Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 5/6. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 5/6. Pokaż wszystkie posty

08:45:00

After. 50 twarzy Hardina.

After. 50 twarzy Hardina.


Dodałam w tytule tego posta "50 twarzy Hardina" chyba z wiadomych względów - po obejrzeniu zwiastuna większość widzów spodziewało się nastoletniej wersji Greya, bo zakładam, że celowo były one robione w sposób przyciągający widzów przekonanych o potędze miłości rodem z 50 twarzy. Nic bardziej mylnego. Naprawdę postaram się nie spojlerować, ale o tym powiedzieć musiałam.

Tessa, odwieziona do akademika przez mamę i chłopaka, zafascynowana życiem w wielkim świecie, wcale nie miała w planach poznania faceta swojego życia. Ale przecież początkowo Hardin wcale nie miał się nim stać. Cytując filmweb: Nie jest to przypadkowe porównanie, bowiem schemat narracyjny wygląda z grubsza tak samo jak w "50 twarzach Greya": ona — szara myszka, która lśniące włosy, uroczy uśmiech i nienaganną figurę ukrywa pod nieśmiałym usposobieniem i skromnymi sukienkami, on — nieziemsko przystojny i charyzmatyczny – na skinienie ręki mógłby mieć każdą dziewczynę. Niespodziewanie dla wszystkich (a szczególnie dla siebie samego) on zakochuje się w niej. I choć droga do wspólnego szczęścia przypomina raczej hardkorowy rollercoaster niż romantyczny spacer w blasku księżyca, w imię miłości bohaterowie podejmują walkę o wspólną przyszłość.  


Traktując ten film w typowy sposób, w kategorii new adult, jest to naprawdę dobra produkcja. Zupełnie, moim zdaniem, niespójna z tym, co przekazał i do czego zachęcił zwiastun. Wbrew pozorom, gdybym miała ten film do czegoś porównać, z pewnością nie byłby to Grey, a... (sic!) Szkoła uczuć. Choć fabuła tych dwóch filmów jest zupełnie różna, nie mogłam pozbyć się tego skojarzenia w trakcie seansu, a niewątpliwie było ono spowodowane przedstawieniem sielankowej, pierwszej miłości z drugim dnem. 

Abstrahując od tego, że Josephine Langford jest w tym filmie tak piękna, że nie sposób oderwać od niej wzroku, w parze z Hero Fiennes-Tiffinem stworzyli wiarygodny duet zafascynowanych sobą ludzi sprawiając, że wychodząc z kina pomyślałam (powiedziałam z resztą na głos), że jeśli mam w życiu czegoś żałować to tego, że mnie to już nie spotka. Choć wchodząc do kina czułam się na ten film za stara. 


Ponadto jest to w końcu film o nastolatkach, których grają młodzi ludzie. Nie wiem jak Was, ale mnie nieustannie drażni widok 30-kilku latków odgrywających role licealistów, bo ilekroć na to patrzę razi mnie w oczy brak wiarygodności. A ich bym kupiła, gdyby ktoś mi powiedział, że Hero naprawdę chciał sprawić, że Josephine oszaleje na jego punkcie. 

Oczywiście nie jest to najlepszy film jaki widziałam w życiu. Nie wiem czy zakwalifikowałabym go do zapowiadanego melodramatu, ale jest to dobra propozycja dla chcących przypomnieć sobie nastoletnie uniesienia i jeszcze przez chwilę poczuć ścisk w żołądku. Bo ja lubię patrzeć na zakochanych, zwłaszcza w taki sposób. I fakt, że domyśliłam się clue przy drugim spotkaniu głównych bohaterów, zupełnie mi tego nie popsuł.


Źródło zdjęć: grafika google

08:57:00

Serce nie sługa

Serce nie sługa
 
Serce nie sługa to jeden z tych filmów, które chciałam zobaczyć, a który wciąż uciekał mi w gąszczu innych... Mogłabym o nim nie pisać, właściwie przejść obok niego obojętnie, ale... 

„Serce nie sługa” to film o poszukiwaniu miłości. To zabawne i przejmujące spojrzenie na współczesne związki. Związki ludzi, którzy przestali wierzyć w miłość, choć w głębi duszy właśnie na taką prawdziwą miłość czekają. Nie jest jednak łatwo odnaleźć swoją drugą połówkę. Daria i Filip - główni bohaterowie filmu znają się od lat i są najlepszymi przyjaciółmi. Filip to klasyczny „Piotruś Pan” i łamacz damskich serc. Po kolejnej, upojnej nocy, gdy obudzi się obok nowo poznanej dziewczyny, poczuje, że chce zmienić swoje życie i nadać mu sens. Przypomni przyjaciółce propozycję, którą złożył jej kilka lat wcześniej, że jeśli do trzydziestki nie będą w poważnych związkach, to pobiorą się i razem wychowają dziecko. Czy miłość może zacząć się od przyjaźni? Czy faktycznie jest w stanie przetrwać wszystko? A przede wszystkim - czy może trwa wiecznie?

Komedie romantyczne mają to do siebie, że patrzysz na bohaterów i wiesz, że to o nich chodzi - bum, oni muszą być razem. Niemniej nie uważam tego za złe. Taki gatunek, ot co. Daria i Filip mogą być przyjaciółmi przez lata, ale prawda jest taka, że wystarczy na nich spojrzeć, żeby wiedzieć, że przyjaźń to solidny fundament tego co ich łączy, a jednak nie jedyne co jest między nimi. 

Domagała w tym filmie dostał rolę podrywacza, do której kompletnie z początku mi nie pasował. Gąsiorowska rolę sieroty, w którą wpasowała się idealnie. I chociaż jest to jeden z bardziej przewidywalnych z początku filmów - ani on nie był takim wolnym ptakiem ani ona Sierotką Marysią. Może to kwestia tego, że trzeba spotkać człowieka przy którym zapomina się o tym, od czego przez lata uciekamy? 

Wiedziałam jak te film się kończy na długo przed tym zanim na niego poszłam. A jednak, kiedy już poszłam... przyznaję bez bicia, wyłam w kinie. Zdarza się, no cóż. 

Serce nie sługa to opowieść o sile miłości, nie tylko o jej poszukiwaniu. W dodatku różnych rodzajów tej miłości, nie tylko pomiędzy kobietą a mężczyzną. 

Boję się powiedzieć coś więcej, dlatego też więcej nie powiem. Polecam!


źródło zdjęć: grafika google

09:22:00

Dominika Tabernacka - Pamiętnik Jadzi, czyli wakacje u Baby Jagi

Dominika Tabernacka - Pamiętnik Jadzi, czyli wakacje u Baby Jagi

Chyba już o tym mówiłam, a jeśli nie - zdradzę Wam sekret. Lubię książki dla dzieci. Czasami. Z kilku powodów - po pierwsze, lubię je dawać w prezentach. Uważam, że niezależnie od wieku książka zawsze jest najlepszym, co można komuś ofiarować. Po drugie - lubię po nie sięgnąć, żeby oderwać się od codzienności. A poza wszystkim innym - czytam, zanim dam je dziecku. 

