Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty

09:15:00

Jane Sanderson - Wszystkie piosenki o miłości

Jane Sanderson - Wszystkie piosenki o miłości


 

Jak ja dawno nie czytałam książek!

Naprawdę, wstyd się przyznać. Od co najmniej kilku lat książki odeszły gdzieś na bok. Trochę więcej pracy, jeszcze więcej studiów, później już mi się po prostu nie chciało. Czasem coś kupię. Odłożę na półkę. Aktualnie kupuję kolekcję literatury, której od kilku(nastu) tygodni nawet nie wyjęłam z folii. Cóż, przynajmniej nie kurzy się na półce, prawda?

Wszystkie piosenki o miłości to właśnie jedna z tych książek, które zdążyły się już (co najmniej kilka razy) zakurzyć. Kupiłam ją chyba jako nowość, a tymczasem sprawdzając właśnie rok wydania uświadomiłam sobie, że musiały minąć ze dwa lata. Tak bywa, każdy z nas to zna. 

Pamiętasz swoją pierwszą miłość? Chłopaka, na którego widok brakowało ci tchu, a motyle w brzuchu łaskotały cię milionami skrzydełek? Dla Alison pierwsza miłość miała twarz Daniela i brzmiała jak piosenki, które nagrywał dla niej na kasetach podpisanych jej imieniem. Jak wszystkie piosenki o miłości. A potem… Choć jest pisarką, brak jej słów, żeby opowiedzieć, co było potem…

Ogólnie - fajnie. Mamy Alison, do której imienia w literaturze zawsze już będę mieć sentyment, która gdzieś po tej wielkiej, młodzieńczej miłości wyszła za mąż za gościa, którego nikt nie lubi. Choć prawdę mówiąc... może ja wcale nie żywiłam do niego jawnej awersji? Zdystansowany lekarz pełen racjonalizmu, którego miłość miała nie znać. A na pewno nie ta młodzieńcza... 

Z drugiej strony mamy Daniela, który gdzieś po tej wielkiej, młodzieńczej miłości związał się z oziębłą, choć dobrą kobietą. Zazdrosną i niepewną siebie w relacji, w której zaczęła dostrzegać rysy dawnych emocji swojego partnera. Szczerze mówiąc do niej mam większą awersję.

I tak sobie ta Ali i Dan żyją własnym, dorosłym życiem, aż pewnego dnia on znajduje ją na twitterze, zaczyna obserwować, później ona jego, później on wysyła jej piosenkę, ona odpowiada tym samym i... o losie, muzyka ma moc zmiany wszechświata. Powrotów, nowych początków starych historii. Kto nie ma do niej sentymentu niech pierwszy rzuci kamieniem... no cóż, żaden kamień nie spadł.

Mój problem z tą książką polega chyba głównie na tym, że nie lubię tej ich muzyki. Część znam, części nie chciało mi się odtwarzać, a do części dopowiedziałam - a jakże - trochę własnej historii. Jak na pięćset (ok, bez czterech) stron, pochłonęłam ją szybciej niż mogłabym się spodziewać, po czym odłożyłam na półkę i... a, niech kurzy się dalej.

Jak na lekką historię o miłości to wcale nie jest lekka książka. A już z całą pewnością nie dla tych, którym kiedyś roztrzaskały się serca, bez względu na to, ile czasu od tamtych wydarzeń minęło. Ali i Dan spotkali się po trzydziestu kilku latach, a czytanie takich historii sprawia, że człowiek uśmiecha się pod nosem z huczącą, choćby przez chwilę, myślą a co by było gdyby... 

No cóż. Mimo wielkich sentymentów, hektolitrów łez wylanych przy pewnych piosenkach i z pełną świadomością, że każdy z nas ma składankę wszystkich piosenek o miłości... związanie się z tymi bohaterami sprawia, że robisz krok w tył. Do każdego z nas należy decyzja, czy jesteśmy na niego gotowi.

Idealna powieść dla niepoprawnych romantyków, którzy wciąż trzymają w szufladzie kasetę ze składanką od swojej pierwszej miłości. 

08:45:00

After. 50 twarzy Hardina.

After. 50 twarzy Hardina.


Dodałam w tytule tego posta "50 twarzy Hardina" chyba z wiadomych względów - po obejrzeniu zwiastuna większość widzów spodziewało się nastoletniej wersji Greya, bo zakładam, że celowo były one robione w sposób przyciągający widzów przekonanych o potędze miłości rodem z 50 twarzy. Nic bardziej mylnego. Naprawdę postaram się nie spojlerować, ale o tym powiedzieć musiałam.

Tessa, odwieziona do akademika przez mamę i chłopaka, zafascynowana życiem w wielkim świecie, wcale nie miała w planach poznania faceta swojego życia. Ale przecież początkowo Hardin wcale nie miał się nim stać. Cytując filmweb: Nie jest to przypadkowe porównanie, bowiem schemat narracyjny wygląda z grubsza tak samo jak w "50 twarzach Greya": ona — szara myszka, która lśniące włosy, uroczy uśmiech i nienaganną figurę ukrywa pod nieśmiałym usposobieniem i skromnymi sukienkami, on — nieziemsko przystojny i charyzmatyczny – na skinienie ręki mógłby mieć każdą dziewczynę. Niespodziewanie dla wszystkich (a szczególnie dla siebie samego) on zakochuje się w niej. I choć droga do wspólnego szczęścia przypomina raczej hardkorowy rollercoaster niż romantyczny spacer w blasku księżyca, w imię miłości bohaterowie podejmują walkę o wspólną przyszłość.  


Traktując ten film w typowy sposób, w kategorii new adult, jest to naprawdę dobra produkcja. Zupełnie, moim zdaniem, niespójna z tym, co przekazał i do czego zachęcił zwiastun. Wbrew pozorom, gdybym miała ten film do czegoś porównać, z pewnością nie byłby to Grey, a... (sic!) Szkoła uczuć. Choć fabuła tych dwóch filmów jest zupełnie różna, nie mogłam pozbyć się tego skojarzenia w trakcie seansu, a niewątpliwie było ono spowodowane przedstawieniem sielankowej, pierwszej miłości z drugim dnem. 

Abstrahując od tego, że Josephine Langford jest w tym filmie tak piękna, że nie sposób oderwać od niej wzroku, w parze z Hero Fiennes-Tiffinem stworzyli wiarygodny duet zafascynowanych sobą ludzi sprawiając, że wychodząc z kina pomyślałam (powiedziałam z resztą na głos), że jeśli mam w życiu czegoś żałować to tego, że mnie to już nie spotka. Choć wchodząc do kina czułam się na ten film za stara. 


Ponadto jest to w końcu film o nastolatkach, których grają młodzi ludzie. Nie wiem jak Was, ale mnie nieustannie drażni widok 30-kilku latków odgrywających role licealistów, bo ilekroć na to patrzę razi mnie w oczy brak wiarygodności. A ich bym kupiła, gdyby ktoś mi powiedział, że Hero naprawdę chciał sprawić, że Josephine oszaleje na jego punkcie. 

