Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty

08:45:00

After. 50 twarzy Hardina.

After. 50 twarzy Hardina.


Dodałam w tytule tego posta "50 twarzy Hardina" chyba z wiadomych względów - po obejrzeniu zwiastuna większość widzów spodziewało się nastoletniej wersji Greya, bo zakładam, że celowo były one robione w sposób przyciągający widzów przekonanych o potędze miłości rodem z 50 twarzy. Nic bardziej mylnego. Naprawdę postaram się nie spojlerować, ale o tym powiedzieć musiałam.

Tessa, odwieziona do akademika przez mamę i chłopaka, zafascynowana życiem w wielkim świecie, wcale nie miała w planach poznania faceta swojego życia. Ale przecież początkowo Hardin wcale nie miał się nim stać. Cytując filmweb: Nie jest to przypadkowe porównanie, bowiem schemat narracyjny wygląda z grubsza tak samo jak w "50 twarzach Greya": ona — szara myszka, która lśniące włosy, uroczy uśmiech i nienaganną figurę ukrywa pod nieśmiałym usposobieniem i skromnymi sukienkami, on — nieziemsko przystojny i charyzmatyczny – na skinienie ręki mógłby mieć każdą dziewczynę. Niespodziewanie dla wszystkich (a szczególnie dla siebie samego) on zakochuje się w niej. I choć droga do wspólnego szczęścia przypomina raczej hardkorowy rollercoaster niż romantyczny spacer w blasku księżyca, w imię miłości bohaterowie podejmują walkę o wspólną przyszłość.  


Traktując ten film w typowy sposób, w kategorii new adult, jest to naprawdę dobra produkcja. Zupełnie, moim zdaniem, niespójna z tym, co przekazał i do czego zachęcił zwiastun. Wbrew pozorom, gdybym miała ten film do czegoś porównać, z pewnością nie byłby to Grey, a... (sic!) Szkoła uczuć. Choć fabuła tych dwóch filmów jest zupełnie różna, nie mogłam pozbyć się tego skojarzenia w trakcie seansu, a niewątpliwie było ono spowodowane przedstawieniem sielankowej, pierwszej miłości z drugim dnem. 

Abstrahując od tego, że Josephine Langford jest w tym filmie tak piękna, że nie sposób oderwać od niej wzroku, w parze z Hero Fiennes-Tiffinem stworzyli wiarygodny duet zafascynowanych sobą ludzi sprawiając, że wychodząc z kina pomyślałam (powiedziałam z resztą na głos), że jeśli mam w życiu czegoś żałować to tego, że mnie to już nie spotka. Choć wchodząc do kina czułam się na ten film za stara. 


Ponadto jest to w końcu film o nastolatkach, których grają młodzi ludzie. Nie wiem jak Was, ale mnie nieustannie drażni widok 30-kilku latków odgrywających role licealistów, bo ilekroć na to patrzę razi mnie w oczy brak wiarygodności. A ich bym kupiła, gdyby ktoś mi powiedział, że Hero naprawdę chciał sprawić, że Josephine oszaleje na jego punkcie. 

Oczywiście nie jest to najlepszy film jaki widziałam w życiu. Nie wiem czy zakwalifikowałabym go do zapowiadanego melodramatu, ale jest to dobra propozycja dla chcących przypomnieć sobie nastoletnie uniesienia i jeszcze przez chwilę poczuć ścisk w żołądku. Bo ja lubię patrzeć na zakochanych, zwłaszcza w taki sposób. I fakt, że domyśliłam się clue przy drugim spotkaniu głównych bohaterów, zupełnie mi tego nie popsuł.


Źródło zdjęć: grafika google

09:37:00

Agata Czykierda-Grabowska - Adam

Agata Czykierda-Grabowska - Adam

Są takie książki, które zapadają się w człowieka.

Adam to jedna z pozycji, którą w tym roku kupiłam pod choinkę. Kupiłam nie sobie, ale zanim jeszcze nowa właścicielka zdążyła wziąć tę powieść w ręce, pochłonęłam ją. Pochłonęłam, bo inaczej nie da się nazwać momentu, w którym sięgasz po niemal czterysta pięćdziesiąt kartek w święta i robisz wszystko, by jak najszybciej skończyć. Choć - co mają do siebie dobre książki - przychodzi moment, w którym za wszelką cenę chcesz opóźnić jej zakończenie... 

Adam nie zaznał w życiu szczęścia. Po trudnym dzieciństwie i tragicznej śmierci matki trafił do domu tymczasowego, żeby doczekać osiemnastych urodzin. Później miał być zdany sam na siebie, sam stawiać czoła swoim lękom, koszmarom i niebezpieczeństwu, od którego nikt nie mógł go uchronić.
Nie spodziewał się, że los postawi na jego drodze dziewczynę o zielonych oczach i wielkim sercu, które czuje zbyt mocno. Nie wiedział, że ona także skrywa bolesną tajemnicę, której dotychczas nikomu nie wyjawiła. Nie mógł przewidzieć, że zrodzi się między nimi miłość – czysta i młodzieńcza, ale też namiętna i obezwładniająca.
Miłość, która uratuje ich na tysiąc różnych sposobów. 

Wiecie nie od dziś, że zatopiłam się w tematyce opieki zastępcze i przemocy w rodzinie wiele lat temu i choć nigdy nie będzie brzmiało to dobrze - zawsze chętnie do niej wracam. Nieustannie przyciąga mnie do tych książek prawdziwość i siła płynącego z nich przekazu, a kiedy Adam wpadł w moje ręce zaledwie na chwilę przed świętami, kupiłam go trochę dla siebie. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że moja mama o tym wie, więc i przed sobą mogę się już przyznać. 


Adam to jeden z tych bohaterów, który zawsze będzie zbitką. Zbitką dwóch gatunków, które w ostatnim czasie czytam naprzemiennie - tajemniczej postaci z powieści new adult i rozbitym dzieckiem z przeszłością, który trafiając do rodziny zastępczej jest zamknięty w sobie i ucieka przed ludźmi. Przynajmniej na początku. I przynajmniej z pozoru. 

I jest Ona. Dziewczynka, która czuła zbyt dużo i zbyt mocno, by móc pewnie stąpać po ziemi. 

Poznali się w domu, który jedynie z pozoru tworzył komukolwiek oazę bezpieczeństwa. Dwoje rozbitków po brzegi wypełnionych samotnością, którzy nie czując niczego prawdziwego, czuli wszystko zbyt mocno. Dwoje nastolatków postawionych pod ścianą w brutalnej dorosłości, którzy w pewnym momencie tylko dzięki sobie stawiali kolejne kroki. Zakochani miłością, która ratowała ich na tysiąc różnych sposobów. 


Wsiąknęłam w tę książkę nie mniej niż ona wsiąknęła we mnie. Zapadłam się w niej, tak jak ona wpoiła się we mnie i chociaż - co zauważam z przykrością - dawno już przestałam czytać tak, jak chciałabym czytać, czuję głód i niedosyt słów, które ukoją wulkan buzujących we mnie emocji.

Adam to historia dziecka, które widziało zbyt wiele, czuło zbyt wiele i które zbyt mocno zapadło się w siebie. Historia chłopaka, który u progu dorosłości poznał rodzinę, która uratowała go przed samym sobą. Historia pełna wzruszeń, nadziei i miłości. Czasem typowo nastoletniej, żarliwej i infantylnej, a z drugiej strony rozumiem, że rozbite dzieci w późniejszej dorosłości są wrażliwsze, inaczej przyjmują relacje. A skłamałabym mówiąc, że chodzi tu tylko o Niego...


19:13:00

Kirsty Moseley - Chłopak, który wiedział o mnie wszystko

Kirsty Moseley - Chłopak, który wiedział o mnie wszystko

Cóż to jest za książka!

Moje pierwsze spotkanie z Panią Moseley miało miejsce bodajże w ubiegłym roku - zupełnie przypadkiem, z ciekawości, trochę też dlatego, że porównywana z Hoover stanowiła dla mnie ciekawą propozycję powieści młodzieżowej. Jako że tamtym razem błyskawicznie pochłonęłam historie bohaterów, widząc tego Chłopaka... nie mogłam przejść obojętnie. 

Zgodnie z resztą z oczekiwaniami - przepadłam. Rzadko zdarza mi się (zwłaszcza ostatnio) wsiąknąć w książkę w taki sposób, by nie móc się od niej oderwać i nie robić nic ponad przymus wieczorem, by jak najszybciej wrócić do lektury. Swoją drogą bardzo za tym tęsknię. 

