Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura Polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura Polska. Pokaż wszystkie posty

08:25:00

Michalina Grzesiak - Krysia. Mała książka wielkich spraw

Michalina Grzesiak - Krysia. Mała książka wielkich spraw


Pisałam niedawno o pierwszej książce Michaśki, gdzie wstęp był do mojej miłości do tej osoby, więc nie będę się powtarzać, ale zostawię link - Krystyno, nie denerwuj matki.


To nie jest przewodnik, który poprowadzi was przez gąszcz rodzicielskich wyzwań. Z tej książki niczego się nie nauczycie. Nie znajdziecie tu żadnego tutorialu, który odwiedzie was od popełniania błędów. No serio, to nie tu. Tu notorycznie coś się paprze.
Ta książka pokazuje świat oczami dziecka, a widzenie i rozumienie u pięciolatki to jakby wyższy stopień wtajemniczenia. To jest sztuka. Tak nie oceniać, nie kategoryzować i nie nienawidzić.
Jest w nas, dorosłych, poczucie, że mamy niekontrolowaną władzę nad młodszymi. Przeświadczenie, że wolno nam przelewać w ich głowy dokonania i porażki, wiary i niewierności, chęci i niechęci, lubienia i nielubienia.
Niepopsuty człowiek, kiedy tylko dopuścisz go do głosu, opowie ci o pomaganiu nieznajomemu na dziale z lizakami i tęsknocie za „umarniętą” mamą, chociaż mama jeszcze nigdzie się nie wybiera. Przekona świat, że chłopcy mogą malować paznokcie na czerwono i zakładać sukienki z tiulem. Wskaże też palcem najsubtelniejsze sposoby wyznawania miłości każdemu, kto tylko zechce go posłuchać.
Posłuchajcie Krysi.
„Szczęśliwe dzieci, które mogą być Krysiami i szczęśliwi dorośli, którzy z Krysi nie wyrośli. To wielka sztuka – zachować w sobie trochę dziecka. Nie myśleć kolorami skóry, konwenansami, opiniami innych, nie patrzeć na płeć. Wiedzieć, chociaż przez chwilę, co jest w życiu ważne. Znów zedrzeć buty, farbować włosy bibułą, gadać z mamą o przedszkolnych dramatach, a potem zasypiać w samochodowym foteliku.
Ta książka uczy słuchać uważniej, myśleć prościej, dostrzegać więcej. Ta książka budzi w czytelniku dziecko, które zasnęło znudzone dorosłością.”
Anna Ciarkowska



Właściwie moja chęć przeczytania czegoś więcej niż postów na instagramie zaczęła się od tej pozycji - Krysi. Małej książki wielkich spraw. Zaczęłam jednak od początku, od tego, jak Michaśka poznała Grzesia, skąd się wzięła Krystyna i Jurek, dlaczego kredyt hipoteczny, a nawet dwa, i dlaczego ta Łódź, skoro ja od zawsze mieszkam o krok, a od zawsze nienawidzę.



Krysia, w skrócie nazywając, to jednak zupełnie coś innego. Michalina, o czym wspomniałam ostatnio, jest osobą szczerą do bólu i prawdziwą na wszerz. I właśnie dlatego, patrząc na całą ich rodzinę, chciałam zobaczyć ją jako mamę, bardziej od strony "dla dzieci", z tym dystansem i miłością. Wcześniej widziałam cytaty - prawdziwe na wskroś.


Dzieci zaczynają od zera, od pustych kartek. Są nowe, jak świece z całym knotem i chleb, z którego nikt nie odkroił nawet piętki. Gdybyśmy pozwolili im biec własnym torem, swobodnie, w tempie dla nich najwygodniejszym, niemęczącym wcale, być może udałoby nam się oddalić od niezgód i uciec od smutku. Postanowienie na zawsze - nie psuć niewinności. Uczyć tolerancji, kiedy ich chłonne głowy, jeszcze nieusztywnione schematami myślenia, mają szansę zwiać uprzedzeniom.


Wiecie, ja lubię tematykę dziecięcą, choć do bycia mamą mam drogę jeszcze daleką. Mimo wszystko, z tego co zauważyłam, po Krysię sięgają kobiety na każdym etapie ich życia, niekoniecznie mamy i niekoniecznie te, które są od bycia mamą o krok.


Ta książka nie radzi, nie wyznacza drogi i niczego nie ułatwia. Ta książka jest o moim własnym, niepopsutym człowieku, którego jeszcze nie pożarła rzeczywistość, a którego słuchanie uczy mnie więcej niż przeczytanie milionów książek.


A z drugiej strony to przecież nie jest poradnik wychowawczy. A przynajmniej nie miał być. Choć w mojej ocenie wszystko, co prawdziwe, wszystko, co o życiu i wszystko, co uczy miłości, może być poradnikiem. Choćby nie wychowawczym, to takim... do życia.



Źródło zdjęć: instagram

08:09:00

Michalina Grzesiak - Krystyno, nie denerwuj matki

Michalina Grzesiak - Krystyno, nie denerwuj matki


Kto bywa na instagramie i nie zna Michaliny, popełnia w moim mniemaniu zbrodnię stulecia. Krystyno, nie denerwuj matki to zarówno tytuł książki, o której przyszłam dziś pogadać, jak również nazwa profilu, który jako jeden z niewielu, naprawdę obserwuję, z każdą nowinką. I mówiłam to samej Michalinie, marzę o winie z nią, zwłaszcza że poza poczuciem humoru łączy nas jeszcze jedno - Łódź.



Kto by pomyślał, że odebrany odruchowo nad talerzem parujących klusek telefon zmieni moje życie o 180 stopni.
Że wyląduję w mieszkaniu wielkości komórki pod schodami, zacznę systematyczną walkę z charczącym kiblem i tetrisem gratów uzbieranych w ciągu dwóch lat zmian, upychanych skrupulatnie w wolne dziury dwudziestu siedmiu metrów łódzkiej kawalerki. Kto by przypuszczał, że w końcu rzucę wszystkim w pizdu, zaciągnę drugi hipoteczny i wyniosę się na przedmieścia już nie sama, a z rodziną w pełnym znaczeniu tego słowa.
Nie ja. Ja się nie spodziewałam.
Ta książka to zapis ewolucji kobiety. O tym, jak Pikachu zmienił się w Raichu. O tym, jak karmiłam się dystansem do siebie, oczekiwań i odbioru rzeczywistości, żeby nikogo nie zabić, nikogo nie zabić i przypadkiem, gdybym się kiedyś zapomniała – nikogo nie zabić. O tym, jak się kocha, nawet kiedy się wątpi, i o tym, jak mężczyźni wierzą w depilację bikini pęsetą. O wszystkim. Serio.


Generalnie, Michalinę uwielbiam. Za bezpośredniość, za otwartość i za poczucie na instagramie, że jesteś na kawie czy winie i gadasz z kumpelą o życiu, o nie życiu, o - jakby to Miśka powiedziała - o dupie Maryny. Swoją drogą, szczególnie lubię to ostatnie.


Przechodząc się po salonach, uwalniałam się powoli od ciasnego stanika i pijących w brzuch spodni. Przebrałam się w wygodne, poplamione dresy, opatuliłam polarowym kocem i zaczęłam żyć tak, jak kochałam najbardziej: wolna od „muszę”, „masz” i „teraz!”.