Oczywiście nie jest to najlepszy film jaki widziałam w życiu. Nie wiem czy zakwalifikowałabym go do zapowiadanego melodramatu, ale jest to dobra propozycja dla chcących przypomnieć sobie nastoletnie uniesienia i jeszcze przez chwilę poczuć ścisk w żołądku. Bo ja lubię patrzeć na zakochanych, zwłaszcza w taki sposób. I fakt, że domyśliłam się clue przy drugim spotkaniu głównych bohaterów, zupełnie mi tego nie popsuł.


Źródło zdjęć: grafika google

08:57:00

Serce nie sługa

Serce nie sługa
 
Serce nie sługa to jeden z tych filmów, które chciałam zobaczyć, a który wciąż uciekał mi w gąszczu innych... Mogłabym o nim nie pisać, właściwie przejść obok niego obojętnie, ale... 

„Serce nie sługa” to film o poszukiwaniu miłości. To zabawne i przejmujące spojrzenie na współczesne związki. Związki ludzi, którzy przestali wierzyć w miłość, choć w głębi duszy właśnie na taką prawdziwą miłość czekają. Nie jest jednak łatwo odnaleźć swoją drugą połówkę. Daria i Filip - główni bohaterowie filmu znają się od lat i są najlepszymi przyjaciółmi. Filip to klasyczny „Piotruś Pan” i łamacz damskich serc. Po kolejnej, upojnej nocy, gdy obudzi się obok nowo poznanej dziewczyny, poczuje, że chce zmienić swoje życie i nadać mu sens. Przypomni przyjaciółce propozycję, którą złożył jej kilka lat wcześniej, że jeśli do trzydziestki nie będą w poważnych związkach, to pobiorą się i razem wychowają dziecko. Czy miłość może zacząć się od przyjaźni? Czy faktycznie jest w stanie przetrwać wszystko? A przede wszystkim - czy może trwa wiecznie?

Komedie romantyczne mają to do siebie, że patrzysz na bohaterów i wiesz, że to o nich chodzi - bum, oni muszą być razem. Niemniej nie uważam tego za złe. Taki gatunek, ot co. Daria i Filip mogą być przyjaciółmi przez lata, ale prawda jest taka, że wystarczy na nich spojrzeć, żeby wiedzieć, że przyjaźń to solidny fundament tego co ich łączy, a jednak nie jedyne co jest między nimi. 

Domagała w tym filmie dostał rolę podrywacza, do której kompletnie z początku mi nie pasował. Gąsiorowska rolę sieroty, w którą wpasowała się idealnie. I chociaż jest to jeden z bardziej przewidywalnych z początku filmów - ani on nie był takim wolnym ptakiem ani ona Sierotką Marysią. Może to kwestia tego, że trzeba spotkać człowieka przy którym zapomina się o tym, od czego przez lata uciekamy? 

Wiedziałam jak te film się kończy na długo przed tym zanim na niego poszłam. A jednak, kiedy już poszłam... przyznaję bez bicia, wyłam w kinie. Zdarza się, no cóż. 

Serce nie sługa to opowieść o sile miłości, nie tylko o jej poszukiwaniu. W dodatku różnych rodzajów tej miłości, nie tylko pomiędzy kobietą a mężczyzną. 

Boję się powiedzieć coś więcej, dlatego też więcej nie powiem. Polecam!


źródło zdjęć: grafika google

19:13:00

Kirsty Moseley - Chłopak, który wiedział o mnie wszystko

Kirsty Moseley - Chłopak, który wiedział o mnie wszystko

Cóż to jest za książka!

Moje pierwsze spotkanie z Panią Moseley miało miejsce bodajże w ubiegłym roku - zupełnie przypadkiem, z ciekawości, trochę też dlatego, że porównywana z Hoover stanowiła dla mnie ciekawą propozycję powieści młodzieżowej. Jako że tamtym razem błyskawicznie pochłonęłam historie bohaterów, widząc tego Chłopaka... nie mogłam przejść obojętnie. 

Zgodnie z resztą z oczekiwaniami - przepadłam. Rzadko zdarza mi się (zwłaszcza ostatnio) wsiąknąć w książkę w taki sposób, by nie móc się od niej oderwać i nie robić nic ponad przymus wieczorem, by jak najszybciej wrócić do lektury. Swoją drogą bardzo za tym tęsknię. 

Riley Tanner ma najlepszego przyjaciela, takiego przyjaciela, o którym marzy każda dziewczyna. Jest wspierający, lojalny, uczciwy, godny zaufania, dobry i troskliwy. Jest również najlepszym sportowcem w szkole.
Ich relacja była zawsze nieskomplikowana i ciepła, ale po miesięcznych wakacjach Riley, sprawy się skomplikowały. Zaczęła patrzeć na niego w sposób wykraczający poza strefę przyjaźni. Do tego na drodze pojawia się zainteresowany nią rywal jej przyjaciela i sprawy zaczynają wymykać się spod kontroli…

Riley wraca z wakacji, spotyka Claya na parkingu szkoły, w której właśnie rozpoczyna naukę i największym z kłamstw okładkowych jest stwierdzenie, że ich relacja była nieskomplikowana. O ile z początku pomyślałam sobie, że super mieć przyjaciela, któremu można powiedzieć wszystko w tak oczywisty sposób, tak już pierwsze sceny z udziałem tej dwójki sugerują, że niewiele jest... przyjaźni w tej przyjaźni. Ona rzuca mu się na szyję, on robi jej malinki, by "oznaczyć swój teren". Nie trzeba być jednak jasnowidzem, by wiedzieć, że ta dwójka ma się ku sobie. 

O ile z początku wydawało mi się to wszystko słodkie w taki oczywisty, nastoletni sposób, tak bardzo szybko nadmiar tej słodyczy zaczął wywoływać mdłości. Z przykrością stwierdzam, że jest to chyba opinia większości czytelników (sądząc po recenzjach), a szkoda, bo Chłopak, który wiedział o mnie wszystko mógłby być naprawdę wartościową powieścią o miłości, zaufaniu czy sile relacji, gdyby nie to, że przez pierwsze sto pięćdziesiąt stron jest fajnie, przez kolejne mdło przez zasłodzenie, a następnie ta grupa nastolatków (bo jednak są tam inni bohaterowie!) ma bardzo dorosłe problemy, z którymi normalnie ludzie w tym wieku nie muszą się mierzyć ani dawać sobie rady, a jednak Riley i Clay nie tyle stają na wysokości zadania, co bez chwili zastanowienia znajdują rozwiązania w sprawach, z którymi w rzeczywistości nikt by się w taki sposób i w takim czasie nie uporał. Swoją drogą, niby nie chodzi tu tylko o tę dwójkę, ale odłożyłam tę książkę i z pewnością jedynym, co za jakiś czas będę z niej pamiętać, to wzajemne ślinienie się do siebie głównych bohaterów.