Riley Tanner ma najlepszego przyjaciela, takiego przyjaciela, o którym marzy każda dziewczyna. Jest wspierający, lojalny, uczciwy, godny zaufania, dobry i troskliwy. Jest również najlepszym sportowcem w szkole.
Ich relacja była zawsze nieskomplikowana i ciepła, ale po miesięcznych wakacjach Riley, sprawy się skomplikowały. Zaczęła patrzeć na niego w sposób wykraczający poza strefę przyjaźni. Do tego na drodze pojawia się zainteresowany nią rywal jej przyjaciela i sprawy zaczynają wymykać się spod kontroli…

Riley wraca z wakacji, spotyka Claya na parkingu szkoły, w której właśnie rozpoczyna naukę i największym z kłamstw okładkowych jest stwierdzenie, że ich relacja była nieskomplikowana. O ile z początku pomyślałam sobie, że super mieć przyjaciela, któremu można powiedzieć wszystko w tak oczywisty sposób, tak już pierwsze sceny z udziałem tej dwójki sugerują, że niewiele jest... przyjaźni w tej przyjaźni. Ona rzuca mu się na szyję, on robi jej malinki, by "oznaczyć swój teren". Nie trzeba być jednak jasnowidzem, by wiedzieć, że ta dwójka ma się ku sobie. 

O ile z początku wydawało mi się to wszystko słodkie w taki oczywisty, nastoletni sposób, tak bardzo szybko nadmiar tej słodyczy zaczął wywoływać mdłości. Z przykrością stwierdzam, że jest to chyba opinia większości czytelników (sądząc po recenzjach), a szkoda, bo Chłopak, który wiedział o mnie wszystko mógłby być naprawdę wartościową powieścią o miłości, zaufaniu czy sile relacji, gdyby nie to, że przez pierwsze sto pięćdziesiąt stron jest fajnie, przez kolejne mdło przez zasłodzenie, a następnie ta grupa nastolatków (bo jednak są tam inni bohaterowie!) ma bardzo dorosłe problemy, z którymi normalnie ludzie w tym wieku nie muszą się mierzyć ani dawać sobie rady, a jednak Riley i Clay nie tyle stają na wysokości zadania, co bez chwili zastanowienia znajdują rozwiązania w sprawach, z którymi w rzeczywistości nikt by się w taki sposób i w takim czasie nie uporał. Swoją drogą, niby nie chodzi tu tylko o tę dwójkę, ale odłożyłam tę książkę i z pewnością jedynym, co za jakiś czas będę z niej pamiętać, to wzajemne ślinienie się do siebie głównych bohaterów.

Trochę się zawiodłam. Przede wszystkim mocno przerysowanymi wątkami miłości i dojrzałości, która wzięła się z powietrza. Jest to powieść napisana fajnym językiem, ale rozwleczona zbyt mocno i zbyt infantylnie (choć sytuacje w niej opisane wcale takie nie są), by przeczytać ją tak, jak pierwotnie myślałam, że ją przeczytam - z zapartym tchem w ciągu jednej czy dwóch nocy. A naprawdę sądziłam, że tę noc zarwę, żeby się z nimi nie rozstać! Niestety później odłożyłam książkę żeby jakoś tę cukierkowatość przetrawić... Jestem niemal pewna, że gdyby skrócić tę powieść o połowę - byłby to bestseller. A tak, no cóż...

19:42:00

Nina Reichter - LOVE Line

Nina Reichter - LOVE Line

Ach, Nina! 

Przy okazji trylogii Ostatniej Spowiedzi wspomniałam Wam, że mam do tej autorki ogromny sentyment. Od niej de facto zaczęła się moja przygoda z internetowymi opowiadaniami, przez nią swego czasu przepłakałam niejedną noc przed szklanym ekranem i - choć robiłam to na długo przed Spowiedzią - trochę dzięki tamtej właśnie powieści sama zaczęłam pisać (dłuższe formy). Kiedy myślę o tej autorce wciąż mam przed oczami Toma, którego kochałam tak bardzo całą sobą... 

Ale LOVE Line już takie nie jest. OS zawsze pozostanie dla mnie opowiadaniem pełnym emocji i choć gratulowałam Ninie nie raz oprawienia jej w okładkę, dla mnie zawsze pozostanie niedoskonałością publikowaną w sieci co kilka(naście) dni, spędzającą mi sen z powiek (dalej mam na laptopie folder z tamtą muzyką!). Dlatego też sięgając po LL rok (!) temu, ale również wracając do niej dzisiaj, miałam mieszane uczucia. Żeby nie powiedzieć, że ponownie złamane serce... 

Wiem, za dużo w tym wstępie emocji i sentymentów. Wybaczcie mi to, ale gdybym nie powiedziała tego na początku, moje odczucia względem LOVE Line byłyby niepełne. 

Bethany McCallum jest dziennikarką, której przyszło opowiedzieć o środowisku PUA - trenerów podrywu. Matthew jest nikim innym, jak byłym trenerem i pomysłodawcą audycji radiowej chwytającej za serce miliony Amerykanek - w tym, trochę przez przypadek, Beth. Poznali się przypadkiem, dawno temu, a następnie - przez jeszcze większy przypadek - trafili na siebie po latach. A później, przypadkiem... 


Wierzycie w przypadki? Z jednej strony trochę ich tutaj za dużo, z drugiej jednak LOVE Line nie jest schematyczną powieścią romantyczną rozciągniętą na 500 (!) stron, w tym o dwieście pięćdziesiąt za dużo (często mam takie odczucia w przypadku zbyt długich form). Nic z tych rzeczy. Gdyby sięgnąć po LL zaraz po OS da się zauważyć przeskok dojrzałości. To jest trochę tak, jakby na oczach czytelników dojrzał autor. Tworząc powieść już nie tylko dla młodzieży, wypełnioną nie tylko miłością, ale toną psychologii, ambicją i ideałami doroślejszymi niżeli w przypadku poprzedniczki. 

Czytałam tę książkę "na raty" i ilekroć sięgnęłam po nią ponownie utwierdzałam się jedynie w przekonaniu, że charakterystycznym dla autorki jest sposób przedstawienia postaci kobiecych - ich nie da się kochać. Są irytujące, podejmują decyzje, które rodzą pytanie "dlaczego!", ale wbrew pozorom, właśnie dzięki temu, są autentyczne i takie... ludzkie. 

Nie będę opowiadać fabuły, bo uważam, że warto zapoznać się z nią samodzielnie. A piszę o tej książce nie przez przypadek - już 25 października premierę będzie miała druga część LOVE Line, o której obiecuję opowiedzieć Wam wcześniej niżeli za rok :) 

Czytaliście?

20:24:00

Julia Samadi - Słońce Tebrizu

Julia Samadi - Słońce Tebrizu

Czytałam w życiu kilka książek o tematyce miłości polsko - arabskiej i choć skłamałabym mówiąc, że jestem tym zafascynowana, a każda kolejna tego typu pozycja niesie za sobą nowe, niespodziewane wydarzenia... chętnie sięgam po kolejne. Z pełną jednak świadomością tego, że wszystkie te historie oparte są na podobnym schemacie, który - gdyby czytać zbyt wiele pozycji po sobie - mógłby się w pewnym momencie zbyt mocno wryć i po prostu znudzić. 

Wydaje mi się, że czytając pierwszy z opisów Słońca Tebrizu czułam, że to jednak inna historia. 

Julia jest ciężarną żoną Adama - niebieskookiego blondyna, który za żoną i nienarodzonym jeszcze dzieckiem poszedłby najpewniej w ogień bez mrugnięcia okiem. Ot, małżeńska relacja. Urlop za miastem, piękne okoliczności przyrody, hamak w zielonym ogrodzie, śpiew ptaków, błogi sen... i widmo przeszłości, które wraca coraz częściej. Widmo czarnych oczu patrzących z miłością, w których jej własne zatapiały się przez lata, choć widziały je ledwie dwa razy. Ale topić się można i zakochać nie w gestach a słowach, nie tyle w człowieku, co w osobowości. I trochę tak było. Trochę, to za mało powiedziane. 

Julia poznała Madżnuna przypadkiem. Miała piętnaście lat, dostęp do sieci i inne od pozostałych uczestników forum zdanie na temat poruszonego pewnego dnia wątku muzycznego. I kiedy chciała się nim podzielić, kiedy przed opublikowaniem zobaczyła, że wyjął jej słowa z ust, zamiast na forum - napisała do niego. Nie wiedząc kim, skąd i jaki jest. Był po prostu podobny, ciekawy, intrygujący. Tak inny, choć tak bardzo podobny do niej samej. I jakoś to poszło. 

Słońce Tebrizu to najprościej mówiąc opowieść o przeszłości, której nie da się zostawić za sobą. O miłości, która w pewien sposób nas ściga i o tym, że dawne pragnienia nie umierają. O tym, że uczucia nie gasną z upływem czasu i tym, że - jak to kiedyś napisano w sieci - to nie czas rozdziela ludzi, tylko brak miłości. 