Krystyno, nie denerwuj matki to historia trochę Michaliny, trochę Grześka, trochę Krystyny i Jurka (dzieci). Gdybym kiedyś powiedziała, że instagram to wszystko, to książki są jeszcze lepsze!

Przy okazji Kulturowego podsumowania lata 2019 pisałam recenzję ebooka zakupionego w ramach Wielkiej Orkiestry, którego rok temu trochę z braku laku czytałam na wakacjach. Kit nie zawsze jest dobry. Wtedy była mowa o Nicole Sochacki-Wójcickiej i pokusiłam się o stwierdzenie: książka niech będzie książką (...) umówmy się, że pisanie na instagramie to nie literatura. A okładki warto zostawić jednak dla czegoś, co przyjemnie trzyma się w ręku. I o ile o #instaserialu zdania nie zmieniłam (i niech mnie ręka boska broni, żeby to się stało), o tyle Michaliny nie będę nawet zestawiać z tamtą grafomanią.

Krystyno, nie denerwuj matki to rozmowa z koleżanką. To już mówiłam, nie? Lubię te wszystkie bezbożnice na k., wyrazy niezadowolenia na ch. i zachwyty na zaje., które wciąż z niezrozumiałej dla mnie przyczyny nie są bluźnierstwami.



Nie wiem czy to jest autobiografia. Powiedziałabym raczej, że opowieść o sobie wysnuta z kieliszka wina w domu pełnym miłości. Michalina jest osobą, która tworzy dom pełen prawdziwości i jest szczera do bólu we wszystkim co w życiu miłe i wszystkim tym, co naprawdę miłe nie jest. Do tego ma serce na dłoni, otwartość godną podziwu i choć nie zawsze i nie we wszystkim się z nią zgadzam, a niekiedy nawet jej poglądy idą zupełnie na przekór moim, w sprawach fundamentalnych, to daję jej do tego prawo, jak każdemu, kto nie wtyka mi siłą swoich racji. Powtarzam to kolejny raz, nie oceniam życia, ale oceniam to, co trzymam w ręku i to, jak się przy tym czuję. A dzisiaj sobie myślę, że żałuję, że trafiłam na Krystyno... tak późno, a do książki jeszcze później.


Będzie też część druga Michaliny, bo jestem po obu tych lekturach - Krysia. Mała książka wielkich spraw. Już niebawem :)


Źródło zdjęć: instagram

08:52:00

Daria Orlicz - Drapieżcy

Daria Orlicz - Drapieżcy

Cześć!

Skusił mnie opis tej książki, choć - jak wiecie - nie jestem fanką tego typu literatury. Ale że ostatnio moją uwagę przykuwają głównie thrillery (poza powrotem do ciężkiej tematyki psychologii), musiałam spróbować. 

Dziewczyna ze szkarłatnym znamieniem na twarzy mieszkała samotnie w domu pod lasem. Nazywali ją córką czarownicy; prześladowali, wyśmiewali i upokarzali. Tamtej nocy, kiedy dopadło ją trzech zwyrodnialców, nie było nikogo, kto mógłby ją uratować. Jej życie zgasło niespostrzeżenie i nikt nie zauważył, że zniknęła… Czas mijał i napastnicy zaczęli się czuć bezkarnie. Ale ktoś jednak odkrył, co się stało. Ktoś, kto zapalił przed jej domem znicz w kształcie serca. Ktoś, komu jej brakowało. Nieco później w miasteczku zdarzyło się coś, co sprawiło, że bestialska zbrodnia wyszła na jaw, a sprawcy zaczęli panikować, tracąc grunt pod nogami. Tamtej nocy, kiedy wdarli się do jej sypialni i zawlekli ją nad pobliskie jezioro, było ich trzech. Kilka dni później zostało już tylko dwóch. Ale czy dopadnie ich ręka sprawiedliwości? I czy zbrodnia, której ofiarą padła dwudziestokilkuletnia Irena Wilczyńska pociągnie za sobą kolejne dramaty? Co zrobią zdesperowani mordercy wiedząc, że lada moment policja zacznie deptać im po piętach? W ”Drapieżcach” ścieżki bohaterów splatają się w łączącą ich dramatyczne losy wspólną historię, a spirala przemocy nakręca się do ostatnich stron. Nikt nie jest całkowicie bez winy, a każdy może paść ofiarą tych, którzy polują nocą – złych ludzi i ich równie podłych zamiarów.

Szczerze mówiąc, dopiero z innych recenzji dowiedziałam się, że Drapieżcy to trzecia część serii, o której nawet nie słyszałam. Ściśle związane jest to oczywiście z pierwszym zdaniem, które dziś tutaj padło, no ale... 

Piekło jest puste, wszystkie diabły są tutaj

Brutalny gwałt stroniącej od ludzi dziewczyny z domu pod lasem to zbrodnia, która nigdy nie powinnam się wydarzyć. Abstrahując nawet od tragedii, to początek batalii trojga nastolatków, spośród których jeden, wrażliwy - prowadzony przez starszego brata - nie tylko boi się konsekwencji, ale również lęka reakcji na minione wydarzenia. 

Można podejść do tej książki jako kryminały - gwałtu, zabójstwa, tajemniczego znicza na schodach domu, w którym nie odkryto jeszcze zbrodni. A można - jak to zazwyczaj bywa w moim przypadku - spojrzeć na to bardziej psychologicznie i obserwować więcej niż jedną tragedię. Motyw kobiety to tak naprawdę, jak czytałam już w jakiejś recenzji, nawias dla historii o moralnych dylematach, trudnych wyborach między złym a gorszym, wyrzutach sumienia...

W wielu recenzjach spotkałam się z opinią, że Pani Orlicz (swoją drogą czy trzy nazwiska dla jednej autorki to nie za dużo?) wplata w swoje książki zbyt dużo patologii - zachowań i osobowości. Być może... Z całą pewnością w każdym razie nie jest to pozycja dla wszystkich, a na pewno ja musiałam po niej psychicznie odpocząć.



09:37:00

Agata Czykierda-Grabowska - Adam

Agata Czykierda-Grabowska - Adam

Są takie książki, które zapadają się w człowieka.

Adam to jedna z pozycji, którą w tym roku kupiłam pod choinkę. Kupiłam nie sobie, ale zanim jeszcze nowa właścicielka zdążyła wziąć tę powieść w ręce, pochłonęłam ją. Pochłonęłam, bo inaczej nie da się nazwać momentu, w którym sięgasz po niemal czterysta pięćdziesiąt kartek w święta i robisz wszystko, by jak najszybciej skończyć. Choć - co mają do siebie dobre książki - przychodzi moment, w którym za wszelką cenę chcesz opóźnić jej zakończenie... 

Adam nie zaznał w życiu szczęścia. Po trudnym dzieciństwie i tragicznej śmierci matki trafił do domu tymczasowego, żeby doczekać osiemnastych urodzin. Później miał być zdany sam na siebie, sam stawiać czoła swoim lękom, koszmarom i niebezpieczeństwu, od którego nikt nie mógł go uchronić.
Nie spodziewał się, że los postawi na jego drodze dziewczynę o zielonych oczach i wielkim sercu, które czuje zbyt mocno. Nie wiedział, że ona także skrywa bolesną tajemnicę, której dotychczas nikomu nie wyjawiła. Nie mógł przewidzieć, że zrodzi się między nimi miłość – czysta i młodzieńcza, ale też namiętna i obezwładniająca.
Miłość, która uratuje ich na tysiąc różnych sposobów. 