Pamiętnik Jadzi, czyli wakacje u Baby Jagi to opowieść o wakacjach na końcu świata. Piękne Tatry, domek na kurzej łapce i babcia, którą nie tylko z uwagi na nazwisko wszyscy zowią Babą Jagą. Bynajmniej nie tą, która porywa dzieci ani też tą, która złowrogo patrzy na mieszkańców swojej miejscowości. Owszem, zbiera zioła, robi za znachorkę, ma dziwaczny nos i sposób bycia. Dla Jadźki w każdym razie jest po prostu babcią. Mniej lub bardziej towarzyską, mniej lub bardziej zwariowaną. 

Jadzia pojechała na wakacje obiecując mamie, że wypełni zadanie domowe ucząc się jednocześnie systematyczności - każdego dnia będzie pisać choć kilka słów i w ramach wypracowania o swojej rodzinie stworzy wakacyjny pamiętnik. A że pojechała do babci zostać czarownicą, tematów jest aż nad to!

Pamiętnik Jadzi to ciepła historia dziewczynki wierzącej w bajkę, którą wszyscy znamy. Opowieść o pięknych Tatrach, rodzinnych tajemnicach i uskrzydlającej wyobraźni. Nie jest to co prawda bajka dla małych dziewczynek (choć tak pierwotnie myślałam), ale z pewnością zabierze w cudowną podróż dzieci umiejące już samodzielnie czytać.


09:56:00

Dotknij nieba

Dotknij nieba

Podejrzewam, że gdybym od początku miała świadomość, że Dotknij nieba opowiada historię muzyki chrześcijańskiej, mogłabym nie pójść do kina tak chętnie. 

Przy okazji Kleru wspomniałam Wam, że religia w moim odczuciu jest niczym dupa - każdy ma swoją. Do Dotknij nieba bezsprzecznie przyciągnął mnie muzyczny zwiastun i zapowiedź, że jest to historia piosenki, która poruszyła miliardy serc na całym świecie. Nie wiem, czego nie wygooglowałam jej przed seanse, ale... to była dobra decyzja. 

Film odsłania kulisy jej powstania, opowiadając historię jej autora, Barta Millarda. Życie muzyka było burzliwe, pełne wzlotów i upadków. W dzieciństwie był ofiarą przemocy fizycznej ze strony ojca - sfrustrowanego alkoholika, który nie pogodził się z tym, że jego marzenia o karierze sportowej się nie ziściły. W liceum Bart chciał pójść w ślady ojca, co skończyło się kontuzją, która na zawsze wyeliminowała go ze sportu. To wtedy dołączył do kółka dramatycznego, gdzie został odkryty jego talent wokalny. Po ukończeniu szkoły postanowił spróbować swoich sił jako muzyk i w końcu trafił do zespołu MercyMe. Ale sukces nie nadszedł od razu. Zanim narodziła się piosenka, która uczyniła Barta Millarda sławnym, ten musiał się zmierzyć z bolesną przeszłością i, jak sam później wielokrotnie powtarzał, stać się świadkiem działania bożego miłosierdzia.*

Nie jest to może tak wzruszającą produkcja jak pamiętna Szkoła uczuć, w której wiara - tuż obok muzyki - gra jedną z głównych ról, ale z drugiej strony, nie jest to również komedia romantyczna. Choć skłamałabym mówiąc, że brak w tym filmie wzruszeń. Podobnie zresztą ze złością. Nie sposób patrzeć na ekran bez emocji i choć w niejednej recenzji natknęłam się na stwierdzenie, że jest to ciężki film, w którym muzyka łagodzi obyczaje, to mnie zdecydowanie bliżej do dramatów i ciężkiej psychologii niżeli do komedii, których poczucia humoru często nie podzielam (abstrahując od tego, że moje jest podobno specyficzne).


Bart to facet, który poprzez muzykę poszukuje swojego prawdziwego "ja" - bawi, wzrusza, porusza serca słuchaczy i jest przy tym brutalnie prawdziwy, choć nie jest to film stricte biograficzny. Dla twórców Dotknij nieba chrześcijańskie przesłanie miłości, przebaczenia i odkupienia stanowi istotę filmu, dlatego też nie bawią się w subtelności.*

Zdecydowanie jest to propozycja warta uwagi, choć - co nieco mnie dziwi - bardzo szybko wyszła z kina. Szkoda, że dobry film ginie w gąszczu tandety i humoru, pozostając przez wielu niezauważony, ale jeśli będziecie mieli okazję się przy nim zatrzymać - koniecznie sprawdźcie. 

Na koniec dodam już tylko, że jest to produkcja nie tylko dla wierzących i nie tylko dla chrześcijan. Myślę, że wiara nie ma tutaj wbrew pozorom najmniejszego znaczenia.


* filmweb 
źródło zdjęć: grafika google

08:32:00

Janusz L. Wiśniewski - Zbliżenia

Janusz L. Wiśniewski - Zbliżenia


Tak dawno nie pisałam o książkach!
Prawdziwe historie ludzi, którzy żyjąc w różnych miejscach - w Moskwie czy na Bora-Bora - jednakowo tęsknią za bliskością i marzą o miłości. Opowieści ukazujące wielką prawdę, że szczęście i tęsknota człowieka mają zawsze podobne oblicza - niezależne od szerokości geograficznej, statusu społecznego i koloru skóry.
Zebrane w jednym tomie felietony Janusza L. Wiśniewskiego ukazywały się w miesięczniku "Pani".

Wiśniewski to dla mnie autor na miarę Żulczyka i Coelho. Bynajmniej nie chodzi mi o "jakość" jego książek (wiem, wiem - "poziom" to lepsze słowo), ale bardziej o fakt, że jego cytaty przemawiają do mnie dużo bardziej niżeli pełna treść książek. De facto zachęcona nimi na instagramie postanowiłam dać mu jeszcze jedną szansę i podczas ostatniej wizyty w bibliotece sięgnęłam po dwie pozycje. W tym - po Zbliżenia.


Może jestem ignorantką, może nie doczytałam, a może zapomniałam pomiędzy biblioteką a lekturą - podchodząc do tej pozycji nie byłam jednak świadoma, że to zbiór felietonów. Ale! Przy okazji odkryłam, że to naprawdę ciekawa i zachęcająca forma. Wiem, wiem - teraz już na pewno jestem ignorantką.

Zbliżenia to... zbliżenia relacji ludzi z "różnych światów". Relacji przeróżnych - tych mniej lub bardziej wypełnionych miłością (i różnymi jej formami), przyjaźnią, ciepłem rodzinnym i seksem. Sposób ukazania kobiet w książkach Wiśniewskiego jest o tyle specyficzny, że są one - takie przynajmniej mam wrażenie - dużo wrażliwsze i emocjonalne na każdym kroku niżeli faktycznie jest w rzeczywistości. A może to kwestia tego, że "wyciąga" on w swoich książkach na pierwszy plan te najgłębiej skrywane (niekiedy) emocje?