Jest to opowieść prowadzona na kilku płaszczyznach - teraźniejszości, w której Julia jest dorosłą kobietą, żoną i matką, borykającą się z przeszłością (choć nie jestem do końca pewna czy "borykająca się" to dobre określenie, najpewniej nie), nastolatki, w której rodzi się uczucie i kogoś pomiędzy - dziewczyny, która kocha, choć jest to uczucie dla niej i jej otoczenia wysoce niezrozumiane. Bo jak to tak, na odległość, na przekór kulturze, pochodzeniu? 

Przyszło mi na myśl, by napisać tu - "fajny sposób przekazu", ale wydaje mi się to być zbyt infantylne w kontekście tej naszpikowanej emocjonalnością powieści. W dodatku! Na samym wstępie możemy przeczytać krótką historię tytułu i dowiedzieć się, że jakkolwiek niemożliwym by się to wydawało - ta historia wydarzyła się naprawdę. 

Zdecydowanie jest to jedna z tych powieści, która zmusza do myślenie i głębokich oddechów. Ale warto. Polecam.

13:26:00

Joanna Chodak - Liczone w latach

Joanna Chodak - Liczone w latach
 
Zbieram myśli od kilku dni i chcę Wam powiedzieć na wstępie, że od dawna o żadnej książce nie mówiło mi się tak ciężko, jak będzie w tym przypadku. 

Anka to 25-latka z Wrocławia, pracownik korporacji, która - jak większość pracowników takich miejsc - nienawidzi jej tak mocno, jak kocha. Mieszka z dwiema przyjaciółkami, wychodzi do klubów, czasem szuka przygód - żyje. Niby nic dziwnego, nic nadzwyczajnego, takie prawo wieku, mogłabym powiedzieć. Ale poza tym Anka ma w sobie coś jeszcze, pewną tajemnicę, swoją przeszłość i... 


Relację, która rozrywa jej serce. Która rozerwała je kiedyś, tysiąckroć, na tysiące milionowych kawałków. Z radości dnia codziennego przebijają się łzy dawnych strat i niespełnionych obietnic, a ona - choćby naprawdę chciała - nie potrafi wyrzucić GO ze swojego życia. Anka jest młodą kobietą, jakich na świecie tysiące. Tyle, że Anka ma JEGO, w każdej minucie swojego życia, nawet jeśli od półtora roku nie zamieniła z NIM choćby jednego słowa. 

Są tacy ludzie i są takie relacje, które żyją mimo upływu czasu. Których nie rozdzielają kilometry i niedopowiedzenia, które z jednej strony możemy określić - cytując za Zeusem - im jesteśmy bliżej, tym jesteśmy dalej, a z drugiej strony takie, które po wielu latach dalej będą żywe, dalej gdzieś ubodną, choć z upływem czasu przestały trząść się ręce... 

Nie chcę powiedzieć zbyt wiele. Liczone w latach to naszpikowana emocjami opowieść o poszukiwaniu siebie, o rozprawianiu się z demonami przeszłości, o relacjach kształtujących osobowości. To historia młodej kobiety, która kocha do utraty tchu. Historia pełna dumy, pełna niedopowiedzeń, pełna obietnic w oczach i iskierek rozświetlających najciemniejsze noce. Historia, która wpisuje się w człowieka.


23:29:00

Aniela Mencel - Powiedz tylko słowo

Aniela Mencel - Powiedz tylko słowo

Wydawnictwo: Novae Res
Data wydania: 2014 rok
Liczba stron:
 
Anna żyje tak, jakby nigdy nie miała umrzeć. Pędzi w codziennym maratonie pokus, aby zaspokoić swoje zachcianki, sztucznie napędzane przez współczesny świat. Jednak w pewnym momencie zegary się zatrzymają. Wtedy dotrze do niej coś, co zmieni jej życie na zawsze. Zrozumie, że najbardziej na świecie chce kochać. Jej świat stanie na głowie, a ona sama przejdzie niesamowitą metamorfozę. Przebudzi się i zrozumie, że jej życie to tylko krótka chwila.

Powiedz tylko słowo to książka, która uzmysławia czytelnikowi, że nigdy nie wiemy, co może nas spotkać w życiu. Nie znamy dnia ani godziny, gdy w końcu obudzimy się i zaczniemy żyć na nowo.

Książka oparta na autentycznych wydarzeniach!

„Owocem prawości drzewo życia, a człowiek mądry zdobywa swoją duszę”
Ks. Przysłów 11, 30 

Kolejny raz zacznę od tego, że... nie wiem jak zacząć. Podkradłam ją rodzicielce, która pewnego dnia zostawiła na stole mały (pożyczony) stosik, którym postanowiłyśmy się podzielić. Chyba mi nie po drodze ostatnio z ambitnymi pozycjami, szukałam więc czegoś niezbyt grubego i lekkiego, dla odstresowania. I, niech stracę, pomyślałam. Choć nie nastawiałam się na specjalnie dobrą książkę i byłam świadoma, że to nie mój gatunek. Ale spróbować przecież warto. 

Anka pracuje w agencji reklamowej o ugruntowanej na rynku pozycji. Odnosi sukcesy, jest ambitna i póki co myśli jedynie o rozwoju zawodowym. A przynajmniej... do dziesiątej strony, gdzie po rozmowie z koleżanką uświadamia sobie, że niczego w życiu nie pragnie tak bardzo jak się zakochać. Kierowana radami Natalii udaje się do kościoła, gdzie po niby-szczerej rozmowie z Bogiem zaczyna przewartościowywać swoje życie.

Niedługo później, co ją samą zaskakuje, postanawia zalogować się na wszystkim znanym, choćby ze słyszenia, portalu randkowym i uwikłana w niewinną intrygę swoich siostrzeńców poznaje tajemniczego MM. Kto z Was, choćby dla rozrywki, miał kiedyś wątpliwą przyjemność pisania z nieznajomym sympatycznym (czyt. facetem - lub i kobietą - z portalu, o którym jest tutaj mowa) wie, jak zabawne bywają te wiadomości. Pokuszę się więc o stwierdzenie, że momentami ta książka jest nawet zabawna, czego doskonałym dowodem będzie reakcja ludzi wchodzących dzisiaj do mojego miejsca pracy podczas gdy ja odkładając ją śmiałam się momentami w głos. 

O fabule może tyle, bo nie chcę zdradzić za dużo. Do pewnego momentu, choć nie do końca, jest to historia poznawania samego siebie przez pryzmat nowej znajomości z drugim człowiekiem. No i o miłości, takiej lekko (serio, lekko?) naiwnej.

W tekście zostały umieszczone odnośniki do Dziesięciu Przykazań (tak, tych Bożych), które przez długi czas niczego mi nie mówiły. Bo Anka, jak sama siebie określa, jest wierzącą niepraktykującą. Być może nie powinnam Wam spojlerować (kto nie chce niech nie czyta następnych linijek!), niemniej jednak jeśli ktoś nie lubi tematyki religijnej w książkach, trudno mu będzie przebrnąć przez kilkadziesiąt ostatnich stron, które odnoszą się do objawienia, jakiego doznała nasza bohaterka. Na tym zakończę, bo na temat religii wchodzić nie będę.

Nie wiem jak mam tę książkę ocenić. Nie jest ani dobra ani zła. Jedyne, co przychodzi mi na myśl jako podsumowanie to stwierdzenie, że jest to historia niczym ta z rozmów w toku. Problem w tym, że ze mnie marna Drzyzga. 

Moja ocena: 3/6

15:18:00

Like Crazy

Like Crazy
Gatunek: Melodramat
Produkcja: USA
Premiera światowa: 22.01.2011
Reżyseria: Drake Doremus

Anna (Felicity Jones) jest młodą Brytyjką, która w ramach wymiany studenckiej przyjeżdża do Los Angeles. W koledżu poznaje Jacoba (Anton Yelchin). Ich znajomość szybko przeradza się w zażyłe uczucie. Zdawać by się mogło, że nic nie jest w stanie zakłócić ich szczęścia, jednak nieuchronnie nastaje dzień, w którym wiza Anny wygasa. Mimo tego dziewczyna postanawia spędzić z ukochanym jeszcze kilka dni. Na pożegnanie obiecują sobie, że niebawem się zobaczą. Żadne z nich jednak nie podejrzewa, że pogwałcenie przepisów prawnych uniemożliwi Annie powrót do Stanów Zjednoczonych... 

To nie jest nowy film. Być może duża część z Was już go widziała. Niemniej jednak ja trafiłam na niego stosunkowo niedawno (okej, kilka miesięcy temu) i do dziś pamiętam co czułam oglądając go. Nie chcę przedstawiać Wam tutaj samych nowinek - chcę przybliżyć Wam pozycje, które (moim zdaniem) są godne uwagi. 

Kolejny raz w tym roku pisałam pracę maturalną (choć sama już zapomniałam jak to było zdawać) i "Like Crazy" miało tam swoje pięć minut. A właściwie nie tyle film, co jego główna bohaterka - współczesna romantyczka. 