Wiecie nie od dziś, że zatopiłam się w tematyce opieki zastępcze i przemocy w rodzinie wiele lat temu i choć nigdy nie będzie brzmiało to dobrze - zawsze chętnie do niej wracam. Nieustannie przyciąga mnie do tych książek prawdziwość i siła płynącego z nich przekazu, a kiedy Adam wpadł w moje ręce zaledwie na chwilę przed świętami, kupiłam go trochę dla siebie. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że moja mama o tym wie, więc i przed sobą mogę się już przyznać. 


Adam to jeden z tych bohaterów, który zawsze będzie zbitką. Zbitką dwóch gatunków, które w ostatnim czasie czytam naprzemiennie - tajemniczej postaci z powieści new adult i rozbitym dzieckiem z przeszłością, który trafiając do rodziny zastępczej jest zamknięty w sobie i ucieka przed ludźmi. Przynajmniej na początku. I przynajmniej z pozoru. 

I jest Ona. Dziewczynka, która czuła zbyt dużo i zbyt mocno, by móc pewnie stąpać po ziemi. 

Poznali się w domu, który jedynie z pozoru tworzył komukolwiek oazę bezpieczeństwa. Dwoje rozbitków po brzegi wypełnionych samotnością, którzy nie czując niczego prawdziwego, czuli wszystko zbyt mocno. Dwoje nastolatków postawionych pod ścianą w brutalnej dorosłości, którzy w pewnym momencie tylko dzięki sobie stawiali kolejne kroki. Zakochani miłością, która ratowała ich na tysiąc różnych sposobów. 


Wsiąknęłam w tę książkę nie mniej niż ona wsiąknęła we mnie. Zapadłam się w niej, tak jak ona wpoiła się we mnie i chociaż - co zauważam z przykrością - dawno już przestałam czytać tak, jak chciałabym czytać, czuję głód i niedosyt słów, które ukoją wulkan buzujących we mnie emocji.

Adam to historia dziecka, które widziało zbyt wiele, czuło zbyt wiele i które zbyt mocno zapadło się w siebie. Historia chłopaka, który u progu dorosłości poznał rodzinę, która uratowała go przed samym sobą. Historia pełna wzruszeń, nadziei i miłości. Czasem typowo nastoletniej, żarliwej i infantylnej, a z drugiej strony rozumiem, że rozbite dzieci w późniejszej dorosłości są wrażliwsze, inaczej przyjmują relacje. A skłamałabym mówiąc, że chodzi tu tylko o Niego...


08:20:00

Bożena Kraczkowska - Czubek

Bożena Kraczkowska - Czubek

Mój dotychczasowy brak sympatii do polskich autorów spowodował pewną ignorancję w stosunku do nazwisk autorów nawet „sławnych” pozycji czytelniczych. Przyznaję się do tego, choć pewnie nie uszło Waszej uwadze, że coraz więcej tu recenzji (a co za tym idzie, coraz więcej czytam i oglądam) rodzimych książek i filmów. Wielokrotnie już lata temu mówiłam, że chcę się przekonać, ale ten moment – powiedzmy – przełomowy nastąpił (a właściwie wciąż następuje) dopiero od kilk(nastu) miesięcy. Mniej więcej w tym roku, choć może zaczęło się to w ubiegłym. 

W każdym razie – sięgnęłam po jedną z najnowszych pozycji NovaeRes, Czubka Bożeny Kraczkowskiej. Zupełnie nieświadoma kim jest ta Pani, jak i również nie wiedząc co do tej pory wyszło spod jej pióra (czy to nie jest zbyt archaistyczne określenie? nieważne). Tym samym mocno zaskoczył mnie opis autorki na okładce. 

Bożena Kraczkowska urodziła się w Świdniku k. Lublina. Mieszka i pracuje w Olsztynie. Z wykształcenia jest muzykiem i dziennikarzem. Wieloletnia redaktorka i dziennikarka w Gazecie Olsztyńskiej. Jest autorką wierszy, opowiadań oraz powieści dla dzieci i młodzieży. Fotografuje, komponuje i śpiewa.

Wydała m.in. tomiki poezji Da się żyć (2011), Flamingi (2015), powieść Purpurowe gniazdo (2014) i zbiór opowiadań Mały człowiek z wielkim psem (2014). W 2011 roku nagrała autorską płytę Wystarczy mnie lubić. 

Jej przeboje znalazły się na listach przebojów „Trójki” i RAGA TOP Radia Olsztyn.
Jest autorką tekstów piosenek znajdujących się w repertuarze m.in. Maryli Rodowicz i Cezarego Makiewicza. 

Piosenka z jej tekstem Dziewczyna z granatem w ręce promuje serial TVP Czas honoru – Powstanie, jest także autorką tekstu piosenki Tancerka do serialu TVP Bodo. 

O ile zaciekawił mnie sam opis tej książki, obiecujący opowiadania nieoczywiste, niepokorne i niejednoznaczne, o życiu, śmierci, miłości chcianej i niechcianej, o wolności, uzależnieniach, samotności… Tak czytając jeszcze o samej autorce, byłam jeszcze bardziej głodna treści Czubka. Wydawać by się mogło, że to musiało się udać. 


Otóż to, mogłoby. Się wydawać znaczy. Czubek to faktycznie zbiór historii o tematyce różnorodnej, a jednocześnie zbliżonej do siebie, połączonej niczym innym jak właśnie życiem, ot co. Niemniej jednak od pierwszych stron, pierwszej bohaterki i pierwszych jej zachowań… chciałam tę książkę cisnąć przez okno. Ale, wiecie, jesień jest, zimno już, nie chciało mi się go otwierać. Postanowiłam dać Pani Kraczkowskiej szansę i brnęłam dalej, męcząc się i męcząc. Przepraszam, ale taka prawda!

Jest takie powiedzenie, że jak coś źle się zaczyna, to dobrze się kończy. Albo odwrotnie. Nieistotne. Jest to w każdym razie dość specyficzna opowieść, przy której trzeba zatrzymać się na dłużej. Niekoniecznie ta, przy której można nie myśleć i zwyczajnie odmóżdżyć się po całym dniu czy tygodniu - czyli nie ta na jesienne, depresyjne wieczory. Swoją drogą, czy u Was w tym okresie też najlepiej sprawdzają się lekkie powieści? Problem w tym, że mój nieprzeczytany stosik przybrał już miarę parapetu przy podwójnym oknie i może trzy z tych książek zakwalifikowałabym jako lekkie, pozostałe to czysta psychologia, trudne tematy.

Znów odbiegam od Czubka, niczym ten czubek. W każdym razie chcę powiedzieć, że słowem najlepiej opisującym te opowiadania będą właśnie te z opisu - nieoczywiste, niejednoznaczne. Choć pełno w nich kiepskiej konstrukcji, wątpliwej interpunkcji, składni i chaosu, o które nie podejrzewałabym Pani Kraczkowskiej jako osoby mającej na koncie takie osiągnięcia. A z drugiej strony każda niedoskonałość Czubka składa się na ogólny jego zarys i gdyby wyrzucić z niego to, co mierziło mnie i kuło w oczy - nie byłyby to te same historie. 