Trochę się zawiodłam. Przede wszystkim mocno przerysowanymi wątkami miłości i dojrzałości, która wzięła się z powietrza. Jest to powieść napisana fajnym językiem, ale rozwleczona zbyt mocno i zbyt infantylnie (choć sytuacje w niej opisane wcale takie nie są), by przeczytać ją tak, jak pierwotnie myślałam, że ją przeczytam - z zapartym tchem w ciągu jednej czy dwóch nocy. A naprawdę sądziłam, że tę noc zarwę, żeby się z nimi nie rozstać! Niestety później odłożyłam książkę żeby jakoś tę cukierkowatość przetrawić... Jestem niemal pewna, że gdyby skrócić tę powieść o połowę - byłby to bestseller. A tak, no cóż...

19:17:00

Bajecznie bogaci Azjaci

Bajecznie bogaci Azjaci

Pytałam niedawno koleżankę o komedię romantyczną, która pozwoli mi się oderwać od codzienności. Ot, taki film, żeby zwyczajnie się wyłączyć. Co prawda wieczór kiedy padło to pytanie spędziłam z filmami (dwoma) o zupełnie innej, ciężkiej tematyce (koniecznie Wam o nich opowiem!), to później - nie do końca przez przypadek - trafiłam do kina na Bajecznie bogatych Azjatów. Widząc zwiastun spodziewałam się trochę innego rodzaju film, ale okazał się on dokładnie tym, czego wcześniej szukałam. 

Pochodząca z Nowego Jorku Rachel Chu (Wu) zgadza się pojechać ze swoim długoletnim chłopakiem — Nickiem Youngiem (Golding) do Singapuru na ślub jego najlepszego przyjaciela. Rachel cieszy się, że po raz pierwszy zobaczy Azję, ale jednocześnie denerwuje się przed spotkaniem z rodziną Nicka. Ponadto zupełnie niespodziewanie dowiaduje się, że jej chłopak nie wspomniał o kilku kluczowych szczegółach ze swojego życia. Okazuje się, że to nie tylko potomek jednej z najzamożniejszych rodzin w kraju, ale także jeden z najbardziej pożądanych kawalerów. Fakt, że Rachel jest jego dziewczyną, sprawia, że biorą ją za cel zazdrosne panny z towarzystwa, a co gorsze — również niepochwalająca tego związku matka Nicka (Yeoh). Szybko staje się jasne, że chociaż miłości nie można kupić, pieniądze mogą jednak nieźle namieszać.*


Bez żadnych wzniosłych słów - jest to schematyczna komedia romantyczna na miarę współczesnego Kopciuszka, o której - w porównaniu do wielu innych tego typu - chyba nie było zbyt głośno. Rachel poznaje rodzinę Nicka i uświadamia sobie, że choć dla większości ludzi świat nie dzieli się na zamożnych i mniej zamożnych - z perspektywy potentatów finansowych wiele spraw wygląda zgoła inaczej. 

Ładny film, ładni aktorzy, nieźle zagrany... Ale komedie romantyczne mają już to do siebie, że nie chcąc zdradzać zbyt wiele z fabuły zwyczajnie nie można powiedzieć o nich nic więcej.

W każdym razie, na luźny wieczór w samotności czy przyjacielskie popołudnie - polecam. 



* źródło: cinema city
źródło zdjęć: grafika google

13:26:00

Joanna Chodak - Liczone w latach

Joanna Chodak - Liczone w latach
 
Zbieram myśli od kilku dni i chcę Wam powiedzieć na wstępie, że od dawna o żadnej książce nie mówiło mi się tak ciężko, jak będzie w tym przypadku. 

Anka to 25-latka z Wrocławia, pracownik korporacji, która - jak większość pracowników takich miejsc - nienawidzi jej tak mocno, jak kocha. Mieszka z dwiema przyjaciółkami, wychodzi do klubów, czasem szuka przygód - żyje. Niby nic dziwnego, nic nadzwyczajnego, takie prawo wieku, mogłabym powiedzieć. Ale poza tym Anka ma w sobie coś jeszcze, pewną tajemnicę, swoją przeszłość i... 


Relację, która rozrywa jej serce. Która rozerwała je kiedyś, tysiąckroć, na tysiące milionowych kawałków. Z radości dnia codziennego przebijają się łzy dawnych strat i niespełnionych obietnic, a ona - choćby naprawdę chciała - nie potrafi wyrzucić GO ze swojego życia. Anka jest młodą kobietą, jakich na świecie tysiące. Tyle, że Anka ma JEGO, w każdej minucie swojego życia, nawet jeśli od półtora roku nie zamieniła z NIM choćby jednego słowa. 

Są tacy ludzie i są takie relacje, które żyją mimo upływu czasu. Których nie rozdzielają kilometry i niedopowiedzenia, które z jednej strony możemy określić - cytując za Zeusem - im jesteśmy bliżej, tym jesteśmy dalej, a z drugiej strony takie, które po wielu latach dalej będą żywe, dalej gdzieś ubodną, choć z upływem czasu przestały trząść się ręce... 

Nie chcę powiedzieć zbyt wiele. Liczone w latach to naszpikowana emocjami opowieść o poszukiwaniu siebie, o rozprawianiu się z demonami przeszłości, o relacjach kształtujących osobowości. To historia młodej kobiety, która kocha do utraty tchu. Historia pełna dumy, pełna niedopowiedzeń, pełna obietnic w oczach i iskierek rozświetlających najciemniejsze noce. Historia, która wpisuje się w człowieka.


10:56:00

Do zakochania jeden krok

Do zakochania jeden krok

Dzień dobry!

Przychodzę do Was dzisiaj z nie oczywistą recenzją nowości kinowej. Do zakochania jeden krok to naszpikowana emocjami... No właśnie, co? Komedia romantyczna czy dramat z rodziną w tle?

Sandra po rozwodzie przeprowadza się do siostry i niespodziewanie wśród jej szalonych przyjaciół odkrywa na nowo radość życia. *

Gwoli ścisłości - Sandra przeprowadza się do siostry, kiedy podczas przyjęcia z okazji przejścia na emeryturę jej męża odkrywa, że po 35 latach udanego - jej zdaniem - małżeństwa, Mike ma romans z jej przyjaciółką. W dodatku romans trwający od pięciu lat.

Dwie główne postacie – siostry, które dawno nie miały ze sobą kontaktu – skonstruowane zostały na zasadzie przeciwieństw, co najpierw prowadzi do starć, a potem do wzruszającego pojednania. Grany przez Timothy'ego Spalla obiekt uczuć jednej z sióstr jest człowiekiem mocno dotkniętym przez los, co budzi w widzach troskę i naturalne pragnienie, by zaznał trochę szczęścia. Garść strategicznie ulokowanych żartów sprawia zaś, że film robi wrażenie lekkiej i przyjemnej komedii.*

O ile z tą częścią recenzji na filmwebie się zgadzam, o tyle uważam, że przypisanie tego filmu do kiepskich komedii obyczajowo-romantycznych świadczy chyba o niezrozumieniu tematyki przez autora. 

Generalnie Do zakochania jeden krok to film, który wychodzi naprzeciw młodym ludziom chcącym zrozumieć... hm, nie chce użyć tu słowa starość, bo może zabrzmi brutalnie - ale tak naprawdę,  owszem, starość. 