Zbiór krótkich opowiadań, historii - idealny na wczesnojesienne wieczory z parującą herbatą. Polecam! I lecę czytać Zespoły napięć. 


19:28:00

Żona

Żona


Dramat to zdecydowanie mój faworyt wśród gatunków filmowych.

Po prawie 40 latach małżeństwa, Joan i Joe Castlemanowie (Glenn Close i Jonathan Pryce) stanowią uzupełniający się wzajemnie duet. Joe lubi brylować, Joan jest nieśmiała. Joe nie przykłada wagi do ubioru, Joan jest zawsze elegancka. Joe jest nieco próżny, Joan skromna. Joe pławi się swoją publiczną rolą jednego z Wielkich Amerykańskich Powieściopisarzy, Joan tymczasem dzieli się swym intelektem, wdziękiem i dyplomacją z prywatnym życiu, spełniając się jako Żona Wielkiego Pisarza. To ona dba o dom, kontakt z dorosłymi już dziećmi, pamięta, by Joe zażył lekarstwa o określonej porze. To prawda, zdarzają jej się gorsze chwile, ale jej naturalna godność i poczucie humoru pozwalają pozostać tym momentom w ukryciu. Rok 1993, Joe dowiaduje się, że jego literacki dorobek zostanie uhonorowany literacką Nagrodą Nobla. Jego gwiazda rozbłysła, kiedy poznał Joan w późnych latach pięćdziesiątych XX wieku. Był wtedy jej (żonatym) nauczycielem. Film zestawia historię pary z ich niezwykłą młodzieńczą pasją i ambicjami oraz portretem tych samych ludzi trzydzieści lat później. Z całym dorobkiem kompromisów, sekretów, zdrad, ale i niezwykłą wzajemną miłością. W drodze do Sztokholmu małżeństwu towarzyszy syn David (Max Irons), aspirujący pisarz, który uważa, że matka nie docenia swego wkładu w karierę męża. A to nie jedyny gość towarzyszący tej podróży. Jest z nimi również Nathaniel Bone (Christian Slater), dziennikarz pracujący nad biografią Castlemana – autoryzowaną lub nie.*

Żona to film ukazujący relację długoletniego małżeństwa opartego... chciałoby się powiedzieć "nie tylko na miłości". Nie chcę tutaj spojlerować, ale to bardzo oględne stwierdzenie. Joe to kawał pajaca bez pomysłu na siebie, który widząc za młodu potencjał jednej ze swoich studentek postanowił wykorzystać jej talent, znajdując oparcie w jej umiejętności redagowania swoich (niezbyt dobrych tekstów). Czterdzieści lat małżeństwa i tej literackiej współpracy przyniosło Joe kilkanaście bestsellerów i nagrodę Nobla, a Joan... cóż, poczucie życia przeciekającego między palcami.

Nie chcę zdradzić za dużo, więc lepiej się przymknę. Ale - polecam!



 * źródło: filmweb
źródło zdjęć: grafika google

14:24:00

Jestem taka piękna!

Jestem taka piękna!

Nie będąc fanką komedii, nie mogłam się tego filmu doczekać. 

Renee Bennett (Amy Schumer) każdego dnia boleśnie doświadcza, jak to jest być przeciętniaczką w Nowym Jorku – mieście faworyzującym pięknych i bogatych. Wszystko zmienia się, gdy na zajęciach fitness spada z rowerka treningowego, uderza się w głowę i traci przytomność. Kiedy odzyskuje świadomość i spogląda w lustro, wprost nie może uwierzyć. Jej nogi są szczupłe i opalone, włosy jedwabiste, a podbródek idealnie ukształtowany. Jednym słowem – jest zjawiskowo piękna! Problem w tym, że… tak naprawdę nic się nie zmieniło. Dla całego świata Renee nadal wygląda tak samo. Jednak bohaterka, przekonana o rzekomym cudzie, przechodzi totalną metamorfozę. Z szarej myszki staje się wyzwoloną i pewną siebie kobietą, której śmiałość i energia robią piorunujące wrażenie na wszystkich, począwszy od jej słodkiego chłopaka – Ethana (Rory Scovel), a skończywszy na atrakcyjnej szefowej – Avery Leclair (Michelle Williams). Z czasem Renee, która dzięki awansom pnie się w górę w firmie kosmetycznej, zaczyna spoglądać z wyższością na świat i innych ludzi. Czy to możliwe, żeby stając się „piękną”, dopuściła do głosu „brzydszą” część swojej osobowości?

Gratuluję komuś, kto pisał opis tego filmu i spłycił go tak bardzo, że gdybym czytała go przed seansem, trzy razy zastanowiłabym się, czy iść do kina. 


Jestem taka piękna to historia Renee, która - piękna w środku - nie może pogodzić się z tym, że nie wygląda jak dziewczyny z okładek. Motywacyjne hasła na fitnessie sprawiają, że całą energię skupia na swojej metamorfozie i kiedy odzyskuje przytomność po felernym upadku, widzi siebie w zupełnie innym świetle. Mało tego! Ona naprawdę inaczej wygląda. Choćby fizycznie nic się nie zmieniło, pewność siebie i uśmiech sprawiają, że staje się jednak atrakcyjniejszą kobietą. Dzięki pewności siebie poznaje Ethana, zmienia pracę - z ciemnej piwnicy w Bronxie wychodzi do recepcji głównej siedziby firmy kosmetycznej, stając się jednocześnie jej wizytówką (zasiada przecież "na wejściu"). A to dopiero początek wielkiej przygody, która nie udałaby się, gdyby... 


... okazało się, że "czar" i piękne nie zostały dane na zawsze. Kolejny upadek powoduje, że Renee wraca "do siebie", znów ma nadwagę, dwa podbródki, nieidealną cerę i mniej lśniące włosy. Bardziej trafnym od pytania Czy to możliwe, żeby stając się „piękną”, dopuściła do głosu „brzydszą” część swojej osobowości? byłoby tutaj: Czy to możliwe, że o "pięknie" stanowi jedynie fizyczność? 

Jest to komedia, w której nie brakuje zabawnych dialogów i sytuacji, a jednocześnie jest to film niosący za sobą pewne przesłanie. Zanim jednak powiem za dużo, zachęcam Was, byście sami się o tym przekonali. Moim zdaniem, warto.


źródło zdjęć: grafika google.