Dopływając do brzegu - warto po nią sięgnąć, żeby wyrobić sobie swoje zdanie. Chyba niczego ponad to nie wymyślę, bo szczerze mówiąc to nie jestem dziś pewna czy polecać czy niespecjalnie.

09:22:00

Dominika Tabernacka - Pamiętnik Jadzi, czyli wakacje u Baby Jagi

Dominika Tabernacka - Pamiętnik Jadzi, czyli wakacje u Baby Jagi

Chyba już o tym mówiłam, a jeśli nie - zdradzę Wam sekret. Lubię książki dla dzieci. Czasami. Z kilku powodów - po pierwsze, lubię je dawać w prezentach. Uważam, że niezależnie od wieku książka zawsze jest najlepszym, co można komuś ofiarować. Po drugie - lubię po nie sięgnąć, żeby oderwać się od codzienności. A poza wszystkim innym - czytam, zanim dam je dziecku. 

Pamiętnik Jadzi, czyli wakacje u Baby Jagi to opowieść o wakacjach na końcu świata. Piękne Tatry, domek na kurzej łapce i babcia, którą nie tylko z uwagi na nazwisko wszyscy zowią Babą Jagą. Bynajmniej nie tą, która porywa dzieci ani też tą, która złowrogo patrzy na mieszkańców swojej miejscowości. Owszem, zbiera zioła, robi za znachorkę, ma dziwaczny nos i sposób bycia. Dla Jadźki w każdym razie jest po prostu babcią. Mniej lub bardziej towarzyską, mniej lub bardziej zwariowaną. 

Jadzia pojechała na wakacje obiecując mamie, że wypełni zadanie domowe ucząc się jednocześnie systematyczności - każdego dnia będzie pisać choć kilka słów i w ramach wypracowania o swojej rodzinie stworzy wakacyjny pamiętnik. A że pojechała do babci zostać czarownicą, tematów jest aż nad to!

Pamiętnik Jadzi to ciepła historia dziewczynki wierzącej w bajkę, którą wszyscy znamy. Opowieść o pięknych Tatrach, rodzinnych tajemnicach i uskrzydlającej wyobraźni. Nie jest to co prawda bajka dla małych dziewczynek (choć tak pierwotnie myślałam), ale z pewnością zabierze w cudowną podróż dzieci umiejące już samodzielnie czytać.


19:42:00

Nina Reichter - LOVE Line

Nina Reichter - LOVE Line

Ach, Nina! 

Przy okazji trylogii Ostatniej Spowiedzi wspomniałam Wam, że mam do tej autorki ogromny sentyment. Od niej de facto zaczęła się moja przygoda z internetowymi opowiadaniami, przez nią swego czasu przepłakałam niejedną noc przed szklanym ekranem i - choć robiłam to na długo przed Spowiedzią - trochę dzięki tamtej właśnie powieści sama zaczęłam pisać (dłuższe formy). Kiedy myślę o tej autorce wciąż mam przed oczami Toma, którego kochałam tak bardzo całą sobą... 

Ale LOVE Line już takie nie jest. OS zawsze pozostanie dla mnie opowiadaniem pełnym emocji i choć gratulowałam Ninie nie raz oprawienia jej w okładkę, dla mnie zawsze pozostanie niedoskonałością publikowaną w sieci co kilka(naście) dni, spędzającą mi sen z powiek (dalej mam na laptopie folder z tamtą muzyką!). Dlatego też sięgając po LL rok (!) temu, ale również wracając do niej dzisiaj, miałam mieszane uczucia. Żeby nie powiedzieć, że ponownie złamane serce... 

Wiem, za dużo w tym wstępie emocji i sentymentów. Wybaczcie mi to, ale gdybym nie powiedziała tego na początku, moje odczucia względem LOVE Line byłyby niepełne. 

Bethany McCallum jest dziennikarką, której przyszło opowiedzieć o środowisku PUA - trenerów podrywu. Matthew jest nikim innym, jak byłym trenerem i pomysłodawcą audycji radiowej chwytającej za serce miliony Amerykanek - w tym, trochę przez przypadek, Beth. Poznali się przypadkiem, dawno temu, a następnie - przez jeszcze większy przypadek - trafili na siebie po latach. A później, przypadkiem... 


Wierzycie w przypadki? Z jednej strony trochę ich tutaj za dużo, z drugiej jednak LOVE Line nie jest schematyczną powieścią romantyczną rozciągniętą na 500 (!) stron, w tym o dwieście pięćdziesiąt za dużo (często mam takie odczucia w przypadku zbyt długich form). Nic z tych rzeczy. Gdyby sięgnąć po LL zaraz po OS da się zauważyć przeskok dojrzałości. To jest trochę tak, jakby na oczach czytelników dojrzał autor. Tworząc powieść już nie tylko dla młodzieży, wypełnioną nie tylko miłością, ale toną psychologii, ambicją i ideałami doroślejszymi niżeli w przypadku poprzedniczki. 

Czytałam tę książkę "na raty" i ilekroć sięgnęłam po nią ponownie utwierdzałam się jedynie w przekonaniu, że charakterystycznym dla autorki jest sposób przedstawienia postaci kobiecych - ich nie da się kochać. Są irytujące, podejmują decyzje, które rodzą pytanie "dlaczego!", ale wbrew pozorom, właśnie dzięki temu, są autentyczne i takie... ludzkie. 

Nie będę opowiadać fabuły, bo uważam, że warto zapoznać się z nią samodzielnie. A piszę o tej książce nie przez przypadek - już 25 października premierę będzie miała druga część LOVE Line, o której obiecuję opowiedzieć Wam wcześniej niżeli za rok :) 

Czytaliście?

08:32:00

Janusz L. Wiśniewski - Zbliżenia

Janusz L. Wiśniewski - Zbliżenia


Tak dawno nie pisałam o książkach!
Prawdziwe historie ludzi, którzy żyjąc w różnych miejscach - w Moskwie czy na Bora-Bora - jednakowo tęsknią za bliskością i marzą o miłości. Opowieści ukazujące wielką prawdę, że szczęście i tęsknota człowieka mają zawsze podobne oblicza - niezależne od szerokości geograficznej, statusu społecznego i koloru skóry.
Zebrane w jednym tomie felietony Janusza L. Wiśniewskiego ukazywały się w miesięczniku "Pani".

Wiśniewski to dla mnie autor na miarę Żulczyka i Coelho. Bynajmniej nie chodzi mi o "jakość" jego książek (wiem, wiem - "poziom" to lepsze słowo), ale bardziej o fakt, że jego cytaty przemawiają do mnie dużo bardziej niżeli pełna treść książek. De facto zachęcona nimi na instagramie postanowiłam dać mu jeszcze jedną szansę i podczas ostatniej wizyty w bibliotece sięgnęłam po dwie pozycje. W tym - po Zbliżenia.