Sandra ma 60 lat, jej siostra 70, kiedy po 10 ciszy zamieszkały razem w momencie, w którym życie tej młodszej przewróciło się do góry nogami. Myślę, że przeciwstawność ich charakterów polega głównie na tym, że choć wychowały się w tym samym środowisku, żyły jednak w różnych. I to, co na pierwszy rzut oka może wydawać się życiem lepszym - rodzina, pozycja, pieniądze - wcale nie musi się takie okazać. 

Z ręką na sercu mogłabym powiedzieć, że to gdzieś już było, w jakimś innym miejscu, w młodszym wydaniu. Ale to właśnie wiek bohaterów, ich doświadczenie i dotychczasowe przeżycia świadczą o sposobie postrzegania tego, co się w nim dzieje. Zarówno przez nich, jak i przez widza.

Myślę, że to jeden z tych filmów, który porusza do łez niczym innym jak swoją prawdziwością i otwiera oczy młodszych niż bohaterowie widzów na to, jak ważne są w życiu relacje, nie tylko rodzinne, i ich pielęgnowanie. To opowieść o wartościach, o marzeniach i szukaniu radości życia mimo wieku. O miłości również, ale bardziej niż do płci przeciwnej chyba jednak do samego siebie, do rodziny, do życia. 


W dodatku jest to film z naprawdę dobrą obsadą, który może nie wbija w fotel jak niektóre propozycje, ale z całą pewnością jest tym, który przed jakimkolwiek komentarzem trzeba przemyśleć, najlepiej w samotności. 

Polecam, ale proponuję wziąć chusteczki. Choć szczerze mówiąc w pewnym momencie czułam się... Jakby to ująć, żeby źle nie zabrzmiało... Przerażona starością. Chociaż to nie tyle wina tego filmu, co raczej mojego podejścia. 
* recenzja filmwebu. 
źródło zdjęć: grafika google.

09:12:00

Podatek od miłości

Podatek od miłości


Jestem zupełnie świadoma, że jednym z najczęściej powtarzanych zdań na tym blogu jest "nie jestem fanką rodzimych filmów i książek", choć ostatnimi czasy coraz lepiej sobie z nimi radzę i łapię się na tym, że naprawdę mi się one podobają. Nie uciekam z krzykiem na widok kolejnych premier, choć ostatnio wspominam też, że irytuje mnie widok tych samych twarzy we wszystkich nowych produkcjach. Ale coraz częściej sięgam po polskich autorów i coraz częściej chodzę do kina na polskie filmy. W sobotę też byłam, na Podatku od miłości, który powoli schodzi już z ekranów. I, wiecie, to jedna z tych produkcji, która utwierdza mnie w przekonaniu, że nie wszystko złoto co się świeci. A świeci się przecież, bo kampania reklamowa tego filmu nie należy do niszowych.

Zanim usiadłam do w tej recenzji (gwoli ścisłości to położyłam się w łóżku, bo późno, a rano trzeba wstać) napisałam inną, sugerując się - jak to często bywa - oficjalną recenzją filmwebu, który to Do zakochania jeden krok (recenzja niebawem) dość mocno, kolokwialnie mówiąc, zjechał. A tutaj czytam pochlebstwa i wydaje mi się, że albo ja lubię mieć inne zdanie, albo nie potrafię docenić sztuki, jaką ktoś dostrzega w tym, co mnie wydaje się niewarte uwagi. Być może to drugie, co stanowiłoby również odpowiedź na to dlaczego boję się głośnych książek i filmów oraz to, dlaczego tak często mnie zawodzą.



Klara jest pracownikiem skarbówki, Marian nie płaci podatków. Ona wpada do niego na kontrolę, on - żeby nie musieć odprowadzać podatku w wysokości 550 tysięcy złotych od zakupu nieruchomości - udaje męską prostytutkę. Kupy się to nie trzyma, a mam tu na myśli nie tylko jego zeznania, ale w ogóle sytuację, jaką mamy okazję obserwować. Generalnie to zabawny film opatrzony nie mniej zabawnymi dialogami i postaciami, które nie są tak oczywiste jak to zazwyczaj w kinie bywają - ani wszyscy bogaci, ani w pięknych domach, ani nawet super ładni, w luksusowych samochodach i z nieprzeciętnymi hobby. Klara ma chłopa nieudacznika z poprzedniej epoki, Marian jest coachem, który jej by się przydał (choć tego wątku nie poruszyli). Powiem tak - za dużo wszystkiego jak na jeden film.

Powiedziałabym, że to komedia w polskim typie, jak te sprzed kilku lat, których nie polubiłam. Bo tak szczerze mówiąc to z komedii to ja w ogóle lubię tylko te romantyczne, nader śmieszne nieszczególnie. 

Wielkim plusem tego filmu - naprawdę staram się nie powiedzieć, że jedynym - jest to, że ukazane w nim postaci nie zlały mi się z innymi, a że filmów oglądam ostatnio naprawdę wiele, to duży komplement. To też kwestia tego, że tych twarzy nie widzę w lodówce. 

I tyle. Oglądałam go wczoraj (bo piszę tę recenzję w niedzielę), a dłuższą chwilę zajęło mi przypomnienie sobie jak się skończył. I tyle. Kurtyna. 


źródło zdjęć: grafika google.

20:46:00

Nowe oblicze Greya

Nowe oblicze Greya
źródło: grafika google.

Cześć! 

Dawno temu wspomniałam Wam, że choć książkę 50 twarzy Greya uważam za kompletne dno, to zasiadając przed pierwszą częścią filmu zaraz po jego premierze spodziewałam się dostać dramat, a nie jak większość romans z elementami filmu erotycznego - i dostałam, całkiem niezły. Podeszłam do tematu Christiana i jego (wtedy przynajmniej) niecodziennych upodobań bardziej od strony psychologicznej i chyba to sprawiło, że nie poczułam się rozczarowana. A z drugiej strony z całą pewnością to, że jedyną emocją towarzyszącą mi podczas lektury było rozbawienie. 

źródło: grafika google.

Przed ekranizacją poprzedniej cześć (recenzja tutaj) sięgnęłam po książkę, żeby mieć jakieś porównanie, ale nie byłam w stanie jej zmęczyć. Teraz też miałam taki plan... ale zwyczajnie nie zdążyłam. I bardzo się z tego cieszę! O fabule pisała nie będę, chcąc nie chcąc każdy coś słyszał, więc skupie się bardziej na odczuciach.

Przed napisaniem tej recenzji cofnełam się do poprzedniej i przypomniałam sobie, że nie byłam tym filmem zachwycona. Nie powiem, że tą częścią jestem, bo jak słusznie określiła to dzisiaj moja znajoma, która również wybrała się wczoraj do kina - Nowe oblicze to swego rodzaju bajka o miłości, z kilkoma odważnymi scenami. Przez zdecydowaną większość seansu siedziałam z uśmiechem na ustach, bo o ile fabularnie ten film może nie jest zabawny, tak jego realizacja była. Pomijam kwestię związaną z seksualnością Christiana, które zachwyca wiele kobiet, a która dla mnie nie była taka oczywista, ale scena, w której Ana prowadziła mój wymarzony samochód sprawiła, że i tak poczułam swego rodzaju uczucie zazdrości. Tej w granicach rozsądku :)

źródło: grafika google. 