15:44:00

Tully

Tully

Chyba już oczywistym stały się dla mnie sobotnie seanse. Powiedzmy, że wpisały się one w rutynę, choć sobota jest dla mnie jednym z najbardziej napiętych dni w tygodniu. Zazwyczaj spędzam poza domem cały dzień i choć obawiałam się, że dwa filmy to za dużo, by ciągle móc myśleć (ponieważ oba tego myślenia wymagały) to zdecydowanie miniona sobota była jedną z najlepszych, jakie spędziłam w tym roku w kinie. I film, który widziałam na jej zakończenie bez dwóch zdań był najlepszym, jaki udało mi się obejrzeć... cóż, od bardzo dawna. Ale po kolei.

Otóż pierwsza była Tully. 

Po pierwszych zwiastunach, które de facto widziałam podczas poprzedniej wizyty w kinie, poczułam się mocno zawiedziona faktem, że na stronie internetowej określono ten film mianem komedii, a nie - czego się spodziewałam - dramatu. Niemniej jednak, nie wierzmy we wszystko, co jest napisane, rzekł kiedyś pewien ktoś... i będę się tego trzymać, choć sama piszę i słowo pisane - jak wiecie - lubię. 


Rzecz w tym, że Tully jest opowieścią o rodzicielstwie. Choć może to za dużo powiedziane. To opowieść o macierzyństwie - o trzydziestoletniej matce trójki dzieci, którą spotykamy u progu (trzeciego) porodu, który nie wywołuje w niej burzy emocji (ponoć, co w filmie również zaznaczono, "trzecie jest najłatwiejsze"). Powiedziałabym, że Marlo jest jedną z tych matek, o których chcą nam ostatnio opowiadać insta-mamy, a które nie po to są "insta", żeby tym obrazem się dzielić. Marlo jest opuchnięta, zmęczona (fizycznie i psychicznie), rozdygotana emocjonalnie i zostawiona trochę sama sobie przez męża, który w dzień pracuje, wieczorami gra na ps-ie, a w nocy śpi jak zabity. Jest kobietą, którą chyba każda matka na pewnym etapie się czuje, a którą w kinie rzadko pokazuje się w takim wydaniu - wyczerpaną rolą, którą sama sobie wybrała. I uważam, że choć ten obraz może wydać się depresyjny (sama M. przeszła depresję poporodową przy poprzednim dziecku), to jest po prostu ukazaniem tego, o czym kobiety nie mówią, bo nie wypada. Abstrahując od tego, że guzik prawda co wpada a co nie. 


W ramach prezentu dla małej Mii, jeszcze przed porodem, brat Marlo proponuje jej opłacenie nocnej niani. Nazwijmy ją instytucją, polegającą na opiece nad dzieckiem w nocy, która ma zapewnić rodzicom czas na odpoczynek w pierwszych tygodniach życia dziecka. I choć Marlo stanowczo odmawia, im bardziej czuje się zmęczona, im dłużej nie śpi i im dłużej nie znajduje choć chwili dla siebie... w końcu dzwoni do Tully, która w jednej chwili przejmuje na siebie macierzyńskie obowiązki, szybko stając się częścią Marlo, dającej nie tylko poczucie autonomii świeżej mamie, ale również przypominając jej i uświadamiając, jak cudowną rolą jest bycie żoną, mamą i kobietą, której udało się spełnić marzenia, choćby w tym momencie czuła się tym przytłoczona. 

Ale Tully to nie wyidealizowany obrazek, któremu nie ma czego zarzucić - to młoda i atrakcyjna dziewczyna, która wchodząc w rolę opiekunki do dziecka, stała się może nazbyt bliska rodzinie Marlo...


Wracając do początku sądzę, że to guzik nie komedia. To naprawdę dobry dramat, w którym poruszono ważny temat relacji rodzinnych i odpowiedzialności. Charlize Theron jest taką aktorką, która - poniekąd - w jakim filmie i jakiej roli by nie grała, tam się odnajdzie. Powiedziałabym, że lepiej lub gorzej, ale prawdę mówiąc - zazwyczaj jednak lepiej. Choć chodzę do kina stosunkowo często i widziałam w tym roku naprawdę wiele filmów, wciąż oceniam bardziej to co widzę (np. na zwiastunach) niżeli skupiam się na reżyserii. Niemniej jednak Tully to efekt współpracy Jasona Reitmana z Diablo Cody'm, którzy wspólnie stworzyli kiedyś Juno, poruszającą równie waży temat relacji i macierzyństwa, choć w młodszej i... no cóż, gorszej jednak, odsłonie. A może byłam wtedy młodsza i mniej rozumna, dlatego ten odbieram lepiej? A może Juno dziś postrzegam inaczej i powinnam się cofnąć, żeby móc z pełnym przekonaniem powiedzieć, że był to dobry (lub nie) film? Nieważne. W każdym razie - Tully to film godzien poświęcenia mu półtorej godziny w ciągu dnia i - a może przede wszystkim - głębszej refleksji.

 Polecam.


źródło zdjęć: grafika google

08:41:00

Strażnicy cnoty

Strażnicy cnoty

Nie lubię komedii. Jestem prawie pewna, że to stwierdzenie już tu kiedyś padło, niemniej jednak - naprawdę nie lubię komedii. Jaś Fasola działa na mnie jak płachta na byka i choć jest to specyficzny film, to z innymi z gatunku pozornie śmiesznych wcale nie jest (dla mnie) lepiej. Adam Sandler jest jednym z aktorów, od którego uciekam gdzie pieprz rośnie i przekonanie mnie do oglądania filmów, które są nastawione na to, by bawić, graniczy niemal z cudem. 

Przy okazji sobotniego maratonu filmowego poszłam jednak do kina na Strażników cnoty i... dawno się tak nie uśmiałam. Powiedziałabym, że może to być spowodowane również tym, że poprzedni film (Żyje się raz) to totalny niewypał, było późno i nie chciało mi się już myśleć... może tak było (okej, z pewnością tak było), ale może też jestem skora do lekkiej zmiany nastawienia w stosunku do komedii. Lekkiej, ale! 


Strażnicy cnoty to opowieść o rodzicach z syndromem dziecka wyfruwającego z gniazda. Nie do końca uświadomili sobie, że ich dzieci dawno już postawiły pierwsze kroki i nie dopuszczają do siebie myśli, że czekające ich już niebawem wejście w dorosłość może - w choć minimalnym stopniu - wykluczyć ich z codzienności potomków. Nie miejcie mi za złe tego stwierdzenia. Uważam po prostu, że w życiu każdego dziecka, podobnie jak każdego rodzica (!), przychodzi taki moment, kiedy pora się rozstać. I wbrew pozorom w bardzo wielu przypadkach gorzej z tą samodzielnością radzą sobie... rodzice. 

Rodzice próbują powstrzymać swoje córki przed uprawianiem seksu w noc balu maturalnego.