Większość z nas to kobiety. Większość z nas (kobiet) marzy (niektóre naprawdę skrycie) o wielkiej miłości. O odrobinie szaleństwa, która doda kolorów zazwyczaj szarej rzeczywistości. Anna ją znalazła. Poznała chłopaka, który okazał się ideałem - łączył w sobie cechy partnera, przyjaciela i kochanka. Brzmi jak bajka? Owszem, brzmi. Ale życie ma często swój plan. Kiedy wiza się skończyła, a ona postanowiła zostać z Jacobem kilka dni dłużej - przekreśliła sobie szansę na powrót do Stanów, który planowali przecież od samego początku... 

Samej sobie zadawałam pytanie dlaczego on nie pojedzie do niej. Dlaczego tylko ją odwiedza, zamiast wyprowadzić się, skoro tak bardzo ją kocha. Dlaczego ona nigdy go o to nie poprosiła. I zastanawiałam się, patrząc na nich, czy jej tak naprawdę zależy na nim, czy to tylko krok w kierunku tego american dream, który niewątpliwie nie raz jej się przyśnił. Nie wiedziałam.

Później mieli dość czekania. Zaczęli układać sobie życie na swój sposób, choć tylko ślepy nie zauważyłby jak bardzo za sobą tęsknią. Choć żyli osobno, z dala od siebie. Podzieliło ich wszystko. Połączyło uczucie. Na tyle silne, by ciągnęło ich do siebie, gdy nocy nie spędzali samotnie. On z kimś mieszkał, jej zaproponowano małżeństwo... 

To nie jest komedia romantyczna o pięknej i ckliwej miłości. To nie jest lekki film na wieczór, jakiego szukałam kiedy na niego trafiłam. To nie jest wyrysowana na czerwono, oprawiona w ramkę w kształcie serduszka historia nastoletniej miłości. To jest melodramat. O potędze uczucia. O emocjach, niełatwych. O niewłaściwych decyzjach, trudnych wyborach i próbie życia na swój sposób.

I ma na tyle zaskakujące zakończenie, że mimo iż widziałam ten film raz, kilka miesięcy temu, wciąż mam tę scena przed oczyma. 

Do dobrych filmów się nie wraca. Dobre filmy się zapamiętuje. 

Moja ocena: 5/6



19:47:00

Tina Nash - Oślepiona (+18)

Tina Nash - Oślepiona (+18)

 książka zawiera brutalne sceny, 
przez co przeznaczona jest dla osób powyżej 18 roku życia.

Moja nieobecność tutaj nie jest spowodowana brakiem weny. Jest kolejnym wynikiem zapracowania, jakie ogarnęło mnie w ostatnich tygodniach. Co za tym idzie, czasu na książki też nie umiałam wygospodarować. Wierzcie lub nie, ale nawet kilku minut na słuchanie muzyki mi zabrało. W każdym razie - dwa tygodnie temu w moim domu pojawiła się książka, obok której nie sposób przejść obojętnie. Z jednej strony z racji tytułu, który bardzo przyciąga uwagę, z drugiej z racji tego, co pochłonęło moją uwagę w tym roku, a kolejna rzecz... przejęcie mojej rodzicielki, kiedy bardzo delikatnie odkładała ją na półkę, jakby nie chcąc uszkodzić. Na pewno znacie to uczucie i na pewno rozumiecie co mam na myśli. Chodzi o to, że niektóre książki poruszają nas tak bardzo, że nie sposób o nich zapomnieć i kiedy tylko bierzemy je do rąk wyznaczają sobie miejsce, gdzieś w nas samych.

Nie będę pisać recenzji tej książki, bo nikt nie dał mi prawa oceny cudzego życia, a w związku z tym, że jest to autobiografia - wydanie jej oceny byłoby co najmniej nie na miejscu. Ale odłożyłam tę książkę na półkę z tą samą delikatnością, którą widziałam u rodzicielki, a teraz nie mogę się tym z Wami nie podzielić.

Możliwe, że część z Was tragiczną historię Tiny Nash zna z wiadomości. Być może nigdy o niej nie słyszeliście i nie wiecie, co ten (+18) skurwiel jej zrobił. Nie będę przepraszać za słownictwo, bo tego typu wydarzenia budzą emocje i zdolność do ich odczuwania świadczy o tym, że jesteśmy ludźmi. W porównaniu do niego.



Szokująca historia prawdziwa niewyobrażalnej przemocy domowej i dramatu okaleczonej matki opisana w bestsellerowej autobiografii. Historia, która wstrząsnęła Wielką Brytanią i odbiła się szerokim echem w mediach na świecie – również w Polsce pisała o niej prasa

Top 10 listy bestsellerów „The Bookseller” w listopadzie 2012 – w pierwszym tygodniu sprzedaży.



Kochała go bezgranicznie. A on pozbawił ją oczu… Kiedy w roku 1999 dziewiętnastoletnia Tina poznała Shane’a, koleżanka ostrzegła ją, że jest niebezpieczny. Lecz gdy spotyka go dziesięć lat później, widzi w nim przede wszystkim mężczyznę, w którego silnych ramionach znajdzie upragnione poczucie bezpieczeństwa. Całkowicie zauroczona nie zauważa, jak agresywny potrafi być jej ukochany.
Po ośmiu miesiącach następuje pierwszy brutalny atak. Shane wyzywa Tinę, opluwa i wyrzuca przez okno na ulicę... Tina nie zrywa z nim – miłość bierze górę nad instynktem samozachowawczym. „Stałam się jak narkomanka, byłam szczęśliwa tylko wtedy, kiedy dostałam swoją działkę – Shane’a”. To uzależnienie jest silniejsze niż ból, strach i upokorzenia. Ciężkie pobicia, pęknięcie kości policzkowej, rany zadawane nożem, interwencje policji, kochanki Shane’a przewijające się przez dom Tiny – jak można to wytrzymać? Jednak Tina znosi kolejne tortury. Shane znęca się nad nią, również na oczach jej dzieci, a ona wciąż wierzy, że to już ostatni raz, że teraz on się zmieni. Ta nadzieja kończy się 20 kwietnia 2011 roku, wraz z ostatnim okrutnym atakiem. Przez dwanaście godzin Shane katuje Tinę do nieprzytomności i wbija jej palce w oczy... 


Wiecie, ja stłumiłam w sobie echo tych wydarzeń z wiadomości. Do ostatniej kartki miałam nadzieję, że ten opis z okładki jest przesadzony. Że Tina tak naprawdę jest postacią fikcyjną, a co ważniejsze, że Shane jest jedynie chorym wytworem wyobraźni autora. Że tej historii nie było. Ale nie, to naprawdę miało miejsce w rzeczywistości...

W pewnym momencie czytania pojawia się nie tyle ciekawość co potrzeba, by do tych wydarzeń wrócić. By zapytać Google co stało się z Tiną dalej, co z tym bydlakiem - czy zgnił w pierdlu, czy wyszedł na wolność. Kto wie jak ten facet wygląda, jak wyglądał przy Ti... wiecie, ja znam taką parę. Tyle tylko, że oni są małżeństwem, które łączy taka miłość, że każdy chce brać z nich przykład.

Czytałam opisy tych wydarzeń i w pewnym momencie zauważyłam, że trzęsą mi się dłonie. I to nie był wynik niewygodnej pozycji czy niskiej temperatury. Ja się po prostu bałam. Bo czułam się tak, jakbym stała tuż obok. Jakbym z całych sił próbowała odciągnąć Shane'a od Tiny, by już nigdy więcej nie mógł zrobić jej krzywdy. A później jakbym patrzyła jak jej wychudzone, zmęczone katuszami ciało powoli eksploduje, kiedy zmysł wzroku został już nie tyle uszkodzony, co zwyczajnie... wyszarpnięty z jej ciała.

Tematyka przemocy w rodzinie jest mi bliska z wielu względów, także zawodowych. Nie oceniam tej książki i nie powiem Wam, że nadaje się dla każdego. Bo dla ludzi wrażliwych... po prostu nie jest dla nich. Bo to nie jest historia, która porusza serca w ten piękny sposób, w jaki otulają nas romanse. I to nie jest historia, którą ktoś z nas chciałby przeżyć czy obserwować. Nie oceniam tej książki i nie mówię, by po nią sięgnąć, jeśli macie płakać bądź nie spać po nocach. (co, wierzcie mi, jest możliwe)

Proszę Was tylko, byście zawsze, cokolwiek się dzieje wokół - mieli otwarte oczy. Bo świat nie jest usłany różami, a Was zdziwiłoby to, jak wiele osób w naszym najbliższym otoczeniu potrzebuje pomocy i jak wielu bezgłośnie o nią prosi. Bądźcie w stanie słuchać. Zwłaszcza ciszy. Bo to w niej ukryte są najgłośniejsze wołania.

16:34:00

Emily Giffin - Coś pożyczonego.

Emily Giffin - Coś pożyczonego.



Przebojowa Darcy i rozważna Rachel są najlepszymi przyjaciółkami. 