Jedną z rzeczy, która miło mnie zaskoczyła była przemiana głównych bohaterów. O ile dalej uważam, że z psychopatycznym podejściem do związku Christiana nie byłabym w stanie wytrzymać, tak odniosłam wrażenie, że Ana trochę dorosła. I jak ona pięknie wyglądała! Po pierwszej części napisałam gdzieś, że działa mi na nerwy podobnie jak Bella ze Zmierzchu, jednak przy tej części to uczucie "wyparowało", ustępując miejsca... Hm, jakby to powiedzieć, przyjemności patrzenia na dojrzałość postaci - od stylu ubierania się przez zachowanie do wyraźnie ukazanego poczucia odpowiedzialności za pewne decyzje i ich konsekwencje, które mogły przecież - i wywołały - również u niej poczucie strachu.

Kontynuując to, co mówiłam przy poprzednich częściach - i tym razem nie powiem, że jest to wybitny film. Jednak w kontekście tego, że seria tych książek jest jedną z tych, które uważam za największą lub jedną z największych porażek współczesnej literatury po jaką zdarzyło mi się sięgnąć - uważam, że film jest dobry. Są filmy, które wbijają w fotel, takie, po zakończeniu których nie wstaje się i nie wychodzi od razu i takie, na których człowiek po prostu się uśmiecha. I myślę, że głównym czynnikiem stanowiącym o dobrym odbiorze tej produkcji jest dystans do tego, co zostało w niej ukazane.

Na koniec powiem Wam, że odnośnie tych scen erotycznych, na które to w większości czekają odbiorcy, tutaj było ich chyba najwięcej. Nie poczułam się jednak ani zgorszona ani zażenowana, a to chyba w tym przypadku ważny element.

I muzyka! Tutaj, ponownie, naprawdę duży plus.

Wybieracie się do kina? Jakie macie zdanie na temat tej serii? :) 

źródło: grafika google.

11:13:00

FILMOWO - Wszyscy moi mężczyźni

FILMOWO - Wszyscy moi mężczyźni

Cześć!

Podobno w życiu nie ma przypadków, tak mówią, ale zupełnie przypadkowo znalazłam się wczoraj w kinie. Pomiędzy planowaną przez cały tydzień kawą na mieście i kilku przegadanych godzinach a rosołem u Mamy, o którym słuchałam trzy ostatnie dni... No, w każdym razie, choć pierwsza opcja była inna, ostatecznie trafiliśmy na Wszystkich moich mężczyzn - wrześniową komedię romantyczną w reżyserii Hallie Meyers-Shyera. 

13:33:00

Sarah Morgan - Zachód Słońca w Central Parku

Sarah Morgan - Zachód Słońca w Central Parku

Przychodzę do Was dzisiaj z jedną z nowości od wydawcnictwa Harper Collins, jaką jest Zachód Słońca w Central Parku autorstwa Sarah Morgan. Książka przyszła do mnie dwa tygodnie temu i choć zaczęłam czytać ją niemal od razu... minęło trochę czasu zanim do niej wróciłam. Niemniej! Wcale nie dlatego, że była nudna. Ale o tym zaraz.

13:41:00

Bridget Asher - Pożyczona miłość

Bridget Asher - Pożyczona miłość
Ile razy wspomniałam w ciągu minionych miesięcy o swoim kryzysie czytelniczym i próbach powrotu do pozycji różnego rodzaju - od tych lekkich, nie zmuszających do myślenia, przez te naprawdę trudne, które wywoływały łzy, do tych, po które zawsze chciałam sięgnąć... a jakoś nie było mi po drodze? Efekty tych poszukiwań są różne, co z resztą mogliście zobaczyć. Częściej ostatnio oglądam filmy niż sięgam po książki, ale z szukania czegoś dla siebie nie rezygnuję absolutnie i staram się sięgać po wszystko, co może być albo ciekawe, albo odrywające od codzienności... i tak trafiłam na widoczną obok Pożyczoną miłość autorstwa Bridget Asher.

Historia jakich wiele w kategorii romansów: ona - raczej przeciętna z wyglądu, trochę zamknięta w sobie, trochę wycofana, choć na pozór otaczająca się ludźmi; ma w swoim otoczeniu dwie kobiety, które nazywa przyjaciółkami, a które nijako nie wpisują się w moją definicję "przyjaźni" przez powierzchowność tej relacji. Ona - żona lekarza, zakochana, szczęśliwa... I on - atrakcyjny, przyciągający spojrzenia, pewny siebie... A oni - co tu dużo mówić, zakochani w sobie wiele lat temu, a może nie tylko wtedy. I pewnego wieczoru, na imprezie u jej przyjaciół postanowili przed jego umierającą matką udawać małżeństwo...

18:00:00

Jan Jakub Kolski - Egzamin z oddychania

Jan Jakub Kolski - Egzamin z oddychania
 
Zmysłowa opowieść o miłości absolutnej.

Ona, Muszelka, jako dwunastoletnia dziewczynka zagrała w jednym z jego filmów. Już wtedy wiedziała, że go kocha i że ich drogi wkrótce się połączą. Musiała tylko dorosnąć. Musiała przejść przez ręce wielu mężczyzn, dojrzeć, aby wreszcie połączyć się z nim.

On, Sandow, artysta, który stworzył już prawie wszystko, co mógł. Choć najważniejsze dzieło jeszcze przed nim. Dotąd nie czuł takiej jedności z nikim. Ponowne pojawienie się Muszelki w jego życiu sprawiło, że ziemia i czas stanęły w miejscu, zatarły się granice między dobrem i złem.

Ta miłość musiała się zdarzyć.




Coś w tym jest. Ta miłość po prostu musiała się zdarzyć.

Czytałam opinię na temat tej książki. Kilka recenzji, które zawierały w sobie coś więcej niż trzy zdania krytyki nijako nie odnoszącej się do treści. Ale "Egzamin z oddychania" już dawno był na liście moich must read, więc... sięgnęłam. I faktem jest, że choć ta książka nie grzeszy wielce rozbudowaną fabułą, ciekawym językiem i wciągającymi postaciami - czytało mi się ją dobrze. Dopóki nie zaczęłam się gubić w przeskokach czasowych.

W każdym razie jest to książka opowiadająca o nieco dziwnej i niecodziennej miłości profesora - starszego, szanowanego człowieka - do niewyżytej, młodej i infantylnej studentki. Choć mnie się momentami zdawało, że raczej odwrotnie. Bardziej o jej miłości do niego, opisanej z tej drugiej strony - poprzez odczuwanie, a nie darzenie tą miłością.

Muszelka jawi mi się tu jako mała, głupia istotka, która w wieku dwunastu lat postanowiła pokochać mężczyznę na całe życie. I choć ich drogi wtedy się nie zeszły, kochała go przez lata, aż wreszcie dojrzała do tego, by tę miłość wyrażać. Jemu. A on nie wierzył, że to wypowiedziane przez dziecko zdanie ("niech pan na mnie zaczeka (...)") może mieć jakiś sens. Dopóki jej nie spotkał, lata później, w uczelnianej stołówce. Dopóki nie usłyszał "pamięta mnie pan?" - i dopóki sobie nie przypomniał.

