zł
  • Nocleg w domku na drzewie w Khao Sok
    Sam las deszczowy jest wspaniały, ale ten nocleg skradł nam serca. Odgłosy dżungi i domek na drzewie na zawsze zostaną w naszej pamięci. Na jeziorze znajdującym się w parku można nocować także w pływającej chatce.

    Cena:
    ok. 220 zł za noc dla 2 osób

  • Sanktuarium słoni
    Dla mnie punkt obowiązkowy. Z dala od ujeżdżanych przez bezlitosnych turystów można spędzić z tymi wspaniałymi zwierzętami niezapomniany dzień. Zwykle nie są to tanie jak na Tajlandię przyjemności, ale trzeba zdać sobie sprawę, że większość tych pieniędzy idzie na utrzymanie sanktuarium, dla którego turyści są jedynym źródłem dochodu. W naszej wersji wycieczki mieliśmy zapomniany dojazd do wioski (1,5 h od Chiang Mai) z odbiorem z hotelu, karmienie i spacer, następnie smaczny obiad, błotne spa i kąpiel w rzece (fantastyczne, pisałam o tym wcześniej), a także, już niestety bez słoni, pływanie w wodospadzie.
    Cena:
    ok. 250 zł
  • (Prawie) bezludna wyspa
    Wyspy bez tłumu turystów oczarowały nas najbardziej. Żadnych dróg, żadnych samochodów, nieliczni turyści, dżungla, piasek (…i gekony). U nas były to Kradan i Ngai, ale wybór takich miejsc jest spory!
A co skradło Wasze serca?



13:39:00

Część trzecia - komercja zabija

Część trzecia - komercja zabija

Koh Phi Phi widział każdy, kto odwiedza Tajlandię, więc nam też wypadało, prawda? Stały bywalec rankingów najpiękniejszych miejsc na świecie, najlepszych plaż w Azji i takie tam. Ruszyliśmy. Dopłynęliśmy. I głośno zapłakaliśmy… Od Mielna w lipcu odróżnia się tylko tym, że jest nieprzerwanie ciepło. I tyle. Stragan na straganie, na przemian z pseudo barem i studiem tatuażu (patrząc na stan BHP przy czymkolwiek, podziwiam ludzi, ja nawet za darmo bym nie dała się ukuć, mimo setek pięknych wzorów, które oferowali). Ze ścian naszego pokoju można było nożem wycinać grzyba, nie miał okien, klima się zepsuła, a sen był niestety niemożliwy, jak w całej okolicy. Punkt widokowy znajdujący się wysoko, wysoko w górze był bardzo ładny, niestety nie było nawet wolnego kamienia, żeby usiąść. Ludzie już nie byli tajsko mili, po raz pierwszy odbyliśmy tam bardzo głośną awanturę z właścicielką „pensjonatu”. W oczach widać tylko bahty, zamiast radości z życia.


Rankiem postanowiliśmy wynająć Taja i jego long boat i ruszyć na wyprawę na Maya Bay, raj na Ziemi ukazany w Niebiańskiej plaży. Warto się udać rano, później są tłumy. No więc byliśmy rano. Godzina 7, słońce jeszcze nie wstało, wpływamy w skały i ukazuje nam się… milion łódek. Dziesiątki ludzi. I odpływ. Spędziliśmy tam całe 20 minut (które kosztuje 30 zł na osobę, ale to szczegół) i czas uciekać. Cudownych zdjęć nie przywieźliśmy.


W drodze powrotnej podpłynęliśmy na Monkey Beach, odwiedzić spotkane już wcześniej kilkukrotnie zwierzątka. Będzie miło, porobimy sobie zdjęcia. Uświadomieni wcześniej, że lubią one słodycze i piwo, zaopatrzyliśmy się w paczkę chipsów. Wyciągnęłam je z plecaka. I.. i tyle je widziałam. Małe, słodkie małpki to krwiożercze potwory, największy z nich rzucił się na mnie, wyrwał mi paczkę (i trochę włosów…) i poszedł delektować się swoim przysmakiem, zerkając co chwilę co jeszcze dla nich przygotowaliśmy. Postawienie kroku na plaży wiązało się z atakiem. Niektórzy ryzykowali, ale świadomość, że zadrapanie/ugryzienie małej małpki = zastrzyk na malarię = 1000 PLN, zdecydowanie zniechęciły. 