Mimo różnic charakterów darzą się pełnym zaufaniem. 

Jedna noc wszystko zmienia. 

Kiedy Rachel budzi się u boku Deksa, narzeczonego Darcy, wie, że nic już nie będzie takie jak dawniej. Bo Rachel zakochuje się w Deksie, a data jego ślubu z Darcy jest coraz bliższa...








Niechętnie muszę przyznać, że nie mam ostatnio czasu na czytanie książek. Mój stosik nieustannie się powiększa, a ja mogę jedynie wbijać w niego wzrok, idąc spać po długim dniu. 

Za to moja rodzicielka pochłania książki zamiast je czytać. A w związku z miesiącem, jaki ostatnio spędziła w domu, przytargała z biblioteki wielką torbę, a wśród nich powyższa pozycja. (swoją drogą, powinnam zaangażować mamę w recenzje, byłaby systematyczność! :)) 

Znam już panią Giffin i choć nieczęsto zdarzają mi się tego typu komplementy muszę przyznać, że bardzo tę panią lubię. Więc kiedy zobaczyłam Coś pożyczonego na matczynej półce, postanowiłam zrobić sobie chwilę przerwy i skorzystać z tego, że mamy w domu lekturę, do której zbieram się od dłuższego czasu. 

Rachel poznajemy w dniu jej imprezy urodzinowej, którą organizuje jej przyjaciółka - Darcy. Te dwie na pozór zgrane, z całą pewnością kochające się kobiety, znają się niemalże od zawsze. Wspólne dzieciństwo, wspólne liceum, wspólne plany na przyszłość i... wspólny mężczyzna. Kiedy pijana Darcy opuszcza imprezę, z której zapomina zabrać torebkę, jej narzeczony Deks wraca po nią, kompilując tym samym nie tylko swój związek, ale również (nie)rozerwalną przyjaźń tych dwóch ważnych dla niego kobiet, idąc do łóżka z przyjaciółką.

Historia, której jesteśmy świadkami tak naprawdę zaczęła się dużo wcześniej - jeszcze za czasów studiów. Wtedy bowiem Rachel i Deks się poznali, zaprzyjaźnili, a także - czego nie sposób nie zauważyć - zaczęli darzyć się jakiś głębszym uczuciem. A na pewno zrodziło się ono w mężczyźnie. Rachel... cóż, wydaje mi się, że również, aczkolwiek jej rozwaga skierowała ją bardziej na tory zawodowe niż emocjonalne. I takim oto sposobem, zamiast sama poznawać Deksa bliżej - Rachel poznała go ze swoją przyjaciółką.

Więc mamy zakochaną parę. Narzeczonych, wkrótce idących do ołtarza. I Rachel. Przyjaciółkę z dzieciństwa. Takie trochę popychadło. Przynieś, wynieś, i tak dalej. Sposób traktowania jej przez Darcy sprawia, że tej drugiej szczerze nienawidzę od samego początku, niemalże od pierwszej strony. Chyba wszyscy mamy to nieszczęście, że znamy tego typu ludzi. Wywyższających się, mających się za najważniejszych, pozornie czułych, a tak naprawdę fałszywych i zakłamanych. No cóż, nie jestem w stanie wykrzesać z siebie choć jednego dobrego słowa, kiedy o niej myślę. 

Za to Rachel polubiłam od samego początku. Na pozór pewna siebie. Ale to raczej w pracy. W życiu bardziej zagubiona, potrzebująca (choć nigdy nie szukająca) miłości, kogoś, kto byłby w stanie się nią zaopiekować. Toczy walkę pomiędzy sercem - które ucieka w kierunku Deksa, a rozumem - który każe być wiernym przyjaciółce. Pokierowana słowami przyjaciela poddaje wątpliwości szczerość wieloletniej relacji z Darcy, ale skłamałabym mówiąc, że to rozwiązuje problem. Poniekąd jeszcze go nasila. 

Część z Was widziała pewnie ekranizację tej powieści, nakręconą w 2011 roku, pod tytułem Pożyczony narzeczony. Ja również widziałam film jakiś czas temu, ale to jeszcze bardziej zachęciło mnie do przeczytania książki. (wiecie już, że ja zawsze robię wszystko na odwrót ;)) 

Moja ocena: 5.5/6

+ zapraszam na fejsbuka. 

A tak poza tym, moi drodzy czytelnicy,
to życzę Wam wszystkiego dobrego na te święta. 
Mnóstwa radości i czasu na czytanie :)

17:17:00

Paulina Machnicka - Zagubiona

Paulina Machnicka - Zagubiona


Miłości nic nie może rozdzielić. Nawet śmierć.

Julia, dwudziestoparoletnia studentka – wychowanka domu dziecka - nie może pogodzić się ze stratą ukochanego. Nie dość, że była świadkiem jego wypadku, to jeszcze wszystko przypomina jej o martwym chłopaku. Najchętniej zanurzyłaby się w ciepłej kołdrze i nie ruszała w ogóle, ale są jeszcze na świecie osoby, które starają się jej pomóc – dwie koleżanki ze studiów i mama jej chłopaka.

Widzi ich starania, ale rozpacz przepełnia ją doszczętnie. W końcu nie zawsze miłość jest czymś, co zdarza się na co dzień. A szczególnie taka, która łączyła Julię i Micah. Bezpretensjonalna i szczera.

Refleksje Julii na temat tego, co jest dla nas ważne i jak bardzo można cierpieć popychają ją do czynu, który staje się dla niej wybawieniem.




Może to przez te oczy na okładce, może zaciekawił mnie tytuł, może opis... sama nie wiem. Byłam zaskoczona biorąc do ręki tę książkę, ponieważ byłam przygotowana na coś obszerniejszego, a tu nagle okazało się, że Zagubiona ma zaledwie osiemdziesiąt osiem stron. Godzina spędzona ze słowami pani Machnickiej, aż tu nagle... koniec.

Tak jak czytamy w opisie, Julia jest studentką, wychowanką domu dziecka, bardzo przywiązaną do mamy swojego chłopaka, Micah. Poznajemy ją w dniu urodzin, w momencie, kiedy pogrąża się w głębokim smutku po stracie ukochanego. W prezencie od niedoszłej teściowej dostaje pamiętnik, który poniekąd staje się jej azylem. Przez równe sześćdziesiąt dni zapisuje w nim słowa, kieruje je do nieżyjącego mężczyzny, zwierza się z uczuć, emocji i lęków. Z czasem też z małych, krótkich, jednak ważnych radości, jakie stanowią dla niej spotkania z przyjaciółkami. 

I więcej Wam nie powiem. 

Zastanawiałam się jak mam się zabrać za recenzję tej książki. Ze względu na to, że jest ona bardzo krótka, nie mogę powiedzieć Wam zbyt wiele, by nie zniechęcić Was do czytania spojlerem. Z drugiej strony - coś powiedzieć wypada. Więc może... sprawdźcie sami, o co w tym wszystkim chodzi. 

Zdaję sobie sprawę z tego, że nie wszystkim tego typu książki mogą się podobać. Jest to dziennik, zapiski młodej, skrzywdzonej przez los dziewczyny, która nie potrafi pogodzić się ze stratą najważniejszej dla niej w życiu osoby. Co za tym idzie - pełno tutaj smutku i melancholii. Powiedziałabym, że moje klimaty. Nie dlatego bynajmniej, że lubię patrzeć na cierpnie innych, ale dlatego, że lubię zagłębiać się w psychikę bohaterów. Julię polubiłam chyba od początku. Dość szybko się do niej przywiązałam, bo dzięki tym słowom pisanym bezpośrednio "przez nią", byłam w stanie wczuć się w jej sytuację. 

Ze względu na tematykę Zagubionej nie powinnam mówić, że jest to lektura lekka i przyjemna, ale szczerze mówiąc... Poniekąd tak właśnie jest. I dlatego trochę się zawiodłam. Jak już wspomniałam na początku, spodziewałam się czegoś obszerniejszego, bo kiedy myślę sobie o utraconej miłości, wydaje mi się, że człowiek wtedy wspomina. Wspomina dużo i dużo chciałby zapisać, by nigdy tego nie zapomnieć. Czy nie tak się dzieje w większości wypadków? Zwłaszcza, że Julia, podobnie jak ja i pewnie wielu z Was, jest miłośniczką słów, autorką niejednego tekstu, a nawet własnej powieści, o której niejednokrotnie wspomina w swoich monologach do Micah. Dlatego, moim zdaniem, tę książkę można by rozwinąć, mocno rozbudować. Zamysł autorki był jednak taki a nie inny, książka jest dobra, tylko ja jako zapalony czytelnik, który trafił na coś, co tematycznie i językowo naprawdę do niego przemawia - po ukończeniu Zagubionej czułam się tak, jakbym właśnie skończyła czytać streszczenie.