A Dżuk jest... facetem. Z początku wydawał mi się oziębły i mało zainteresowany. Ale ja nie mam wątpliwości co do tego, że kocha tę wariatkę jak... wariat. Tak, to dobre określenie. Bo to nie jest miłość dojrzałego mężczyzny i kobiety, która wchodzi w dorosłość. To jest miłość dwóch wariatów, którzy kochają się na łące, a później przytuleni opowiadają sobie o tym, jak żałosne było ich życie. O prostytucji, o narkotykach, o seksie z przypadkowymi mężczyznami, o popełnionych błędach. Dwóch wariatów, którzy kochają się, uprzednio dając sobie w zęby.

Tu nie ma dojrzałości. Nie ma tego piękna, którego chyba oczekiwałam. I racje mają ci, którzy mówią, że to bzdurna opowieść. Ale sięgnęłam po nią pewnego wieczoru. I nie żałuję. Choć nic konkretnego do mojego życia nie wniosła.

Moja ocena: 3/6

15:51:00

Emily Giffin - Coś niebieskiego

Emily Giffin - Coś niebieskiego




Mówią, że czas leczy rany.
Mówią, że lekarstwem na złamane serce jest nowa miłość.
Mówią, że wszystko dobre, co się dobrze kończy.

Życie Darcy w jednej chwili rozpada się na drobne kawałeczki. Narzeczony porzuca ją tydzień przed ślubem, na domiar złego odchodzi z jej najlepszą przyjaciółką. Darcy obwinia obydwoje o rozpad swojego związku, choć sama ma romans i spodziewa się dziecka.









Ah, ta biedna Darcy. 

Pamiętacie Coś pożyczonego Emily Giffin? Powyższa pozycja jest niczym innym jak kontynuacją tej historii, tyle tylko, że tym razem losy bohaterów zostały ukazane z innej perspektywy. Nie pamiętam czy przy recenzji pierwszej części wspomniałam - okej, sprawdziłam: nie powstrzymałam się - jak bardzo nie lubię tej całej Darcy. Być może dlatego, że jest totalnym przeciwieństwem ciepłej i kochanej w moim odczuciu Rachel, a być może dlatego, że bardzo mi kogoś przypomina. (jak się pewnie domyślacie, jej też nie lubię ;)) 

W każdym razie Deks odszedł do Rachel, a Darcy na zabój się na nich obraziła. W głębi duszy cieszy się na myśl o macierzyństwie, choć już niebawem (bardzo szybko) okazuje się, że na Marcusa jako ojca nie ma co liczyć. Co chyba nikogo nie dziwi, taki typ faceta... A skoro została sama, bez narzeczonego i najlepszej przyjaciółki, a na domiar złego zostawił ją również ten nieogarnięty kochanek - wygląda na to, że to co dajesz od siebie prędzej czy później wraca.

Okej. Spróbuję się powstrzymać od tych komentarzy przez chwilę ;)

Jako że Darcy została z dzieckiem sama, gdyż w międzyczasie okazało się jeszcze, że rodzice zupełnie nie pochwalają tego, co się wydarzyło, a ciąża dolała jedynie oliwy do ognia - nasza trzydziestoletnia bohaterka (zapomniałabym! będąca jednocześnie narratorem) chce zmienić swoje życie. W tym celu postanawia poprosić o pomoc Ethana (czytaliście? wiecie o kim mowa? ;)), przyjaciela z dzieciństwa, z którym od zawsze lepszy kontakt miała jednak Rachel. Tak więc prosi o pomoc, a już niebawem... przenosi się do Londynu! Plus dla tej pani za odwagę, by zmienić codzienność o 180 stopni, w dodatku w takim momencie - przecież spodziewa się dziecka. Ale ta przeprowadzka niesie za sobą pewne konsekwencje... kiedy wyprowadzasz się na drugi koniec świata, na inny kontynent, zmieniasz nie tylko otoczenie czy adres zamieszkania. Darcy musi zaakceptować fakt, że czas przestać roztrwaniać pieniądze na ubrania i zacząć myśleć (pierwszy raz w życiu) nie tylko sobie, ale również o rozwijającym się pod jej sercem dziecku. Domyślacie się pewnie, że nawet w Anglii praca dla ciężarnych kobiet nie leży na ulicy, a żyć za coś trzeba. W dodatku ta zawsze uśmiechnięta, otoczona ludźmi i będąca w centrum uwagi Darcy zaczyna odczuwać przytłaczającą samotność - nie potrafi odnaleźć się w małym pokoiku w mieszkaniu Ethana, zakrada się do jego sypialni nie umiejąc zasnąć, brakuje jej towarzystwa przyjaciółek, a także mężczyzny, który byłby dla niej podporą. I choć przyjaźń między tymi bohaterami niezwykle się rozwija - właściwie czytamy tutaj nie tyle o rozwoju co naradzającej się więzi - to jednak nie to. A ciąża, która już na samym początku stanowiła dla niej zaskoczenie, przynosi jeszcze więcej niespodzianek... 

Czy Darcy odnajdzie się w nowym miejscu? Czy znajdzie to, na czym naprawdę jej zależy? Czy uda jej się spełnić założenia z listy "jak być lepszą przyjaciółką"? I ostatecznie... czy w jej nowym, londyńskim życiu, znajdzie się jeszcze miejsce na stare, amerykańskie znajomości? 

Już poprzednim razem wspomniałam, że lubię panią Giffin, choć tego typu książki mają to do siebie, że czasem bywają zwyczajnie męczące. Niekiedy trzeba ją odłożyć, by nie rozerwać na strzępy wyobrażając sobie, że jest to główna bohaterka (moja odraza do niej nieco zmalała po tej lekturze, niemniej jednak nadal nie darzę jej sympatią), a innym razem po to, by się nie zasłodzić. Ale mamy lato. Po fali ulewnych deszczy znów wyszło słońce, mój termometr wskazuje dziś trzydzieści osiem stopni, tak więc nie wyobrażam sobie czytania na tym skwarze czegoś, co wymaga myślenia. A tutaj jest... trochę słodko, trochę odmóżdżająco, a na pewno przyjemnie ze względu na sposób pisania autorki. Polecam, choć nie jest to ambitna pozycja. 

Moja ocena: 5/6

A na koniec ogłoszenie parafialne ;)
Poszukuję współautorki, która byłaby w stanie wnieść na bloga choć trochę życia.
Z racji tego, że jestem aktualnie mocno zapracowana, nie mam czasu być tutaj tak często jak bym chciała, a mimo to nie chcę, by Zawrót upadł lub nieustannie się kurzył. Nie gryzę, nie stawiam wymagań z kosmosu, jestem otwarta na ludzi (pod każdym względem :) Zainteresowanych proszę o kontakt na 
ksiazkowy.zawrot@gmail.com
+ lubicie konkursy?
bo mam pewien pomysł ;)

i zapraszam na fejsbuka. 

16:34:00

Emily Giffin - Coś pożyczonego.

Emily Giffin - Coś pożyczonego.