Opis tego filmu jest bardzo prymitywny i myślę, że choć pozornie gra toczy się o tę utratę dziewictwa, wcale nie o nią tu chodzi. Lisa, Hunter i Mitchell mają córki - nastolatki. O ile pierwsza dwójka żyje z dziećmi w stosunkach iście przyjacielskich, o tyle Mitchell, po rozwodzie z matką Sam, niemal całkowicie stracił z nią kontakt. A jednak zna ją lepiej niż ktokolwiek inny... 


Wbrew pozorom, choć jest to komedia, Strażnicy cnoty poruszają bardzo ważny temat relacji przyjacielskich i tych rodzic-dziecko, dziecko-rodzic. Temat trochę omijany w zakresie "rozstań" i "separacji", z jakimi wiąże się dorosłość dzieci, które są oczkiem w głowie rodziców. 

Poza tym jednak wciąż jest to komedia. Przezabawna, na której dwa razy szczerze popłakałam się ze śmiechu i na której chwała Bogu były napisy, bo w gwarze śmiechu niektórych dialogów nie dało się usłyszeć ;). 



źródło zdjęć: grafika google

17:49:00

Lena Wolska - Wróżka z gwiezdnego pyłu

Lena Wolska - Wróżka z gwiezdnego pyłu
 

Jak już wiecie (bo przecież Wam o tym mówię ;)), lubię od czasu do czasu sięgnąć po książki dla dzieci. Bynajmniej nie sama, a z tymi najmłodszymi właśnie.

Przyznaję, że Wróżka z gwiezdnego pyłu przyciągnęła mnie niczym innym jak aspektem czysto wizualnym, choć nie jestem fanką niebieskiego koloru. Ale w grafice dla dzieci mam ostatnio dziwną "fazę" na bajkowe krainy. Takim oto sposobem - tadam.
O sztuce dobrego życia dla najmłodszych
Mała Hania od zawsze marzyła o tym, by zostać wróżką. Wesoła i bystra dziewczynka pragnęła opiekować się innymi, nieść pomoc potrzebującym i sprawiać, by świat stał się lepszym miejscem. Spotkanie z wilkiem Albertem – stuletnim mędrcem i opiekunem lasu, który opowiada jej o Gwiezdnym Pyle – staje się początkiem niezwykłej podróży. Dziewczynka i jej opiekun magicznym sposobem przemieszczają się od Tatr po Morze Bałtyckie, a w każdym z miejsc czeka na nich nowy nauczyciel… Ich nauki mówią o tym, jak dobrze żyć, dostrzegać piękno, znaleźć w sobie siłę i ufność w to, co przyniesie los. Czy Hania je zrozumie i podąży za radami Magów? Czy odkryje źródło i tajemnicę Gwiezdnego Pyłu? Podróż w głąb siebie nie zawsze jest prosta…

– Spójrz, Haniu. To jest właśnie Absolut – powiedział wilk.
– Co to jest Absolut, Albercie? – zapytała Hania, patrząc na swojego mądrego towarzysza.
– Ten zachwyt, jaki czujesz, kiedy kierujesz wzrok na coś tak pięknego – odpowiedział spokojnym głosem. – W każdej rzeczy i w każdej istocie jest to samo piękno. Patrząc właściwie, jesteś w stanie zobaczyć je we wszystkim, co cię otacza. Łatwiej je jednak dostrzec, spoglądając na zachodzące słońce, które oblewa swoim kolorem cały świat.

Przy okazji jakiejś recenzji, do której zajrzałam tuż przed tym, zanim sama zaczęłam tę książkę czytać zauważyłam pewien zarzut odnoszący się do tego, że książki dla dzieci w pewnym momencie przestały mieć sens, a zaczęły być wypełnione humorem. Może "sens" to złe słowo, bo chodzi bardziej o lekcje i morały, ale jedno jest pewne: humor przede wszystkim. Chwała Bogu, że ja na takie pozycje raczej nie trafiam!

Abstrahując od opisu z okładki, Wróżka z gwiezdnego pyłu to opowieść o życiu, o sile miłości, kształtowaniu osobowości i pięknie, które każdy z nas nosi w sobie, często będąc tego nieświadomym.W dodatku napisana w sposób, który pozwolił mi wyobrazić sobie babulinkę siedzącą przy kominku i jej wnuczki, z gorącą czekoladą w ręku, zasłuchane w historii, którą z całą pewnością sami kiedyś będą opowiadać swoim potomkom... 

Polecam, nie tylko dla dzieci. A może, mając na względzie sens tej opowieści, szczególnie właśnie polecam ją dorosłym.


20:24:00

Julia Samadi - Słońce Tebrizu

Julia Samadi - Słońce Tebrizu

Czytałam w życiu kilka książek o tematyce miłości polsko - arabskiej i choć skłamałabym mówiąc, że jestem tym zafascynowana, a każda kolejna tego typu pozycja niesie za sobą nowe, niespodziewane wydarzenia... chętnie sięgam po kolejne. Z pełną jednak świadomością tego, że wszystkie te historie oparte są na podobnym schemacie, który - gdyby czytać zbyt wiele pozycji po sobie - mógłby się w pewnym momencie zbyt mocno wryć i po prostu znudzić. 

Wydaje mi się, że czytając pierwszy z opisów Słońca Tebrizu czułam, że to jednak inna historia. 

Julia jest ciężarną żoną Adama - niebieskookiego blondyna, który za żoną i nienarodzonym jeszcze dzieckiem poszedłby najpewniej w ogień bez mrugnięcia okiem. Ot, małżeńska relacja. Urlop za miastem, piękne okoliczności przyrody, hamak w zielonym ogrodzie, śpiew ptaków, błogi sen... i widmo przeszłości, które wraca coraz częściej. Widmo czarnych oczu patrzących z miłością, w których jej własne zatapiały się przez lata, choć widziały je ledwie dwa razy. Ale topić się można i zakochać nie w gestach a słowach, nie tyle w człowieku, co w osobowości. I trochę tak było. Trochę, to za mało powiedziane. 

Julia poznała Madżnuna przypadkiem. Miała piętnaście lat, dostęp do sieci i inne od pozostałych uczestników forum zdanie na temat poruszonego pewnego dnia wątku muzycznego. I kiedy chciała się nim podzielić, kiedy przed opublikowaniem zobaczyła, że wyjął jej słowa z ust, zamiast na forum - napisała do niego. Nie wiedząc kim, skąd i jaki jest. Był po prostu podobny, ciekawy, intrygujący. Tak inny, choć tak bardzo podobny do niej samej. I jakoś to poszło. 

Słońce Tebrizu to najprościej mówiąc opowieść o przeszłości, której nie da się zostawić za sobą. O miłości, która w pewien sposób nas ściga i o tym, że dawne pragnienia nie umierają. O tym, że uczucia nie gasną z upływem czasu i tym, że - jak to kiedyś napisano w sieci - to nie czas rozdziela ludzi, tylko brak miłości. 