Plus, jeszcze jedna sprawa... do samego końca czekałam na przełomowy moment w życiu Julii, kiedy wyjdzie z domu, pokona depresję, zacznie żyć... i jeśli chodzi o zakończenie - nie lubię przewidywalnych książek, ale tutaj, mimo że nie spodziewałam się tego, co się stało - chyba się jednak zawiodłam.

Mimo wszystko, jeśli macie chwilę, lubicie teksty naładowane emocjami, niekoniecznie do końca pozytywnymi, ale z całą pewnością bardzo silnymi - polecam Wam tę pozycję. Dużo czasu Wam to nie zajmie, a zawsze miło zapoznać się z kimś młodym, nowym na rynku, kto bardzo obiecująco się zapowiada.

Moja ocena: 3/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Novae Res. 



Zapraszam na fejsbuka :)

13:12:00

Emily Giffin - Dziecioodporna

Emily Giffin - Dziecioodporna



Czy trzeba wybierać między dziećmi a karierą?
Czy w miłości mają sens niezrywalne umowy?
Czy w życiu warto mówić "nigdy"?

Claudia i Ben są szczęśliwym małżeństwem. Nie chcą mieć dzieci, realizują się w pracy i w życiu towarzyskim. Kiedy jednak w domu ich przyjaciół pojawia się niemowlę, w Benie coś pęka. Pragnie zostać ojcem. Jak w tej sytuacji zachowa się Claudia? Czy ich małżeństwo wytrzyma tę próbę? 










Długo czaiłam się na tę książkę, więc kiedy pewnego dnia zobaczyłam ją na półce w Empiku - nie mogłam jej nie kupić. Nie było to moje pierwsze spotkanie z panią Giffin, lubię jej styl pisania, a w przypadku "Dziecioodpornej" spodziewałam się też ciekawej treści. No i... ciekawa była, choć momentami denerwująca. 

W książce spotykamy Claudię i Bena. Od kilku lat są kochającym się małżeństwem, któremu niczego do szczęścia nie brakuje. Żadne z nich nie snuje marzeń dotyczących posiadania potomstwa, pod tym względem dobrali się idealnie, bowiem Claudia przed poznaniem przyszłego męża na każdym kroku słyszała krytykę, a zarówno rodzina, znajomi jak i mężczyźni, których spotykała na swojej drodze sceptycznie kiwali głową przekonani, że to po prostu nie ten moment, ale przyjdzie dzień, w którym kobieta zapragnie zostać mamą. Przekroczyła trzydziestkę, a ten jednak nie nastąpił. U Bena również, jednak tutaj... do czasu. 

Kiedy w rodzinie przyjaciela pojawia się dziecko Ben z początku niepewnie, z czasem jednak coraz śmielej zaczyna namawiać żonę na powiększenie rodziny. Przytacza różnego rodzaju argumenty przemawiające za posiadaniem potomstwa, a kiedy to nie skutkuje, kiedy w ich małżeństwie pojawiają się coraz częstsze zgrzyty - przychodzi mu na myśl, że być może Claudia nie chce być mamą nie dlatego, że nie lubi dzieci (przecież bardzo mocno kocha swoich siostrzeńców), ale dlatego, że nie chce rezygnować z kariery zawodowej. W tym miejscu ze strony mężczyzny pojawia zapewnienie, że jest gotów wziąć odpowiedzialność za wychowanie potomka na siebie, dzięki czemu żona nie musiałaby diametralnie zmieniać swojego życia. Jak się jednak okazuje - nie w tym problem. Z resztą... dla Claudii to w ogóle nie jest żaden problem, a jedynie jej maż nie dotrzymał danego przed ślubem słowa i w pewnym sensie zawiódł ją nagłym pragnieniem zostania ojcem. 

Można by uznać, że w tym miejscu pojawia się pierwszy absurd - po serii sprzeczek małżeńskich, które Ben próbuje zapić, Claudia rzuca oskarżenie w stylu "i Ty chcesz być ojcem", po czym... wyprowadza się z domu, do przyjaciółki, która choć próbuje ją zrozumieć, gdzieś w głębi siebie przyznaje rację Benowi. Nie, to mnie nie dziwi. Bo o ile niechęć do zostania matką rozumiem, tak Claudia jest nie tylko kobietą chcącą pozostać niezależną (w jej mniemaniu dziecko jest cudowne, dopóki nie jej, bo wtedy jej nie ogranicza), o ile nastawioną na kategoryczne NIE, którego nic a nic nie jest w stanie podważyć. 1/3 książki to rozważania na temat tego, czy zgodzić się na dziecko, by ratować małżeństwo (które de facto zostaje rozwiązane przez rozwód w bodajże trzy miesiące, o ile dobrze pamiętam, od momentu wyprowadzki do przyjaciółki). Dalej jest próba zapomnienia, wciąż jednak przeplatana myślami o byłym mężu, aż nagle pojawia się decyzja, choć nie powiedziałabym, że jest ona przemyślana, urodzić Benowi dziecko. Czytałam tę książkę już jakiś czas temu, ale wydaje mi się, że Claudia postanowiła nawet zadzwonić do niego i go o tym poinformować... (tu doszłam do wniosku, że jest ona nieco niestabilna emocjonalnie) 

Wspomniałam już wyżej, że Claudia z początku uważa, że ta niechęć do dziecka w jej życiu nie stanowi dla niej problemu. Z czasem jednak, kiedy małżeństwo się rozpada, przyjaciele Bena unikają kontaktu z nią, a ona zdaje sobie sprawę z tego, że straciła jedynego mężczyznę, którego była w stanie pokochać - zaczyna analizować swoje życie i zastanawia się nad przyczyną swoich przekonań. I to zagłębienie się w psychikę bohaterki, w jej życie i traumy z dzieciństwa, która do dziś ją prześladują jest zdecydowanie największym plusem tej książki. Natomiast nie jedynym.

Jest w niej jednak coś, co sprawiło, że odłożyłam "Dziecioodporną" na półkę. W pewnym momencie musiałam od niej po prostu odpocząć. Nie należę do kobiet, które stawiają posiadanie dziecka na pierwszym miejscu i podobnie jak Claudia wyznaję zasadę, że dzieci są cudowne, dopóki nie moje (bynajmniej tak było te pół roku temu, kiedy po tę książkę sięgnęłam), ale... jakby to określić, bohaterka tej książki jest zwyczajnie nawiedzona. I myślę, że to nie jest nadużycie. Większością książek dzielę się ze swoją rodzicielką i chociaż wydawałoby się, że ona czyta naprawdę wszystko, co wpadnie w jej ręce - "Dziecioodporną" odłożyła dosyć szybko stwierdziwszy, że Claudii potrzebny jest psycholog. Wniosek? Na pewno nie jest to książka dla matek, czy nawet kobiet, które w tej roli siebie widzą i uznają ją za najważniejszą. 

Moja ocena: 4/6

16:14:00

Matthew Quick "Poradnik pozytywnego myślenia"

Matthew Quick "Poradnik pozytywnego myślenia"

Obiecałam Alien, że kiedy tylko przeczytam Poradnik umieszczę tutaj recenzję, aby mogła sobie porównać z filmem. Z racji więc, że skończyłam ją czytać kilka dni temu, jestem. Od razu przepraszam wszystkich za moją nieobecność. No i spóźnione życzenia - żeby ta pogoda w końcu się polepszyła, bo ten piękny styczeń w tym kwietniu nie doprowadza mnie do śmiechu ;)


Poznajcie Pata. Pat ma pewną teorię - jego życie to film, który zakończy się happy endem, czyli powrotem jego byłej żony. Pat musi tylko spełnić kilka warunków: robić codziennie setki brzuszków, czytać więcej książek, ćwiczyć bycie miłym i dwa razy dziennie łykać kolorowe pastylki. Niestety nic nie układa się tak, jak powinno. Na domiar złego za Patem łazi piękna, choć równie zwariowana jak on Tiffany, prześladuje go piosenka Kenny'ego G, a nowy terapeuta sugeruje zdradę jako formę terapii!





Powiedzenie czegoś na temat tej książki nie jest takie łatwe, jak mogłoby się wydawać. Z jednej strony mamy książkę pisaną lekkim językiem, nad czytaniem której nie musimy jakoś specjalnie używać szarych komórek, a z drugiej... No właśnie. 

Pat ma trzydzieści pięć lat, z czego cztery lata spędza w Złym Miejscu, czyli szpitalu psychiatrycznym. Poznajemy go w momencie, gdy opuszcza szpital. Jego mama zdobywa nakaz sądowy, dzięki któremu może wrócić do domu.  Aby jednak został wypuszczony, musi obiecać, że będzie się dobrze sprawował oraz będzie uczęszczał na obowiązkowe sesje terapeutyczne. Jak się później okazuje, jego głównym celem okazuje się życie tak, by nie musieć tam wracać. Skrupulatnie pilnuje więc jedzenia pastylek o odpowiednich porach, jak i hamowaniu swoich emocji, by nikt nie chciał się go pozbyć. Nie pamięta okresu sprzed Złego Miejsca, co więcej - wszyscy zachowują się tak, jakby nic się wcześniej nie wydarzyło, ponoć dla jego dobra. Wiadomo jednak, że kłamstwo ma krótkie nogi i prędzej czy później wyjdzie na jaw...