Wróciliśmy wcześnie, położyliśmy się na rzekomo pięknej plaży, gdzie woda była mętna, a wszędzie były łódki. Obok nas, pod drzewem, leżała tak naćpana młoda dama, że momentami wątpiłam czy nadal żyje. Pod 20 minutach, mimo opłaconego kolejnego noclegu, powiedzieliśmy stanowcze „nie” i godzinę później siedzieliśmy już w promie na Phuket. Wizyty nie żałowaliśmy, w końcu wszędzie powinno być takie miejsce, do którego nie chciałoby się wrócić nawet za darmo.


Najbardziej rozpoznawane miejsce turystyczne w całej Tajlandii to właśnie ta ogromna wyspa, dlatego nie oczekiwaliśmy już cudów. Uzyskaliśmy święty spokój, cichy, czysty nocleg, bardzo ładną plażę, ludzi co prawda dużo, ale już spokojny, błogi klimat – bez imprez, krzyków, bardziej rodziny z dziećmi. Spędziliśmy dzień na Surin Beach oraz Bang Tao. Ostatnie przedpołudnie spędziliśmy w pobliżu lotniska, nawet bardzo blisko – przy samym lotnisku jest bardzo ciekawa plaża – lądujące samoloty przelatują nad głowami. Bardzo blisko. Na tyle, że podczas startu, będąc kawałek dalej, zobaczyłam tylko jak ludzie się przewracają, a ich torby lądują głęboko w wodzie.


Nadszedł czas wracać. W drodze powrotnej mieliśmy jeszcze 14-godzinny stop over w Dosze. W takich sytuacjach Qatar oferuje darmowy nocleg w 4- i 5-gwiazdkowych hotelach. Dlaczego nie, stać ich. Planowaliśmy wielkie zwiedzanie, ale po trzytygodniowej podróży było już w nas tyle życia, że ruszyliśmy jedynie zjeść, a jakże, kebaba (swoją drogą, całkiem duży, 12 zł, jak w Polsce) i delektowaliśmy się czystością i kulturą w murach Holiday Inn’u jakiej nie zaznaliśmy w minionych tygodniach.


W kraju przywitał nas bardzo zimny poranek. 4 stopnie, lekki deszcz, szok dla organizmu. Pozostały piękne wspomnienia i planowanie następnej podróży – bo, że takowa będzie, byliśmy już pewni. Gdzie teraz?

15:20:00

Część druga – trafiamy do Raju.

Część druga – trafiamy do Raju.


Do Surat Thani przedostaliśmy się samolotem. Stamtąd do Khao Sok mieliśmy 100 km – najlepszym (i nawet nie strasznie drogim w porównaniu do autobusu) środkiem transportu okazała się taksówka – w Polsce nikt nie zdecydował by się na tak szalony krok, a dzięki temu oszczędziliśmy trzy godziny naszego życia, które poświęciliśmy na spacer po jednym z najstarszych lasów deszczowych na świecie. Mieliśmy tutaj też nasze pierwsze spotkanie z małpami – nie ostatnie, ale o tym później. To, co najbardziej skradło mi serce to nocleg. Cudowny, drewniany domek na drzewie, blisko natury i z całym koncertem odgłosów dżungli. I wbrew temu co może się wydawać, był to najbardziej luksusowy nocleg podczas całej naszej podróży po Tajlandii. Zobaczcie zresztą sami.