Jest to opowieść prowadzona na kilku płaszczyznach - teraźniejszości, w której Julia jest dorosłą kobietą, żoną i matką, borykającą się z przeszłością (choć nie jestem do końca pewna czy "borykająca się" to dobre określenie, najpewniej nie), nastolatki, w której rodzi się uczucie i kogoś pomiędzy - dziewczyny, która kocha, choć jest to uczucie dla niej i jej otoczenia wysoce niezrozumiane. Bo jak to tak, na odległość, na przekór kulturze, pochodzeniu? 

Przyszło mi na myśl, by napisać tu - "fajny sposób przekazu", ale wydaje mi się to być zbyt infantylne w kontekście tej naszpikowanej emocjonalnością powieści. W dodatku! Na samym wstępie możemy przeczytać krótką historię tytułu i dowiedzieć się, że jakkolwiek niemożliwym by się to wydawało - ta historia wydarzyła się naprawdę. 

Zdecydowanie jest to jedna z tych powieści, która zmusza do myślenie i głębokich oddechów. Ale warto. Polecam.

19:44:00

Pitbull. Ostatni pies.

Pitbull. Ostatni pies.

Zabieram się za tą recenzję trzeci raz i szczerze mówiąc wciąż nie wiem jak zacząć. Może tak - nie widziałam żadnej części Psów. Widziałam dwie części Pitbulla. Lubię filmy Vegi, chociaż są bardzo specyficzne, ale film Pasikowskiego to coś ponad chamskie odzywki, brutalne sceny i przeładowanie produkcji seksem.

To tak w skrócie.

Kampania reklamowa jest, choć mniejsza od jemu podobnych filmów, obsada jest - dobra przecież, historia jest... Oceny średnie, rozgłos chyba niezbyt wielki, a już na pewno zachwytów na miarę poprzedników nie słyszałam. Nie obiły mi się o uszy również statystyki, więc żeby móc powiedzieć Wam, że w pierwszym tygodniu Ostatniego psa obejrzało pół miliona widzów, musiałam sobie poszperać. Może niezbyt długo, ale jednak.


Przyznaję, że pewnie gdyby nie moje magiczne Unlimited (póki co jestem zachwycona), pewnie bym się na ten film nie wybrała. Jakkolwiek źle nie zabrzmi to w odniesieniu do Psów, Pitbulla i obu reżyserów, któzy na przestrzeni lat nagrywali tę historię - chyba najbardziej przyciągnęła mnie do tego filmu obsada. Tęskniłam za Pazurą na dużym ekranie, chciałam zobaczyć na nim Dodę...

A ostatecznie okazało się, że to jest dobra produkcja!

Po śmierci Soczka policjanci z warszawskiej komendy rozpoczynają śledztwo. Na wezwanie komendanta do stolicy przybywają Nielat zwany Quantico, Metyl oraz Despero, którzy mają za zadanie powstrzymać gangi walczące między sobą o miasto. 

Za dużo mi to nie powiedziało, ale te opisy na filmwebie tak już chyba mają, że stanowią jedynie zajawkę dla zwiastuna (zajawka to dziwne słowo, nie sądzicie?).


Po dwóch poprzednich częściach, a właściwie po drugiej nakręconej przez Vegę zaczęłam naprawdę czekać na ten film, z wielu powodów. Między innymi dlatego, że Niebezpieczne dziewczyny to początek mojej przygody z Patrykiem, a już na początku wspomniałam, że choć te filmy są specyficzne, to naprawdę je lubię. Ale że to nie ma być ogólna moja opinia jego filmów, a widzę, że powoli zmierza to w tę stronę - chcę powiedzieć, że choć to ciąg dalszy historii tych samych bohaterów (w jakimś stopniu), których mogliśmy już gdzieś spotkać, to zupełnie inna historia niżeli jej poprzednicy. Lepiej stworzone postaci, lepsze przedstawienie tematu i w ślad za tym, co zdążyłam już gdzieś przeczytać - klimat filmów Pasikowskiego i sposób ich realizacji pozwala lepiej wczuć się w prawdziwość tej historii. Abstrahując od powiązań, które widać gołym okiem, a które nie są przedstawione w tak dosłowny sposób jak poprzednio. Generalnie - nie trzeba tu wiązanek wulgaryzmów ani odcinania nogi piłą przez kolegę, żeby zrozumieć, że sytuacja momentami jest do dupy.

Fabularnie w każdym razie jest to historia policjanta działającego pod przykrywką, który wchodzi w środowisko jednego z gangów toczącego walkę - a jakże - z drugim. Pazura znika dość szybko, jego żona przejmuje rządy na dzielni (tak, mówię to celowo), a na przykładzie Despero odkrywamy, że im dalej w las, tym więcej drzew. Nie spojleruję, nie o to chodzi. Na zakończenie kwintesencja tego, co chciałam powiedzieć przez cały ten wywód:

Stare grzechy mają długie cienie. I widać, że trochę się tych błędów przeszłości nazbierało. Chociaż ściągnięci z emerytury bohaterowie oraz nowy reżyser robią w dużej mierze za ekipę sprzątającą, w szacunek wobec fanów oraz potrzebę opowiadania kolejnej historii nie musimy wierzyć na słowo. Stworzony przez faceta, który miał coś ciekawego do powiedzenia, a następnie brutalnie poturbowany przez jego wewnętrznego biznesmena, "Pitbull" spadł na cztery łapy. *
 

* filmweb 
źródło zdjęć: grafika google

10:56:00

Do zakochania jeden krok

Do zakochania jeden krok

Dzień dobry!

Przychodzę do Was dzisiaj z nie oczywistą recenzją nowości kinowej. Do zakochania jeden krok to naszpikowana emocjami... No właśnie, co? Komedia romantyczna czy dramat z rodziną w tle?

Sandra po rozwodzie przeprowadza się do siostry i niespodziewanie wśród jej szalonych przyjaciół odkrywa na nowo radość życia. *

Gwoli ścisłości - Sandra przeprowadza się do siostry, kiedy podczas przyjęcia z okazji przejścia na emeryturę jej męża odkrywa, że po 35 latach udanego - jej zdaniem - małżeństwa, Mike ma romans z jej przyjaciółką. W dodatku romans trwający od pięciu lat.

Dwie główne postacie – siostry, które dawno nie miały ze sobą kontaktu – skonstruowane zostały na zasadzie przeciwieństw, co najpierw prowadzi do starć, a potem do wzruszającego pojednania. Grany przez Timothy'ego Spalla obiekt uczuć jednej z sióstr jest człowiekiem mocno dotkniętym przez los, co budzi w widzach troskę i naturalne pragnienie, by zaznał trochę szczęścia. Garść strategicznie ulokowanych żartów sprawia zaś, że film robi wrażenie lekkiej i przyjemnej komedii.*

O ile z tą częścią recenzji na filmwebie się zgadzam, o tyle uważam, że przypisanie tego filmu do kiepskich komedii obyczajowo-romantycznych świadczy chyba o niezrozumieniu tematyki przez autora. 