Może jestem ignorantką, może nie doczytałam, a może zapomniałam pomiędzy biblioteką a lekturą - podchodząc do tej pozycji nie byłam jednak świadoma, że to zbiór felietonów. Ale! Przy okazji odkryłam, że to naprawdę ciekawa i zachęcająca forma. Wiem, wiem - teraz już na pewno jestem ignorantką.

Zbliżenia to... zbliżenia relacji ludzi z "różnych światów". Relacji przeróżnych - tych mniej lub bardziej wypełnionych miłością (i różnymi jej formami), przyjaźnią, ciepłem rodzinnym i seksem. Sposób ukazania kobiet w książkach Wiśniewskiego jest o tyle specyficzny, że są one - takie przynajmniej mam wrażenie - dużo wrażliwsze i emocjonalne na każdym kroku niżeli faktycznie jest w rzeczywistości. A może to kwestia tego, że "wyciąga" on w swoich książkach na pierwszy plan te najgłębiej skrywane (niekiedy) emocje?

Zbiór krótkich opowiadań, historii - idealny na wczesnojesienne wieczory z parującą herbatą. Polecam! I lecę czytać Zespoły napięć. 


13:33:00

Nina Nirali - Kiedy znów się spotkamy

Nina Nirali - Kiedy znów się spotkamy

Kiedy znów się spotkamy to jedna z tych historii, po które sięgasz, chcąc się zakochać. Chyba tak miałam z tą książką. Przy poprzedniej recenzji, Urokach późnego lata, wspomniałam Wam, że sięgając po nią spodziewałam się historii poprowadzonej w inny sposób. Jeej! Co mam powiedzieć w tym miejscu? 

Zoe jest młodą tłumaczką języka niemieckiego i hiszpańskiego. Mason bogatym politykiem. Spotkali się przypadkiem, na jednym z brukselskich przejść dla pieszych, w codzienności, w biegu... Nie powiem, że zakochali się od pierwszego wejrzenia, bo tak się raczej nie stało. Niemniej ona - prosta dziewczyna o przeciętnej urodzie - przyciągnęła jego spojrzenie czymś tak pozornie błahym jak uśmiech. I muzyką w słuchawkach, która - jego zdaniem - ten uśmiech wywołała. Wiecie, to jest czasem tak, że pozornie nieistotne gesty, mimika, spojrzenie, intryguje, po prostu. 

Kiedy w restauracji hotelowej zobaczył ją po raz drugi, chciał zwyczajnie porozmawiać. I nagle okazało się, że kobieta nad wyraz zwyczajna, zupełnie nie w jego typie, jest kimś w rodzaju bratniej duszy. Trochę nie wierzę, że to napisałam - może Mason dokładnie tak to ujął? 

Ale, chwila. Z początku wydawało mi się, że ta opowieść mnie rozczaruje. Trochę za szybko, nieco infantylnie, mocno zapachniało Grey'em. Ja mam chyba jakiś uraz do tych szarych historii. 

Nie do końca wiem co o tej książce powiedzieć, by nie zdradzić zbyt wiele. W każdym razie, Kiedy znów się spotkamy to emocjonalna opowieść o poszukiwaniu siebie. O odkładaniu na później decyzji, które z pozoru niezbyt ważne, mogą zaważyć na dalszym życiu. Zarówno w momencie pierwszego spotkania, jak podczas opuszczenia Brukseli, do której ich obojga przyciągnęły sprawy zawodowe, chcieli coś zmienić. Podobnie jak w poprzednim przypadku (nawiązuję do niego, wciąż będąc po wrażeniem Janiszewskiej) okazuje się, że przeszłość nigdy nie pozostaje bez znaczenia i zawsze, w mniejszym lub większym stopniu, będzie wpływała na dzisiejszą rzeczywistość, sposób postrzegania... Ponadto jest to książka o sile miłości, do drugiego człowieka, ale także do samego siebie. 

Nic więcej nie powiem, bo przecież chcę, byście sami po tę pozycję sięgnęli. 

Mimo nie-polskiego nazwiska niewątpliwie wieje mi w tej książce polską autorką, alee - no cóż, wszystkiego mieć nie można ;) 


22:38:00

Agnieszka Janiszewska - Urok późnego lata

Agnieszka Janiszewska - Urok późnego lata

Dobry wieczór :) 

Prawdę mówiąc, sięgnęłam po tę książkę dzięki jej okładce. Już nie raz wspomniałam, że choć nawyk oceniania po niej nie jest może najlepszy, w dalszym ciągu jednak nie potrafię przejść obojętnie, gdy widzę... coś takiego. Co prawda trochę to trwało, ale kiedy naprawdę zaczęłam ją czytać, wsiąknęłam. Dzięki temu też wyrobiłam sobie - dobry myślę - zwyczaj czytania przed snem, który mam zamiar naprawdę podtrzymać. W końcu stosik wciąż rośnie.

Uroki późnego lat to opowieść o rodzinie. Co prawda od pierwszej strony spodziewałam się czegoś innego, bardziej historii wnuczki poznającej swoje korzenie niżeli wspomnień babki dotyczących lat jej młodości, ale...

Adrianna sama mówi przecież, że nie ma teraźniejszości bez przeszłości. I coś, z pewnością, w tym jest. 

Adrianna Jurczewska urodziła się początkiem XX wieku w domu, w którym więcej było ciszy i chłodu niżeli rodzinnej miłości. Wychowywana od maleńkości przez Kazię - starszą kobietę, nianię - nie zaznała w dzieciństwie rodzicielskiego ciepła, ani nawet zainteresowania. Wraz z początkiem swojego nastoletnie okresu, po śmierci matki, zamieszkała w Warszawie u ciotki Cecylii, przez lata uważając ją nie tylko za największy autorytet, co również swego rodzaju wyrocznię w kontekście formułowania swoich poglądów i przekonań. Po ślubie ojca z Rozalią, guwernantką, chęć ucieczki z domu nieprzerwanie rosła, podsycana zresztą przez Cecylię przez dziesięć lat warszawskiej pensji. Utwierdzała się nie mniej po ślubie z Dezyderym, kiedy to zaczęły wychodzić na jaw rodzinne tajemnice...

Nie chcę mówić więcej, by nie zrazić Was do czytania, ani też nie powiedzieć zbyt wiele, co mogłoby odebrać Wam przyjemności zagłębiania się w tę historię. Nigdy nie byłam fanką sag rodzinnych (de facto nigdy nie ciągnęło mnie do nich na tyle, by po jakąkolwiek sięgnąć). Uroki późnego lata to powieść okraszona historią - wojną, życiem poniekąd w ukryciu, wychodzenia Polaków ze zgliszczy i powrotów tych, którzy przed wojną wyjechali z kraju. A stało się tak z Elizą, której przyjazd do Polski po dwudziestu latach i chęć zapoznania córki, Uli, z miejscem swego pochodzenia zapoczątkował tę opowieść, wspomnienia Adrianny.