Przez większość czasu Pat rozczula się nad swoją żoną, która - z niewiadomych mu przyczyn - od niego odeszła i nie może się nawet z nią skontaktować. Przyznaje sam przed sobą, że nie był dobrym mężem, jednak teraz robi wszystko, żeby się poprawić, jakby miało to wrócić mu poprzednie życie sprzed Złego Miejsca. Wszystko okazuje się jednak bardziej skomplikowane. Oczywiście Pat mógł liczyć na rodzinę - nie licząc swojego despotycznego ojca, który głównie przesiaduje w swoim gabinecie, albo ogląda mecze Orłów, jednocześnie unikając kontaktów ze swoim synem, którego, można by powiedzieć - się wstydzi. 

Okazuje się, że w ciągu tych czterech lat (właściwie autor nie od razu przyznaje, ile lat trwała nieobecność Pata, więc musimy sie tego domyślać) w rodzinie Pata wiele się dzieje - brat się żeni (i też nie od razu mówi mu o tej nowej żonie), najlepszy przyjaciel zostaje ojcem. Główny bohater jednocześnie ma za złe bliskim, że zatajają za nim prawdę, z drugiej zaś dziękuje im za to, że tak się o niego troszczą. W jego życiu, za sprawą przyjaciela z czas licealnych, pojawia się Tiffany - kobieta, która straciła swojego męża. Podobnie jak on przeżyła załamanie psychiczne, jednak - w przeciwieństwie do niego - pamięta to, co było przyczyną. Na początku jej obecność go denerwuje - chciałby pobyć sam, nie zna jej intencji. Jak się okazuje, Tiffany ma wobec niego pewne plany, wobec których Pat nie może zostać obojętny. 

Mamy jeszcze Cliffa - jego nowego terapeutę, który w pewnym momencie terapii sugeruje mu, że rzekoma „zdrada” Nikki mogła by mu pomóc. Mimo wszystko mężczyzna utrzymuje z nim dobry kontakt. Gdy jeszcze okazuje się, że Cliff - podobnie jak on i jego rodzina - kibicuje Orłom wydaje się, że wszystko jest na dobrej drodze.  Wiemy jednak z życia, że nie zawsze wszystko idzie po naszej myśli nawet wtedy, gdy mamy dobre intencje. 

Nie chcę mówić więcej, bo mogę przypadkowo zdradzić za dużo, a tego nie chcemy. Książka jest bardzo przyjemna, choć momentami Pat i jego słowotok doprowadzał mnie do szewskiej pasji. Niejednokrotnie zachowywał się jak kilkulatek, zadawał sobie banalne pytania i - mimo wszystko - naprawdę zachowywał się jak psychicznie chory. Jednak pewna magia ukryta gdzieś między wersami sprawiała, że nie mogłam się od niej oderwać. Utrzymana w pozytywnej tonacji (wszak Pat chce uszczęśliwiać wszystkich wokół) w sam raz nadaje się na wiosenne, a jednak nadal zimowe wieczory. Każdemu, kto zastanawiał się nad tym, by po nią sięgnąć - polecam. 

Moja ocena: 5/6

23:50:00

Barbara Kosmowska "Pozłacana rybka"

Barbara Kosmowska "Pozłacana rybka"
Pozłacana rybka - Barbara Kosmowska


Alicja była Bardzo Rozpieszczoną Jedynaczką. Któregoś dnia niczym grom z jasnego nieba spadła na nią wiadomość o rozwodzie rodziców. Jedyne schronienie daje dziewczynie domek babci na wsi – tylko tam Alicja może naprawdę odpocząć. Mądra babcia umie rozproszyć wszelkie smutki i doradzić w życiowych zmartwieniach. Na wsi pojawia się też przystojny i utalentowany Robert… Nic dziwnego, że Alicja nie chce wracać z wakacji. Jej ojciec tymczasem znalazł sobie nową partnerkę, ma z nią dziecko, Fryderyka, którego dziewczyna obarcza winą za rozpad rodziny.




Książkę tę zmuszona byłam poznać w formie audiobooka. Nie cierpię tego i jak ognia unikam, więc jest to moja pierwsza pozycja przesłuchana. Nie mogłam sobie odpuścić, to lektura szkolna - a nie udało mi się zdobyć wydania papierowego. Mam nadzieję, że to nie wpłynęło znacznie na przyswojenie książki. 

Opis niezachęcający, prawda? Mnie przynajmniej nie urzekł, gdybym napotkała Pozłacaną rybkę w bibliotece, odłożyłabym ją na półkę. Pomyślałabym, że to kolejna mierna książka dla nastolatek... "Na szczęście" okazała się lekturą i musiałam się z nią zapoznać. Jestem mile zaskoczona. Historia przedstawia życie Alicji - normalnej dziewczyny z pasją fotografowania. Choć przez długi czas nie mogła pojąć, dlaczego  rodzice się rozwiedli (i oni sami wcale jej w tym nie pomagali) oraz ciężko było się przekonać do Frycka zwanego Jaszczurką, powoli jej się to udawało. Wyjechała na wakacje do babci, która zawsze służyła radą i potrafiła z kieszeni fartucha wyciągnąć jakąś ciekawą opowieść ze swojego życia. Istna sielanka... A do tego Robert, dobry przyjaciel i świetny skrzypek. Czego chcieć więcej? Niestety, wszystko, co dobre, kiedyś się kończy i wraz z nowym rokiem szkolnym nadchodzą fatalne wiadomości o braciszku. Alicja zmuszona jest poradzić sobie ze złą sytuacją w obu domach (swoim i mamy oraz taty i Miss Lata, jak dziewczyna nazywała partnerkę ojca), szkole, przyjaźni i miłości. 

Mimo że opowieść napisana jest przede wszystkim o Alicji, to jednak jako dobra siostra spędzała mnóstwo czasu z Fryckiem, który przypomina w swej nieciekawej sytuacji Oskara (może Pozłacaną rybkę nie bardzo kojarzycie, ale Oskara i panią Różę na pewno). Chłopiec zadawał wiele trudnych pytań, a ona nie potrafiła na nie odpowiedzieć. Sama Alicja szukała odpowiedzi na własne u babci, rodziców, a nawet Miss Lata. Książka zahacza o tematy religijne, filozoficzne, co prawda z perspektywy dziecka, ale chyba tak łatwiej przyswoić to czytelnikowi. 

Piękna, wzruszająca historia, która czasem bawi, czasem wyciśnie łzę z oka, może odrobinę przygnębi, ale ogółem jest pełna radości. Jedyne, do czego mogłabym się przyczepić, to, hmm, jak to ująć... nieco nierealistyczne otoczenie Alicji. Może dlatego, że raczej nie chodzę na kawę z reżyserem filmów dokumentalnych i przez to miałam problem z odnalezieniem się w tym świecie. Poza tym jest to dobra, niedługa książką na chłodny, zimowy wieczór, bo na pewno rozgrzeje - serducho i policzki.

Moja ocena: 5/6

17:47:00

Anna Ficner Ognowska, "Krok do szczęścia"

Anna Ficner Ognowska, "Krok do szczęścia"
Autor: Anna Ficner-Ognowska
Wydawnictwo: Znak
Data wydania: wrzesień 2012
Liczba stron: 416

Hania przygotowuje się do ślubu Dominiki. Ten radosny czas przywołuje wspomnienia z jej własnego ślubu i tragedii, która wydarzyła się następnego dnia. Dzięki miłości i wsparciu pani Irenki, Dominiki i Mikołaja Hania wreszcie odważy się wrócić myślami do tamtych dni, nie po to jednak, by rozpamiętywać stratę, ale by pogodzić się z tym, że życie płynie dalej. Mikołaj zaś odkryje, że najtrudniej jest rywalizować ze wspomnieniami Hani o nieżyjącym mężu i że walka o jej uczucie jeszcze się nie zakończyła.Na światło dzienne wychodzi w dodatku rodzinna tajemnica z przeszłości. Niespodzianki zaczynają się mnożyć. Wkrótce w życiu Hani pojawi się bliska osoba, o której istnieniu nie miała dotąd pojęcia i przez którą musi na nowo zbudować obraz własnej rodziny.


Wspominałam o tej książce w notce podsumowującej sierpień (klik). Oczarowana pierwszą częścią, czyli „Alibi na szczęście” (przejdź do recenzji) wiedziałam, że gdy tylko ta część pojawi się na sklepowych półkach, będę musiała ją nabyć. I tak oczywiście się stało! 