Generalnie Do zakochania jeden krok to film, który wychodzi naprzeciw młodym ludziom chcącym zrozumieć... hm, nie chce użyć tu słowa starość, bo może zabrzmi brutalnie - ale tak naprawdę,  owszem, starość. 

Sandra ma 60 lat, jej siostra 70, kiedy po 10 ciszy zamieszkały razem w momencie, w którym życie tej młodszej przewróciło się do góry nogami. Myślę, że przeciwstawność ich charakterów polega głównie na tym, że choć wychowały się w tym samym środowisku, żyły jednak w różnych. I to, co na pierwszy rzut oka może wydawać się życiem lepszym - rodzina, pozycja, pieniądze - wcale nie musi się takie okazać. 

Z ręką na sercu mogłabym powiedzieć, że to gdzieś już było, w jakimś innym miejscu, w młodszym wydaniu. Ale to właśnie wiek bohaterów, ich doświadczenie i dotychczasowe przeżycia świadczą o sposobie postrzegania tego, co się w nim dzieje. Zarówno przez nich, jak i przez widza.

Myślę, że to jeden z tych filmów, który porusza do łez niczym innym jak swoją prawdziwością i otwiera oczy młodszych niż bohaterowie widzów na to, jak ważne są w życiu relacje, nie tylko rodzinne, i ich pielęgnowanie. To opowieść o wartościach, o marzeniach i szukaniu radości życia mimo wieku. O miłości również, ale bardziej niż do płci przeciwnej chyba jednak do samego siebie, do rodziny, do życia. 


W dodatku jest to film z naprawdę dobrą obsadą, który może nie wbija w fotel jak niektóre propozycje, ale z całą pewnością jest tym, który przed jakimkolwiek komentarzem trzeba przemyśleć, najlepiej w samotności. 

Polecam, ale proponuję wziąć chusteczki. Choć szczerze mówiąc w pewnym momencie czułam się... Jakby to ująć, żeby źle nie zabrzmiało... Przerażona starością. Chociaż to nie tyle wina tego filmu, co raczej mojego podejścia. 
* recenzja filmwebu. 
źródło zdjęć: grafika google.

08:35:00

Marcin Wójcik - Celibat

Marcin Wójcik - Celibat


Wspomniałam Wam ostatnio, że wrażenie odpuszczenia kina będzie nikłe, ale tym razem - zgodnie z obietnicą - mam dla Was historię pewnej książki. Ostrzegam tylko, że jest trochę bardziej kontrowersyjna niż film Vegi, o którym mówiłam poprzednio i przeznaczona nie tylko dla pełnoletnich czytelników, ale też tych o mocnych nerwach. 

A przynajmniej sądząc po większości opinii z którymi się spotkałam, tak właśnie powinnam powiedzieć. Tyle, że sama nie do końca to czuję, ale po kolei. 

Temat Celibatu zaczęła jedna z moich koleżanek, kiedy w rozmowie z drugą przeszły na tory zbliżającego się okresu komunijnego i związanym z nich przygotowań dziecka Drugiej. Od słowa do słowa - czytam właśnie książkę, pożyczę Wam jak skończę. Jako że ja byłam w kolejce trzecia, a ostatecznie stałam się czwarta, zanim sama usiadłam do lektury znałam już opinię większości, z czego dwie nie dobrnęły do końca, bo padło w tej książce aż nazbyt dużo słów, których człowiek nie chciałby być świadkiem. 

Jeszcze zanim na dobre zacznę chcę powiedzieć, że zupełnie świadomie nie poruszam publicznie tematów pieniędzy, religii i polityki i nie ma to nic wspólnego z moim brakiem zainteresowania tymi tematami, ale bardziej z tym, że uważam, że pierwsze każdy ma swoje, a na temat tych dwóch kolejnych każdy ma prawo mieć swoje zdanie i o ile dyskutować zawsze warto, tak te trzy rzeczy budzą kontrowersje tak wielkie, że zbyt często prowadzą do niepotrzebnych kłótni. I cokolwiek zostanie napisane dalej - jest to wyłącznie moja opinia, którą proszę, byście uszanowali, tak samo jak ja uszanuję Waszą. 


I zacznę, jak to często bywa - od końca, a mianowicie od słów wyjaśnienia autora, że książka zawiera tylko jedną stronę kościoła i opisuje tylko jeden sposób zachowania księży, przy czym - oczywiście - jest jeszcze ten drugi, normalny, stanowiący prawdziwych ludzi wiary.



Mimo wszystko Celibat jest właśnie ni mniej ni więcej, a właśnie opowieścią o miłości i pożądaniu. W dużej mierze opisuje on historie księży wierzących, wątpiących, czujących powołanie do głoszenia religii, ale również umiłowanie dla drugiego człowieka, które niekiedy prowadzi do miłości - ludzkiej, prawdziwej, człowieka do człowieka, mężczyzny do kobiety, do ich dzieci, niekiedy do mężczyzn, do swoich rodzin, wcale nie na przekór Bogu, choć jest to sprzeczne z tym, czemu ślubowali, w czym obiecywali wytrwać, ale nie wytrwali. 

Z drugiej jednak strony Celibat to historia księży krzywdzących - swoje kobiety, swoich mężczyzn, ufające im dzieci, dla których mieli stanowić wzór do naśladowania, najwyższą formę autorytetu, z którym mieli dzielić największe lęki i troski. 

Słyszałam i czytałam naprawdę wiele opinii, że to obrzydliwa i denerwująca historia kościoła, o której wszyscy wiedzą i wszyscy mówią, a oficjalnie wciąż utrzymuje się, że te sytuacje nie mają miejsca. Dlaczego ja tego nie poczułam? Wzdycham tu ciężko, ale świadomie. Ja to już widziałam. Znam mężczyzn, którym wiele lat temu, kiedy byli dziećmi, ksiądz składał niedwuznaczne propozycje zostania po mszy. Znam syna proboszcza swojej niegdysiejszej parafii, który jest - w porównaniu do ojca - naprawdę świetnym człowiekiem, dobrym partnerem i cudownym ojcem. I znam księdza, który ludzko kochał pewną cudowną kobietę przez wiele miesięcy, które jednak nie oderwały go od Boga, a które im obojgu złamały wtedy serca. 

Nie potrafię powiedzieć, że ta książka jest obrzydliwa, bo poza tym, że kilkoro z tych księży okazało się zwyczajnymi tyranami to uważam, że w dużej mierze przedstawiono w niej ludzi i ludzkie słabości. Czytałam już wiele historii o przemocy i tej wcale nie uważam za gorszą. Niemniej jednak jestem w pełni świadoma, że sposób pojmowania wiary i Kościoła jako takiego niewątpliwie wpływa na odbiór tego, co za sprawą Wójcika ujrzało światło dzienne. Ja je już po prostu znałam. 