Żałuję, że mieliśmy tam tylko jedną noc, ale i tak musieliśmy ją zarezerwować jakieś dwa miesiące wcześniej. Nadszedł jednak czas na to, na co czekaliśmy najbardziej (zwłaszcza po tygodniu w tym upale, a wcześniej długich miesiącach naszej jesieni i zimy) – ruszyliśmy na wyspy.

Kto by się spodziewał, że ze środka dziczy będzie można bezproblemowo dostać się w każdy inny zakątek w Tajlandii? My nie. Po całkowitej zmianie naszych planów postanowiliśmy wyruszyć na wyspy Trang. Na pierwszy ogień poszła Koh Kradan. 

Kradan w najszerszym miejscu ma aż jeden kilometr. Siedem resortów, trzy plaże, zero mieszkańców, zero dróg, zero samochodów. Jedyny tani nocleg na wyspie przypominał oborę, a w nocy towarzyszyła nam ogromna jaszczurka przeglądająca nasze rzeczy bez żadnego wstydu i skrępowania. Ale to wszystko nie ważne. Ukryta pośród dżungli plaża Sunset wynagradzała wszystko. Za dnia opuszczona, dopiero podczas zachodu słońca zaludniała się wszystkimi ludźmi z wyspy, których i tak było zaskakująco mało. Zdecydowanie najbardziej odludne i najpiękniejsze miejsce, które odwiedziliśmy. Mogę mieć też zaburzony osąd, bo właśnie na tej pięknej plaży, podczas jednego z tych zachodów słońca powiedziałam tak.


Ze względu na brak sklepów, ceny są tutaj iście wyspowe. 20 zł za obiad i 4 zł za wodę nadal nie są takie jak przy Molo w Sopocie, ale po tym co przywitało nas na północy kraju to nadal był szok.

Koh Mook znajduje się pół godziny płynięcia long boat’em od poprzedniczki. Tutaj spotkamy już sklepy, betonowe drogi, dziesiątki skuterów, a także muzułmańskich mieszkańców, ich wioski i… wszechobecny syf. Przy popołudniowych odpływach wyspa wygląda niczym z horroru, zniszczone chatki, a w tle łódki osiadłe na resztkach niszczonej przed tsunami rafy. (Pływy spotkaliśmy na wszystkich z wysp Trang, jednak na Kradan nie były one tak intensywne i irytujące. Na Mook aby dojść do wody po kolana czasem trzeba było spacerować mułem nawet i 300 m.) Nawoływania do modlitw tubylców, a także cały klimat wyspy wyróżniają ją spośród Kradan i Ngai, na które ruszyliśmy następne.



Koh Ngai bardzo przypomina Kradan – tam również nie zaznacie dróg, mieszkańców, tłumów, a w spacerach towarzyszyły nam gekony wielkości nastolatki. Pierwsze spotkanie z tym zwierzem robi spore wrażenie. Z resztą, każde kolejne też. Wyspa polecana jest we wszelkich przewodnikach, jako cudowne, rajskie i spokojne miejsce – zdecydowanie ten opis do niej pasuje.


Po 9 dniach podczas których byliśmy wyizolowani od świata zewnętrznego, nie dotyczyły nas drogi, tłumy ani komercja, postanowiliśmy ruszyć także na chyba najsłynniejsze w całej Tajlandii – Koh Phi Phi, wraz ze słynną Maya Bay. Ale o tym już za tydzień.

08:30:00

Ruszamy w podróż – pierwsze dni w Tajlandii.

Ruszamy w podróż – pierwsze dni w Tajlandii.








Licencjat obroniłam 10 miesięcy wcześniej i w ramach nagrody 3 marca stanęliśmy na Lotnisku Chopina, aby wyruszyć tam. Po latach w Ryanairze lot Qatarem był miłą odmianą, zdecydowanie. Pominę fakt czterogodzinnego opóźnienia skutkującego nocą na dywanie lotniska w Dosze. W końcu, po 26 godzinach od wyjścia z domu, opuszczamy lotnisko docelowe i uderza nas cudowne, gorące, ciężkie, wilgotne powietrze i smród Bangkoku. 34 stopnie to o prawie 50 więcej, niż pożegnaliśmy w Warszawie.
Bangkok jest przepiękną stolicą… Dobra, żartuję. Jest obrzydliwy, zakorkowany do granic możliwości, śmierdzący, pełen slamsów i śmieci. 