Przebojowa Darcy i rozważna Rachel są najlepszymi przyjaciółkami. 

Mimo różnic charakterów darzą się pełnym zaufaniem. 

Jedna noc wszystko zmienia. 

Kiedy Rachel budzi się u boku Deksa, narzeczonego Darcy, wie, że nic już nie będzie takie jak dawniej. Bo Rachel zakochuje się w Deksie, a data jego ślubu z Darcy jest coraz bliższa...








Niechętnie muszę przyznać, że nie mam ostatnio czasu na czytanie książek. Mój stosik nieustannie się powiększa, a ja mogę jedynie wbijać w niego wzrok, idąc spać po długim dniu. 

Za to moja rodzicielka pochłania książki zamiast je czytać. A w związku z miesiącem, jaki ostatnio spędziła w domu, przytargała z biblioteki wielką torbę, a wśród nich powyższa pozycja. (swoją drogą, powinnam zaangażować mamę w recenzje, byłaby systematyczność! :)) 

Znam już panią Giffin i choć nieczęsto zdarzają mi się tego typu komplementy muszę przyznać, że bardzo tę panią lubię. Więc kiedy zobaczyłam Coś pożyczonego na matczynej półce, postanowiłam zrobić sobie chwilę przerwy i skorzystać z tego, że mamy w domu lekturę, do której zbieram się od dłuższego czasu. 

Rachel poznajemy w dniu jej imprezy urodzinowej, którą organizuje jej przyjaciółka - Darcy. Te dwie na pozór zgrane, z całą pewnością kochające się kobiety, znają się niemalże od zawsze. Wspólne dzieciństwo, wspólne liceum, wspólne plany na przyszłość i... wspólny mężczyzna. Kiedy pijana Darcy opuszcza imprezę, z której zapomina zabrać torebkę, jej narzeczony Deks wraca po nią, kompilując tym samym nie tylko swój związek, ale również (nie)rozerwalną przyjaźń tych dwóch ważnych dla niego kobiet, idąc do łóżka z przyjaciółką.

Historia, której jesteśmy świadkami tak naprawdę zaczęła się dużo wcześniej - jeszcze za czasów studiów. Wtedy bowiem Rachel i Deks się poznali, zaprzyjaźnili, a także - czego nie sposób nie zauważyć - zaczęli darzyć się jakiś głębszym uczuciem. A na pewno zrodziło się ono w mężczyźnie. Rachel... cóż, wydaje mi się, że również, aczkolwiek jej rozwaga skierowała ją bardziej na tory zawodowe niż emocjonalne. I takim oto sposobem, zamiast sama poznawać Deksa bliżej - Rachel poznała go ze swoją przyjaciółką.

Więc mamy zakochaną parę. Narzeczonych, wkrótce idących do ołtarza. I Rachel. Przyjaciółkę z dzieciństwa. Takie trochę popychadło. Przynieś, wynieś, i tak dalej. Sposób traktowania jej przez Darcy sprawia, że tej drugiej szczerze nienawidzę od samego początku, niemalże od pierwszej strony. Chyba wszyscy mamy to nieszczęście, że znamy tego typu ludzi. Wywyższających się, mających się za najważniejszych, pozornie czułych, a tak naprawdę fałszywych i zakłamanych. No cóż, nie jestem w stanie wykrzesać z siebie choć jednego dobrego słowa, kiedy o niej myślę. 

Za to Rachel polubiłam od samego początku. Na pozór pewna siebie. Ale to raczej w pracy. W życiu bardziej zagubiona, potrzebująca (choć nigdy nie szukająca) miłości, kogoś, kto byłby w stanie się nią zaopiekować. Toczy walkę pomiędzy sercem - które ucieka w kierunku Deksa, a rozumem - który każe być wiernym przyjaciółce. Pokierowana słowami przyjaciela poddaje wątpliwości szczerość wieloletniej relacji z Darcy, ale skłamałabym mówiąc, że to rozwiązuje problem. Poniekąd jeszcze go nasila. 

Część z Was widziała pewnie ekranizację tej powieści, nakręconą w 2011 roku, pod tytułem Pożyczony narzeczony. Ja również widziałam film jakiś czas temu, ale to jeszcze bardziej zachęciło mnie do przeczytania książki. (wiecie już, że ja zawsze robię wszystko na odwrót ;)) 

Moja ocena: 5.5/6

+ zapraszam na fejsbuka. 

A tak poza tym, moi drodzy czytelnicy,
to życzę Wam wszystkiego dobrego na te święta. 
Mnóstwa radości i czasu na czytanie :)

18:14:00

Nina Reichter - Ostatnia spowiedź. Tom II.

Nina Reichter  - Ostatnia spowiedź. Tom II.


Kontynuacja bestsellerowej powieści Niny Reichter. Pełna napięcia, romantyczna opowieść o miłości w szponach show-biznesu. Poznaj tom II cyklu Ostatnia spowiedź.

Świat Ally Hanningan wali się w posadach, gdy miłość jej życia – rockman Bradin Rothfeld zostaje postrzelony i pada na scenę. Ally jest uczestniczką tamtych zdarzeń. Bezsilność i wspomnienia tamtych chwil na zawsze pozostaną jej najgorszym koszmarem.
Bradin jest w ciężkim stanie.
Co więcej, może pożegnać się ze światem sądząc, że dwie najbliższe mu osoby zrobiły mu świństwo. Tylko czy Ally i Tom rzeczywiście są niewinni?
Rozpoczyna się walka o życie rannego Bradina, a jego bliscy, odliczając feralne godziny, będą musieli zmierzyć się z grzechami, które być może nigdy nie zostaną odpuszczone.
Tom poprzysięga sobie, że już nie zbliży się do Ally.
Tylko czy facet, który dotychczas żył bez zasad dotrzyma obietnicy?

Miłość, zazdrość, show-biznes. Ostatnia spowiedź
 Poczuj, jak kocha ten, którego kochają tysiące…




W obliczu pięknych historii ciężko składa się słowa do kupy. Znów, tak jak przy pierwszym tomie (link do recenzji), potrzebowałam czasu na przemyślenia, żeby móc opowiedzieć Wam o tym, jakie Ostatnia Spowiedź wywarła na mnie wrażenie. Przeogromne, tak jak poprzednio, choć skłamałabym mówiąc, że identyczne.

Zakładam, że czytaliście pierwszy tom, więc wiecie jak się skończył. Tutaj mamy kontynuację. Bradin walczy o życie w szpitalu, Ally zalana łzami siedzi przed salą operacyjną, wspierając się na ramieniu Toma, następnie nie odstępuję łóżka ukochanego na krok. Mamy tutaj idealne potwierdzenie tego, że skarb docenia się po stracie. Chociaż, nie, tfu. Tutaj chodzi bardziej o to, że kiedy stajesz oko w oko z tragedią i zdajesz sobie sprawę z tego, jak wiele masz do stracenia – zauważasz, jak wiele szczęścia ci to daje. Tak więc All uświadamia sobie, że na walkę z uczuciami, które bała się do siebie dopuścić jest już za późno. Zakochała się.