Dodatkowym plusem tej książki niewątpliwie jest jej... hm, jakby to ująć, autentyczność. Nawet jeśli jest to jedyne fikcja literacka, każdy z nas ma w rodzinie jakąś babcię Adriannę, ciotkę Irenę i historie, być może niejedną właśnie, która zamknięta w strych listach i wspomnieniach najstarszych członków rodu, nie powinna ujrzeć już światła dziennego, a którą ktoś chce jednak - choćby częściowo - opowiedzieć młodszym. W pewnym momencie zaczęłam łaknąć więcej. Myślałam o nich w ciągu dnia i choć opisów wyglądu w tej książce (przynajmniej do pewnego momentu) jest stosunkowo niewiele, tak z każdym kolejnym słowem obraz bohaterów w mojej głowie stawał się coraz bardziej wyraźny i... utrwalił się na tyle, że po skończeniu lektury wciąż istnieje, niemniej żywy. Miałam dwoje przypuszczenia odnośnie pewnych tajemnic, które nie pokrył się z opisanym wydarzeniami i chyba to jest w tym wszystkim najlepsze - czytam, chcę więcej... i nie rozczarowuje mnie to, co jest dalej.

Pewnie, że jest tutaj kilka mankamentów. Mając świadomość tego, że są to lata pięćdziesiąte ubiegłego wieku niektóre "teksty" wydawały mi się nieadekwane do tamtego okresu, z początku było mi ciężko przebrnąć przez opowieść, w której niemal brak jest dialogów i w pewnym momencie chciałam na głos pytać "kiedy przyjedzie ta Ula, bo o nią tu miało chodzić". Ostatecznie główną bohaterką jest tu jednak Adrianna, a i dialogi się przecież pojawiły.

Myślałam też, że dwa tomy tej powieści sprawią, że jeden będzie historią Ady, przeszłości, drugi zaś Uli, która będzie to wszystko przekładać na swoją teraźniejszość... Tymczasem tom drugi to nic innego jak kolejny rozdział następujący po (tomie) pierwszym, stanowiący kontynuację niedopowiezianych (opowiadaniach 17-latce) historii.

Niemniej jednak, choć nie do końca chciałam tego stwierdzenia tutaj użyć, moim zdaniem jest to jedna z najlepszych polskich powieści, jaką w życiu czytałam. Ba! Chyba jest najlepsza. Gdybym częściej na takie trafiała myślę, że dużo łatwiej szło by mi wyzbycie się awersji do rodzimych autorów. Zdecydowanie jest to też najlepsza książka, jaką czytałam w tym roku. Pani .... wysoko postawiła poprzeczkę.

Naprawdę polecam.


17:49:00

Lena Wolska - Wróżka z gwiezdnego pyłu

Lena Wolska - Wróżka z gwiezdnego pyłu
 

Jak już wiecie (bo przecież Wam o tym mówię ;)), lubię od czasu do czasu sięgnąć po książki dla dzieci. Bynajmniej nie sama, a z tymi najmłodszymi właśnie.

Przyznaję, że Wróżka z gwiezdnego pyłu przyciągnęła mnie niczym innym jak aspektem czysto wizualnym, choć nie jestem fanką niebieskiego koloru. Ale w grafice dla dzieci mam ostatnio dziwną "fazę" na bajkowe krainy. Takim oto sposobem - tadam.
O sztuce dobrego życia dla najmłodszych
Mała Hania od zawsze marzyła o tym, by zostać wróżką. Wesoła i bystra dziewczynka pragnęła opiekować się innymi, nieść pomoc potrzebującym i sprawiać, by świat stał się lepszym miejscem. Spotkanie z wilkiem Albertem – stuletnim mędrcem i opiekunem lasu, który opowiada jej o Gwiezdnym Pyle – staje się początkiem niezwykłej podróży. Dziewczynka i jej opiekun magicznym sposobem przemieszczają się od Tatr po Morze Bałtyckie, a w każdym z miejsc czeka na nich nowy nauczyciel… Ich nauki mówią o tym, jak dobrze żyć, dostrzegać piękno, znaleźć w sobie siłę i ufność w to, co przyniesie los. Czy Hania je zrozumie i podąży za radami Magów? Czy odkryje źródło i tajemnicę Gwiezdnego Pyłu? Podróż w głąb siebie nie zawsze jest prosta…

– Spójrz, Haniu. To jest właśnie Absolut – powiedział wilk.
– Co to jest Absolut, Albercie? – zapytała Hania, patrząc na swojego mądrego towarzysza.
– Ten zachwyt, jaki czujesz, kiedy kierujesz wzrok na coś tak pięknego – odpowiedział spokojnym głosem. – W każdej rzeczy i w każdej istocie jest to samo piękno. Patrząc właściwie, jesteś w stanie zobaczyć je we wszystkim, co cię otacza. Łatwiej je jednak dostrzec, spoglądając na zachodzące słońce, które oblewa swoim kolorem cały świat.

Przy okazji jakiejś recenzji, do której zajrzałam tuż przed tym, zanim sama zaczęłam tę książkę czytać zauważyłam pewien zarzut odnoszący się do tego, że książki dla dzieci w pewnym momencie przestały mieć sens, a zaczęły być wypełnione humorem. Może "sens" to złe słowo, bo chodzi bardziej o lekcje i morały, ale jedno jest pewne: humor przede wszystkim. Chwała Bogu, że ja na takie pozycje raczej nie trafiam!

Abstrahując od opisu z okładki, Wróżka z gwiezdnego pyłu to opowieść o życiu, o sile miłości, kształtowaniu osobowości i pięknie, które każdy z nas nosi w sobie, często będąc tego nieświadomym.W dodatku napisana w sposób, który pozwolił mi wyobrazić sobie babulinkę siedzącą przy kominku i jej wnuczki, z gorącą czekoladą w ręku, zasłuchane w historii, którą z całą pewnością sami kiedyś będą opowiadać swoim potomkom... 

Polecam, nie tylko dla dzieci. A może, mając na względzie sens tej opowieści, szczególnie właśnie polecam ją dorosłym.


20:24:00

Julia Samadi - Słońce Tebrizu

Julia Samadi - Słońce Tebrizu

Czytałam w życiu kilka książek o tematyce miłości polsko - arabskiej i choć skłamałabym mówiąc, że jestem tym zafascynowana, a każda kolejna tego typu pozycja niesie za sobą nowe, niespodziewane wydarzenia... chętnie sięgam po kolejne. Z pełną jednak świadomością tego, że wszystkie te historie oparte są na podobnym schemacie, który - gdyby czytać zbyt wiele pozycji po sobie - mógłby się w pewnym momencie zbyt mocno wryć i po prostu znudzić. 

Wydaje mi się, że czytając pierwszy z opisów Słońca Tebrizu czułam, że to jednak inna historia. 

Julia jest ciężarną żoną Adama - niebieskookiego blondyna, który za żoną i nienarodzonym jeszcze dzieckiem poszedłby najpewniej w ogień bez mrugnięcia okiem. Ot, małżeńska relacja. Urlop za miastem, piękne okoliczności przyrody, hamak w zielonym ogrodzie, śpiew ptaków, błogi sen... i widmo przeszłości, które wraca coraz częściej. Widmo czarnych oczu patrzących z miłością, w których jej własne zatapiały się przez lata, choć widziały je ledwie dwa razy. Ale topić się można i zakochać nie w gestach a słowach, nie tyle w człowieku, co w osobowości. I trochę tak było. Trochę, to za mało powiedziane. 