18:50:00

Kobiety mafii

Kobiety mafii


Zauważyła ostatnio, że ten książkowy blog w tym roku stał się bardziej... filmowym blogiem. Już miałam pisać o książce... ale, o zgrozo!, wybrałam się do kina. Obiecałabym Wam, że przez pewien czas nie pójdę, ale... chyba jednak pójdę. W każdym razie następnym razem na pewno przyjdę z książką, bo mam dwie recenzje na stanie, ale jako że film aktualnie jest w kinach, to przychodzę dzisiaj z kolejną w tym miesiącu recenzją nowości, tym razem polskiej - Kobiety mafii Patryka Vegi. 

13:39:00

Linda Bleser - Dom łez

Linda Bleser - Dom łez

Naczytałam się o tej książce tylu cudownych słów, że kiedy tylko stanęłam przed możliwością przeczytania - nie mogłam przejść obojętnie. 

Każdego dnia dokonujemy wielu wyborów. Czasami chodzi o jakiś drobiazg, czasami o coś naprawdę istotnego.
Większość wyborów nie powoduje wielkich zmian w naszym życiu. Są jak małe gałązki, które wplatają się w inne. Co innego podejmowanie ważnych decyzji, które powodują rozwidlenie naszej rzeczywistości, tak jak u drzewa, gdy z pnia wyrastają dwa konary.
Życie toczy się dalej, ale w dwóch różnych kierunkach. W jednej rzeczywistości jesteś tą, która coś zrobiła, a w drugiej, równoległej, tą, która czegoś nie zrobiła.
Bo przecież każdy ma swoje „co by było, gdyby…”, prawda? I nigdy nie można przewidzieć, która decyzja będzie słuszna, a która nie. Dopiero później, patrząc wstecz, można osądzić, co z tego wyszło.
Opowieść o kobiecie, która dostała od losu niezwykłą szansę, by sprawdzić, jak wyglądałoby jej życie, gdyby dokonała innych wyborów.

Jenny poznajemy w dzień jej 13 urodzin. Powiedziałabym, że to zwyczajna nastolatka, pełna marzeń i przekonana, że oto stoi u progu okresu, który uwolni ją od etykietki dziecka a uczyni z niej prawie-dorosłą... ale to nie do końca prawda. Jenny jest młodziutką nastolatką, właściwie jeszcze dzieckiem, zostawionym trochę samej sobie, zobowiązanym do opieki nad młodszą siostrą. Ma plany i marzenia, ma kilka postanowień i głowę pełną pomysłów. I mamę, poetkę, której zawód i osobowość rzutują na życie całej rodziny. 

Jenny ma 13 lat tylko przez chwilę, kiedy chcąc rozpocząć dzień, który ma zmienić jej życie, widzi matkę w kałuży krwi. Widzi po raz ostatni. 

Nie potrafię opowiadać Wam fabuły książek o tyle, że boję się powiedzieć zbyt wiele. Niemniej jednak samobójstwo matki rzutuje na całej tej powieści i sprawia, że Jenny jest jaka jest i przeżywa... co przeżywa. Wrażliwa, zamknięta, wciąż pełna marzeń, choć zabrakło wiary. 


Nie jestem fanką tego typu książek. Prawdę mówiąc, co możecie tutaj zauważyć, sięgam raczej po historie z wątkiem psychologicznym, obyczajówki i pozycje z półek dla nastolatków, choć stosunkowo dawno temu wyszłam już z tego okresu. Dlaczego więc, choć minęło trochę czasu od kiedy odłożyłam tę książkę na półkę, wciąż w jakiś sposób ją przeżywam? (dlatego też nie napisałam tej recenzji od razu) 

Linda Bleser zafundowała nam historię, która w całej swej niewiarygodności jest prawdziwa. Poza Jenną na pierwszym planie, pełną żalu i smutku, mamy też jej siostrę Cassie, która z początku wydawała mi się trywialną dziewczynką (którą de facto po drodze przestała być) i wybory, przed którymi sami stajemy niejednokrotnie, a które nam samym nie zawsze wydają się aż tak ważne. 

"Wsiąknęłam" w tę historię niczym w rozmowę z dobrą koleżanką i trochę przypomniały mi się czasy spędzone przed komputerem przy opowiadaniach, które wbrew pozorom swego czasu stanowiły naprawdę wartościowy element literatury (o ile mogę to tak określić). 

Mówiłam Wam już niejednokrotnie, że boję się wysoko ocenianych książek z prostego powodu - że przyniosą zawód. Z ręką na sercu chyba pierwszy raz w życiu nie zmęczyła mnie powieść, o której wielu ludzi tak dobrze mówiło. Polecam. Zwłaszcza, że zajmie Wam ona góra dwa wieczory, bo naprawdę pochłania się nią zamiast czytać.

15:00:00

Cudowny chłopak

Cudowny chłopak
źródło: grafika google.

Dzień dobry! 

W ramach babskiego popołudnia wybrałam się wczoraj do kina na jedną z wielu kuszących nowości tego roku - Cudownego chłopaka. I powiem Wam, że nie pamiętam kiedy ostatnio widziałam produkcję wywołującą podobne emocje. Ale od początku. 

13:47:00

Maciej Drzewicki, Grzegorz Kubicki - Ania

Maciej Drzewicki, Grzegorz Kubicki - Ania
 
Ania jest postacią kultową w polskiej kinematografii, choć kiedy o niej myślę to nieustannie od lat ciśnie mi się na usta: niespełnioną.

11:48:00

Joshua Levine - Dunkierka

Joshua Levine - Dunkierka

Wydaje mi się, że przez te kilka lat prowadzenia bloga nie miałam okazji jeszcze powiedzieć Wam jednej rzeczy - lubię literaturę wojenną. Niewątpliwie największe zainteresowanie tym gatunkiem przechodziłam w ubiegłym roku, pochłaniając jedną po drugiej Prawdziwe historie wydawnictwa Znak - Wojenne dziewczyny, Dziewczyny z powstania, Ostatnie dni dyktatorów... Tyle, że zasiadając przed tego typu lekturą, a później odkładając ją na półkę skończywszy, ciężko ubrać mi myśli w słowa i wydaje mi się, że o żadnej z nich nigdy Wam nie opowiedziałam. A może powinnam. Może przyszedł na to czas, kiedy emocje opadły. (o ile można tak powiedzieć?) 

11:39:00

Szybcy i wściekli 8

Szybcy i wściekli 8

Cześć Wam!

Nie jestem fanką filmów (z pogranicza) fanstasy, aczkolwiek są dwie serie, do których - choć widziałam je nie raz - zawsze chętnie wracam. Pierwszą jest Harry, z wielkim sentymentem, drugą są Szybcy i wściekli, których najnowsza, ósma już, część miała premierę w Polsce 21 kwietnia. Wtedy też wybrałam się do kina, a dzisiaj opowiem Wam o swoich wrażeniach.