Przyglądając się okładce (moje małe zboczenie - zawsze ważność i fajność książki oceniam właśnie po okłądce) doszłam do wniosku, że jest bardzo jesienna. Kobieta ubrana w sweter, w kolorze jesieni, z kubkiem gorącej herbaty. To naprawdę przypomina mi jesienne wieczory, w które - nomen omen - ją czytałam. 

Odnośnie samej książki mam mieszane uczucia. Niepodważalnym faktem jest to, że mi się podobała - strasznie mi się podobała - ale ile można o tym mówić? No dobra, postaram się wymyślić coś konstruktywnego, ale nie obiecuję, że nie będzie to spojlerem. No więc (a mówiła pani w szkole, NIE ZACZYNAJ ZDANIA OD NO WIĘC!) po przeczytaniu pierwszej części mogłoby się wydawać, że Hania i Mikołaj są parą i nic już ciekawego w ich życiu się nie wydarzy. Że wkradnie się do ich związku monotnia i takie tam. A tu sprawa przedstawia się nieco inaczej - bo oni nawet nie wiedzą, czy na dobrą sprawę ze sobą są. Ślub Przemka z Dominiką przywołuje stek niechianych wspomnień z jej ślubu, jednak Kobieta pokonuje granice, o których jeszcze przed kilkoma miesiącami w ogóle bała się myśleć.  Mikołaj z Przemkiem dostają intraktną propozycję wybudowania czegoś tam  w Chorwacji, gdzie wyjeżdżają, Dominika, czekając na przyjście dziecka na świat świruje, więc Ona musi się nią opiekować, a żeby nie było nudno okazuje się, że Aldonka chce wyjść za Dyrektora, który swojego czasu ją samą adorował. W dodatku, na domiar złego na jaw wychodzi pewna tajemnica skrycie chowana przez jej zmarłych rodziców.

Jak odnaleźć się w tym wszystkim i nie zwariować? Jak robić postępy, jednocześnie stąpając twardo po ziemi? Jak pokazać, że jest w porządku, skoro w wewnątrz tylko kotłuje się od niepowołanych myśli, rujnujących kompletnie samoocenę? Jak zmierzyć się z bolącymi wspomnieniami, tylko po to by ruszyć w przyszłość z wysoko podniesioną głową? To wszystko staje się dla Lerskiej kompletną abstrakcją, jednak wie, że by móc ułożyć sobie życie z Mikołajem, musi sobie wszystko poukładać. Nie może odrzucać myśli o ślubie i o życiu, które miała prowadzić, a które runęło w jednej chwili. 

Krok do szczęścia  czytało mi się równie szybko co Alibi na szczęście, które jednak było nieco grubsze. A tu - nim się spostrzegłam, byłam na ostatniej stronie! Szkoda, że nie będzie kolejnej części, bo ja naprawdę przeczytałabym z wielką chęcią co tam u Dominiki i Przemka i - paradoksalnie - czy Hanka odnalazła w końcu spokój ducha. 

Każdemu, kto przeczytał część pierwszą, tą książkę polecam. Moim skromnym zdaniem w sam raz nadaje się na jesienne wieczory wraz z kubkiem herbaty ;)

Moja ocena: 6/6

I na sam koniec przejdę do spraw organizacyjnych - w związku z tym, że każda z nas, autorek, zaczęła szkołę czy studia, przez ostatni miesiąc był tu katastrofalny zastój. Aby nad tym zapanować (a właściwie pozbyć się tego cholerstwa) wymyśliłyśmy, że posty z recenzjami będą pojawiały się raz w tygodniu, w sobotę. Po przecież to, że nie publikujemy recenzji nie znaczy, że książek nie czytamy, bo ja, okej, może w okrojonych ilościach, czytam. Za tydzień napisze któraś z dziewczyn, o ile dogadamy się w sprawie harmonogramu. 

21:49:00

Anna Janko, "Pasja według św. Hanki"

Anna Janko, "Pasja według św. Hanki"


Autor: Anna Janko
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Data wydania: maj 2012
Liczba stron: 368


"Najnowsza książka Anny Janko to piękna opowieść o potężnej sile miłości, która jak demon, zarazem tworzy i niszczy, prowadzi na szczyty egzystencjalnych doznań, ale także porzuca na krawędzi, spycha na dno, w pobliże śmierci. 

 Hanka, bohaterka „Dziewczyny z zapałkami” zbliża się do czterdziestki, jest matką dwójki dzieci, rozczarowaną małżeństwem żoną, niespełnioną poetką. I wtedy pojawia się ON, a wraz z nim wielka namiętność, ekstremalne przeżycia, szansa na szczęście. Ale też poczucie winy i ból. Autorka opisuje z przenikliwością, niezwykłą dynamiką, dramat miłości i udowadnia, że polszczyzna jest w stanie unieść temat erotyki i seksu. Uczta dla zmysłów, uczta dla umysłu."

Zachęciła mnie okładka. Przyznam się bez bicia, że nie czytałam „Dziewczyny z zapałkami”, więc mogę mieć nieco inne zdanie na temat tej książki, nie znając jej poprzedniczki. Ale może od początku…

Na książkę trafiłam oczywiście w Empiku, w którym to zaginęłam, znużona innymi zakupami. Najpierw zachęciła mnie śliczna, zmysłowa wręcz okładka, a później niebanalny tytuł, który wydał mi się… może nie śmieszny, ale jakiś taki nieprawdopodobny. Wróciłam do domu i niezbyt ucieszona odłożyłam ją do „poczekalni”, ponieważ miałam jeszcze kilka książek z biblioteki, z którymi chciałam się jak najszybciej uporać.

Gdy w końcu wpadła w moje ręce, zaczęłam ją pochłaniać. Na samym początku narracja lekko mnie denerwowała – nawet nie chodzi o to, że mi się nie podobała, bo ostatnimi czasy sama z taką zaczęłam praktykować, ale drażniły mnie słówka, które, według mnie, nie powinny się znaleźć w książce, a raczej w języku potocznym. Dopiero gdzieś po kilkunastu kartkach zrozumiałam, że taki jest charakter książki, więc moim zadaniem jest się jedynie do tego przystosować.

Jak pomyślałam, tak i zrobiłam. I jestem niesamowicie zadowolona z tego, że wkręciłam się w czytanie, bo książka naprawdę jest rewelacyjna.

Główną bohaterką jest niemal czterdziestoletnia Hanna, artystka, matka dwójki dzieci, żona. Niby ustatkowana, niby pewna tego, co chce osiągnąć, a w głębi duszy pragnąca kochania, takiego prawdziwego. Monotonii, która wkradła się do życia jej i jej męża, chciałaby się pozbyć…

„Zakochany człowiek nie ma sumienia. Możesz mieć męża, żonę, chorą matkę, debet w banku, czterdzieści lat, wszystko jedno. I tak dzielą cię od tego pradystanse i lata gwiezdne. W dodatku masz tę absolutną pewność, jaką miewają prorocy, że wiesz, co robisz, i wszystko będzie, jak ma być.”

W książce roi się od bogatych w wiedzę cytatów. Tych, które mówią o miłości, ale i tych, które wygłaszają  gorzką czasem prawdę o naszym marnym życiu.

Hania poznaje Go w najgorszym momencie swojego życia. Kiedy nie znajduje pocieszenia u boku męża, jest On. On, który wysłucha zawsze, kiedy tego będzie potrzebowała. On, który będzie dla niej zawsze wtedy, kiedy będzie go chciała. Czyż nie idealnie? Zatracają się w swoim romansie, skrycie ukrywanym przed Jego żoną i jej mężem, Pawem (bo tak go nazywa, a naprawdę ma na imię Paweł). Są jeszcze dzieci – dziesięcioletnia dziewczynka, która staje się opoką Hanki oraz piętnastoletni syn, który kurczowo trzyma się ojca.

Mimo wszystko, rozumiem, dlaczego Hania tak postąpiła, co nie znaczy, że podzielam jej zdanie. Czuła się niezrozumiana – zagubiona w dużym, prawdziwym świecie. Zawsze pragnęła miłości, uczucia… Niezrozumienie najpierw nadeszło ze strony teściów, z którymi mieszkała. Później do tego wszystkiego dołączył się chłodny ton Pawła…

A miłość ją uskrzydliła, więc co w tym złego?

„Pasja wg. Świętej Hanki” opowiada o zagubieniu. O prawdziwej miłości, która jest w stanie przetrwać wszystko i o tym, że nie można być w związku z kimś, kogo naprawdę się nie kocha. Kiedy spotka się kogoś, kogoś obdarzy się prawdziwym uczuciem, wszystko przestaje się liczyć. I wszystko jest prostsze…

Cotygodniowe spotkania, listy…

I fragment, który spodobał mi się najbardziej. Kiedy to ich mieszkanie miało zostać zalane powodzią, a Paweł ratował listy, które pisał do Hanki nie on, a jej kochanek…

Oczywiście moja ocena to 6/6.

Czaicie, że to koniec wolnego? Bo ja naprawdę nie mogę tego zrozumieć...