Julia poznała Madżnuna przypadkiem. Miała piętnaście lat, dostęp do sieci i inne od pozostałych uczestników forum zdanie na temat poruszonego pewnego dnia wątku muzycznego. I kiedy chciała się nim podzielić, kiedy przed opublikowaniem zobaczyła, że wyjął jej słowa z ust, zamiast na forum - napisała do niego. Nie wiedząc kim, skąd i jaki jest. Był po prostu podobny, ciekawy, intrygujący. Tak inny, choć tak bardzo podobny do niej samej. I jakoś to poszło. 

Słońce Tebrizu to najprościej mówiąc opowieść o przeszłości, której nie da się zostawić za sobą. O miłości, która w pewien sposób nas ściga i o tym, że dawne pragnienia nie umierają. O tym, że uczucia nie gasną z upływem czasu i tym, że - jak to kiedyś napisano w sieci - to nie czas rozdziela ludzi, tylko brak miłości. 

Jest to opowieść prowadzona na kilku płaszczyznach - teraźniejszości, w której Julia jest dorosłą kobietą, żoną i matką, borykającą się z przeszłością (choć nie jestem do końca pewna czy "borykająca się" to dobre określenie, najpewniej nie), nastolatki, w której rodzi się uczucie i kogoś pomiędzy - dziewczyny, która kocha, choć jest to uczucie dla niej i jej otoczenia wysoce niezrozumiane. Bo jak to tak, na odległość, na przekór kulturze, pochodzeniu? 

Przyszło mi na myśl, by napisać tu - "fajny sposób przekazu", ale wydaje mi się to być zbyt infantylne w kontekście tej naszpikowanej emocjonalnością powieści. W dodatku! Na samym wstępie możemy przeczytać krótką historię tytułu i dowiedzieć się, że jakkolwiek niemożliwym by się to wydawało - ta historia wydarzyła się naprawdę. 

Zdecydowanie jest to jedna z tych powieści, która zmusza do myślenie i głębokich oddechów. Ale warto. Polecam.

13:26:00

Joanna Chodak - Liczone w latach

Joanna Chodak - Liczone w latach
 
Zbieram myśli od kilku dni i chcę Wam powiedzieć na wstępie, że od dawna o żadnej książce nie mówiło mi się tak ciężko, jak będzie w tym przypadku. 

Anka to 25-latka z Wrocławia, pracownik korporacji, która - jak większość pracowników takich miejsc - nienawidzi jej tak mocno, jak kocha. Mieszka z dwiema przyjaciółkami, wychodzi do klubów, czasem szuka przygód - żyje. Niby nic dziwnego, nic nadzwyczajnego, takie prawo wieku, mogłabym powiedzieć. Ale poza tym Anka ma w sobie coś jeszcze, pewną tajemnicę, swoją przeszłość i... 


Relację, która rozrywa jej serce. Która rozerwała je kiedyś, tysiąckroć, na tysiące milionowych kawałków. Z radości dnia codziennego przebijają się łzy dawnych strat i niespełnionych obietnic, a ona - choćby naprawdę chciała - nie potrafi wyrzucić GO ze swojego życia. Anka jest młodą kobietą, jakich na świecie tysiące. Tyle, że Anka ma JEGO, w każdej minucie swojego życia, nawet jeśli od półtora roku nie zamieniła z NIM choćby jednego słowa. 

Są tacy ludzie i są takie relacje, które żyją mimo upływu czasu. Których nie rozdzielają kilometry i niedopowiedzenia, które z jednej strony możemy określić - cytując za Zeusem - im jesteśmy bliżej, tym jesteśmy dalej, a z drugiej strony takie, które po wielu latach dalej będą żywe, dalej gdzieś ubodną, choć z upływem czasu przestały trząść się ręce... 

Nie chcę powiedzieć zbyt wiele. Liczone w latach to naszpikowana emocjami opowieść o poszukiwaniu siebie, o rozprawianiu się z demonami przeszłości, o relacjach kształtujących osobowości. To historia młodej kobiety, która kocha do utraty tchu. Historia pełna dumy, pełna niedopowiedzeń, pełna obietnic w oczach i iskierek rozświetlających najciemniejsze noce. Historia, która wpisuje się w człowieka.


08:35:00

Marcin Wójcik - Celibat

Marcin Wójcik - Celibat


Wspomniałam Wam ostatnio, że wrażenie odpuszczenia kina będzie nikłe, ale tym razem - zgodnie z obietnicą - mam dla Was historię pewnej książki. Ostrzegam tylko, że jest trochę bardziej kontrowersyjna niż film Vegi, o którym mówiłam poprzednio i przeznaczona nie tylko dla pełnoletnich czytelników, ale też tych o mocnych nerwach. 

A przynajmniej sądząc po większości opinii z którymi się spotkałam, tak właśnie powinnam powiedzieć. Tyle, że sama nie do końca to czuję, ale po kolei. 

Temat Celibatu zaczęła jedna z moich koleżanek, kiedy w rozmowie z drugą przeszły na tory zbliżającego się okresu komunijnego i związanym z nich przygotowań dziecka Drugiej. Od słowa do słowa - czytam właśnie książkę, pożyczę Wam jak skończę. Jako że ja byłam w kolejce trzecia, a ostatecznie stałam się czwarta, zanim sama usiadłam do lektury znałam już opinię większości, z czego dwie nie dobrnęły do końca, bo padło w tej książce aż nazbyt dużo słów, których człowiek nie chciałby być świadkiem. 

Jeszcze zanim na dobre zacznę chcę powiedzieć, że zupełnie świadomie nie poruszam publicznie tematów pieniędzy, religii i polityki i nie ma to nic wspólnego z moim brakiem zainteresowania tymi tematami, ale bardziej z tym, że uważam, że pierwsze każdy ma swoje, a na temat tych dwóch kolejnych każdy ma prawo mieć swoje zdanie i o ile dyskutować zawsze warto, tak te trzy rzeczy budzą kontrowersje tak wielkie, że zbyt często prowadzą do niepotrzebnych kłótni. I cokolwiek zostanie napisane dalej - jest to wyłącznie moja opinia, którą proszę, byście uszanowali, tak samo jak ja uszanuję Waszą. 


I zacznę, jak to często bywa - od końca, a mianowicie od słów wyjaśnienia autora, że książka zawiera tylko jedną stronę kościoła i opisuje tylko jeden sposób zachowania księży, przy czym - oczywiście - jest jeszcze ten drugi, normalny, stanowiący prawdziwych ludzi wiary.



Mimo wszystko Celibat jest właśnie ni mniej ni więcej, a właśnie opowieścią o miłości i pożądaniu. W dużej mierze opisuje on historie księży wierzących, wątpiących, czujących powołanie do głoszenia religii, ale również umiłowanie dla drugiego człowieka, które niekiedy prowadzi do miłości - ludzkiej, prawdziwej, człowieka do człowieka, mężczyzny do kobiety, do ich dzieci, niekiedy do mężczyzn, do swoich rodzin, wcale nie na przekór Bogu, choć jest to sprzeczne z tym, czemu ślubowali, w czym obiecywali wytrwać, ale nie wytrwali. 

Z drugiej jednak strony Celibat to historia księży krzywdzących - swoje kobiety, swoich mężczyzn, ufające im dzieci, dla których mieli stanowić wzór do naśladowania, najwyższą formę autorytetu, z którym mieli dzielić największe lęki i troski. 