Ludzie mieszkają przy rzekach, do których spływają ścieki, dachy połatane, albo i nie, ciężko jest mi wyobrazić sobie jak przeżywają porę deszczową. W kolejnych momentach podróży uświadomiliśmy sobie, że w domach często nie ma kuchni, łazienki, ani nawet stołu. Tajowie zwykle goszczą się na podłogach, jedząc swoje słynne street foody. A pomimo to, ani na ulicy, ani w „garażu”, czyli na podwórku pod strzechą, nie znajdziecie starej Polówki, czy rozpadającego się Passata. Będzie milion skuterów. I pół miliona aut. Dobrych aut, często wyglądających jak prosto z salonu. Zaparkowanych pod dziurawą chatką z drewna. Z kilometra widać inne priorytety.


Ale wróćmy do stolicy. Ma też swoje plusy. Nie wyobrażam sobie kogoś, kto mógłby się nie zakochać w tajskiej kuchni. Gdy już oczywiście pogodzisz się ze smrodem, który unosi się nad straganami z jedzeniem i faktem, że o BHP i sanepidzie nikt tu nie słyszał i długo jeszcze nie usłyszy. I w sumie więcej tych plusów nie znalazłam.


Opuszczając Bangkok grzechem byłoby nie odwiedzić dawnej stolicy kraju – Ayutthaya pełnej ruin starożytnego królestwa. Miasteczko oddalone jest 1,5 h pociągiem od Bangkoku, a bilet do klasy tajskiej kosztuje zawrotne 2 zł.


Po 12-godzinnej podróży nocnym pociągiem znaleźliśmy się na północy kraju – w mieście Chiang Mai. Samo miasto nie jest szczególnie urokliwe (jak wszystkie…), ale ma do zaoferowania masę atrakcji, wśród których każdy znajdzie coś dla siebie. My podczas trzydniowego pobytu zdecydowaliśmy się na dwie – obie były strzałem w dziesiątkę.
Nie wyobrażam sobie wizyty w Tajlandii bez dnia ze słoniami. Udaliśmy się na całodniową wycieczkę do sanktuarium dla słoni, uratowanych najczęściej z zoo lub miejsc, które oferują jazdę na nich. Karmienie, spacery, a także… mycie błotem i kąpiel w rzece to niesamowite przeżycie, godne zniszczenia ubrań. :)


Warto udać się także na kurs gotowania, gdzie podczas kilkugodzinnych zajęć można nauczyć się kilku ciekawych potraw kuchni tajskiej i objeść na cały dzień.


Nie mogłabym nie wspomnieć o zawrotnych cenach tej cudownej miejscowości. Najedliśmy się tutaj daniem za 6,5 zł, spędziliśmy trzy noce w apartamencie dwupokojowym z basenem za 160 zł, a dwie urocze Tajki przez godzinę relaksowały nasze ciała cudownym masażem za zawrotne 40 zł. I to wszystko dla dwóch osób! Miło, że jest miejsce, gdzie nawet z marną polską wypłatą, można zaszaleć.
Jeszcze nie minął pierwszy tydzień naszej podróży, a my już mieliśmy głowy pełne wspomnień. Czekała nas jeszcze dżungla i wiele wysp, ale o tym później. 

*          *          *

Cześć, jestem Lexie. Na prośbę właścicielki, wpadłam na chwilę, by opowiedzieć trochę o Tajlandii, ale się rozgadałam więc pewnie wyjdzie trochę więcej. W sumie to mogłabym bez końca. Co dalej? Zobaczycie.