Słyszałam i czytałam naprawdę wiele opinii, że to obrzydliwa i denerwująca historia kościoła, o której wszyscy wiedzą i wszyscy mówią, a oficjalnie wciąż utrzymuje się, że te sytuacje nie mają miejsca. Dlaczego ja tego nie poczułam? Wzdycham tu ciężko, ale świadomie. Ja to już widziałam. Znam mężczyzn, którym wiele lat temu, kiedy byli dziećmi, ksiądz składał niedwuznaczne propozycje zostania po mszy. Znam syna proboszcza swojej niegdysiejszej parafii, który jest - w porównaniu do ojca - naprawdę świetnym człowiekiem, dobrym partnerem i cudownym ojcem. I znam księdza, który ludzko kochał pewną cudowną kobietę przez wiele miesięcy, które jednak nie oderwały go od Boga, a które im obojgu złamały wtedy serca. 

Nie potrafię powiedzieć, że ta książka jest obrzydliwa, bo poza tym, że kilkoro z tych księży okazało się zwyczajnymi tyranami to uważam, że w dużej mierze przedstawiono w niej ludzi i ludzkie słabości. Czytałam już wiele historii o przemocy i tej wcale nie uważam za gorszą. Niemniej jednak jestem w pełni świadoma, że sposób pojmowania wiary i Kościoła jako takiego niewątpliwie wpływa na odbiór tego, co za sprawą Wójcika ujrzało światło dzienne. Ja je już po prostu znałam. 


13:47:00

Maciej Drzewicki, Grzegorz Kubicki - Ania

Maciej Drzewicki, Grzegorz Kubicki - Ania
 
Ania jest postacią kultową w polskiej kinematografii, choć kiedy o niej myślę to nieustannie od lat ciśnie mi się na usta: niespełnioną.

14:19:00

Mateusz Bajas - Dwie świątynie

Mateusz Bajas - Dwie świątynie
Ślepy los sprawia, że drogi dwóch nieznających się mężczyzn na moment się przecinają. I to dosłownie. Zwykłe zderzenie na chodniku staje się sygnałem nadchodzących zmian w życiu obu bohaterów.

Czy sukces – zarówno w biznesie, jak i na scenie hip-hopowej – może przynieść ból i rozczarowanie?
Gdzie przebiega wątła granica między samorealizacją a samounicestwieniem?
Czy zawsze da się wyjść z najczarniejszej rzeczywistości i wziąć sprawy we własne ręce?

Dwie historie, dwa zupełnie odmienne życiorysy i sposoby patrzenia na świat. Jedno miasto – pełna kontrastów i sprzeczności współczesna Łódź.

Mateusz Bajas – ur. 18.06.1990 r. w Łodzi. Z wykształcenia turysta i rekreant. Zodiakalny bliźniak, czyli człowiek dwoisty. Miłośnik wszystkiego, co skrajne, wyraźne i charakterystyczne. Poszukiwacz paradoksów i nieścisłości, co potwierdzają jego zainteresowania. Sześciokrotny maratończyk, ze sporym zacięciem do jazdy na rowerze i pływania. Fan niełatwej literatury, do której uwielbia wypić ciekawe piwo. Włóczykij, z planem obejścia globu, choć póki co bez wielkich sukcesów na polu turystyki przez duże „Te”. Tata – domator, pragnący szczęścia kobiety i syna, i marzący o krainie wiecznie posprzątanego mieszkania. Równie mocno co spacery po klimatycznej Łodzi, uwielbia trzaskający w ognisku ogień, gdzieś w głuszy Beskidu Niskiego. A to wszystko spina niezmienna miłość do hip-hopowego werbla. 

Rzadko się zdarza, żeby przyciągnęło mnie do książki coś innego niż jej okładka. Ale w tym przypadku - nie ujmując niczego oprawie! - chodzi jednak o coś innego. Przeczytałam opis i chociaż nie byłam do końca pewna, czy ta książka trafi w mój gust, są w opisie trzy rzeczy, które sprawiły, że chciałam ją przeczytać: biznes, muzyka i - a jakże! - moja Łódź. Bałam się tylko tego, że po zachęcającym tymi elementami opisie w środku znajdę coś, co zachęcać wcale nie będzie...

10:51:00

Izabela Panopulos - Na półmetku

Izabela Panopulos - Na półmetku
Szczerze mówiąc to nie bardzo wiem od czego zacząć... Tytułowy półmetek to nic innego jak czterdzieste urodziny głównej bohaterki, Justyny.

Generalnie Justyna jest sympatyczną czterdziestolatką, której może w życiu nie wyszło małżeństwo - najpierw jedno, później drugie - ale wyszła fajna przyjaźń z Magdą, a z drugiej strony świetna znajomość z Agą, której sama (główna) bohaterka przyjaźnią nie nazywa. Nie powiedziałabym o niej, że żyje w strefie komfortu, bo tak naprawdę nie do końca czuje się komfortowo, ale może... po prostu się zasiedziała. Tak, to byłoby trafne określenie. A ta wspomniana czterdziestka wcale nie jest momentem krytycznym, a raczej momentem zwrotnym w jej życiu, kiedy postanowiła coś zmienić. I powiem Wam szczerze, że pomyślałam sobie przez chwilę: byle do czterdziestki. Bo zakładam, że każda z nas nosi w sobie chęć zmiany i lekki strach przed jej dokonaniem, a Justyna, właściwie z dnia na dzień, postanowiła zmienić swoje dotychczasowe życie. A jeśli nie zmienić, to urozmaicić i wzbogacić o nowe doświadczenia. 

Czytając dawno temu Jedz, módl się, kochaj, pomyślałam sobie, że każda z nas powinna przeżyć takie wakacje. Zebrać się w sobie na tyle, by po rozmowie z szefem, zamykając tylko najpilniejsze sprawy, wyjechać w świat i poznać to, co - być może - od zawsze na nas czeka. Bo bez względu na to jak wygląda nasza codzienność, czy jesteśmy z niej w pełni zadowoleni czy może mamy do niej jakieś zastrzeżenia, ten urlop od życia przewartościowuje priorytety i sposób postrzegania. Samej siebie, otoczenia... Niech pierwszy rzuci kamień ten, kto nigdy nie chciał spróbować. 

Dlatego właśnie uważam, że warto po tę książkę sięgnąć. Choć nie jest to wybitna pozycja i pewnie myśl o niej nie zostanie ze mną do końca życia.

Nie byłabym sobą, gdybym na koniec nie wspomniała o sposobie posługiwania się słowem. Wiecie nie od dziś, że nie jestem zagorzałą fanką rodzimych autorów, choć nie da się ukryć, że sięgam po nich coraz częściej i powoli (chyba) się przekonuję - choć może nie powinnam tak mówić, bo wtedy zawsze coś się psuje... W każdym razie Na półmetku to typowa pozycja dla kobiet, pisana prostym i zachęcającym do dalszego czytania językiem. Choć ma swoje niedociągnięcia... ale, tak jak mówię, wybitna pozycja to nie jest. Więc i na te przecinki, źle powstawiane w wielu miejscach, można jakoś przeżyć. Spędziłam z tą książką bardzo miłe dwa wieczory i jeśli szukacie czegoś, przy czym można na chwilę zapomnieć o pracy i codziennych obowiązkach - naprawdę polecam.

Moja ocena: 4/6