Bradin walczy o życie, jego brat zaś bije się z myślami. W głowie huczą mu słowa Czarnego i bezpodstawne oskarżenia, którymi zasztyletował go po postrzale, na chwilę przed utratą świadomości. A co najgorsze… zaczyna zastanawiać się, czy te oskarżenia aby na pewno były bezpodstawne.

Nie wiem, co mogę Wam więcej powiedzieć, żeby nie zdradzać treści. A wierzcie mi, że nie chciałabym jej ujawniać, choć mogłabym o niej rozmawiać godzinami. Zachęcam Was jednak, żebyście same zdecydowały się na spędzenie z Ostatnią Spowiedzią kilku godzin, bo zdecydowanie warto.

W recenzji pierwszego tomu wspomniałam Wam o tym, że znam tę historię jeszcze z czasów zanim Nina Reichter podpisała umowę o druk. Kiedy zaczęłam czytać wydawało mi się, że mogłabym napisać tę recenzję nie sięgając po papierowe wydanie tej książki, bo… przecież tak dokładnie ją pamiętam. A dziś uśmiecham się pod nosem kręcąc głową, bo to, co jeszcze pięć dni temu wydawało mi się tak oczywiste, dziś znów wywołuje miliony emocji i sprawia, że zaczynam wierzyć. Naprawdę. Do dziś nie rozumiem fenomenu książek Sparksa, który choć miłość opisuje piękną – to równie piękną jak i oczywistą i czytając jedno zdanie można domyślić się, o czym mówi kolejne. Tutaj tego nie ma. Tutaj każdy rozdział znów jest dla mnie tak samo zaskakujący jak za pierwszym razem, a kiedy do słów dopuszczę jeszcze podsuwane przed podświadomość obrazy – rozpływam się raz po raz od nowa.

Podobnie jak w pierwszym tomie mamy tutaj soundtracki, dzięki którym wyobrażenie opisanych scen jest nie tylko prostsze, ale i piękniejsze niż byłoby w momencie, gdybyśmy muzykę dobrali sami. Mamy język, którym autorka przyciąga już nie dziesiątki, ale setki czy nawet tysiące czytelników. I postaci, w których naprawdę nie sposób się nie zakochać – choć to nie tak, że lubi się wszystkich. Bo można ich zarówno kochać, jak i nienawidzić.

Jeśli przy bohaterach jesteśmy to muszę wspomnieć o przemianie, która zaszła w Ally. Myślę, że tutaj mogłabym wpasować stwierdzenie, że co nas nie zabije to nas wzmocni, bo ta cicha i niepewna All, którą poznaliśmy w pierwszym tomie, po zawirowaniach jakich doświadczyła jest dziś nie tylko dorosłą (bo pokuszę się o stwierdzenie, że wydoroślała), ale też pewniejszą siebie i tego, co robi kobietą.

" - Boję się.
- Bo? 
- Boję się odetchnąć, bo wtedy zachłysnę się szczęściem... 
A już raz ktoś próbował odebrać mi powietrze... " *

Bradin wciąż jest zakochany miłością bezsprzeczną i niepodważalną, wciąż jest zdolny do poświęceń i… wciąż burzy nasze przekonania o tym, że mężczyźni, którymi się otaczamy są warci uwagi. Aczkolwiek, kobiety, pamiętajmy, że ci na pozór nieidealni również mogą być cudowni i kochajmy tych, którzy nas kochają, zamiast szukać w świecie drugiego Czarnego. ;)

" A może ja chciałbym usłyszeć te wszystkie pytania, nie pomyślałaś o tym?
Może chciałbym na nie odpowiedzieć... " *

No i Tom… mój kochany, idealny, wspaniały Tom… Słodziłam o nim przy poprzedniej części i tutaj też mogłabym się rozckliwiać nad jego wspaniałością, ale zamiast tego powiem Wam tylko tyle, że o ile kochałam go w tamtej części – w tej oszalałam na jego punkcie jeszcze bardziej, choć zdawało mi się to niemożliwe.

" Bo choćbyś nie wiem, jak mocno próbował trzymać ją w swoich ramionach, 
przecież czujesz, że nie należy do Ciebie. " *

A to oczywiście nie koniec, bo poza bohaterami, których już znamy – mamy kilka nowych postaci. Przede wszystkim siejącą zamęt Violet, której choć z początku chyba nikt nie lubi, z czasem chyba każdy widzi w niej coś więcej niż natarczywą, byłą dziewczynę Bradina. Wielki plus za tę postać, bo jest naprawdę przemyślana i intrygująca.

" Teraz wiem, że wszystko, co kiedykolwiek napisano o miłości, jest prawdą. 
(...)
Chyba myślę o miłości więcej, niż powinnam.
Jestem pod wrażeniem jej mocy wpływania na nasze życie. " *

Płakałam rzewnymi łzami, by za chwilę się uśmiechnąć.
Śmiałam się, by za chwilę popaść w głęboką zadumę.
Nieczęsto zdarza mi się trafiać na książki, które wywołują we mnie tyle emocji.
Ostatnia Spowiedź wciąż jest moim numerem jeden wśród nowości wydawniczych i… mamy sierpień, a ja już okrzykuję ją książką 2013. (a nóż coś jeszcze mnie zadziwi, ale póki co…)

* "Ostatnia Spowiedź tom II" Nina Reichter

PS. Jestem świadoma tego, jak wielką szczęściarą jestem, że udało mi się zdobyć książkę już w poniedziałek, bo wiem, że tak jak przy pierwszym tomie, tak i tutaj jest problem z dostępnością. Niech Was to jednak nie zraża – warto poszukać (odsyłam na fanpage na facebooku, gdzie Tomek-administrator wrzuca nowinki na ten temat :) i poczekać na dostawę.

Moja ocena: Kolejne siedem, na sześć możliwych. :)

16:54:00

Richard Paul Evans - Podarunek.

Richard Paul Evans - Podarunek.


NIE MA TAKIEGO CIERPIENIA,
KTÓREGO MIŁOŚĆ NIE BYŁABY
W STANIE ULECZYĆ.

Natan Hurst, cierpiący na syndrom Tourette'a pracownik działu ochrony sieci sklepów muzyczny, nienawidzi świąt Bożego Narodzenia. Choinka i prezenty od lat przypominają jedynie o tragicznych wydarzeniach, które zniszczyły mu dzieciństwo. Kolejną zbliżającą się Gwiazdkę spędziłby zapewne samotnie, gdyby nie zamieć śnieżna, odwołany przedświąteczny lot i przypadkowe spotkanie z młodą kobietą i jej dziećmi... 
Podarunek o również historia niezwykłego chłopca, który zmienił życie bliskich mu osób, pomagając im zrozumieć siebie i świat. To lektura pełna ciepła, zrozumienia i nadziei. 







Sceptycznie podchodzę do tego typu opisów. Zawsze wydaje mi się, że reklamowanie książki poprzez zapewnienia o przedstawionym w nim cieple i nadziei to tani chwyt marketingowy, który ma przyciągnąć zagubionych i nieszczęśliwych czytelników. I pewnie działa, biorąc pod uwagę zainteresowanie tego typu książkami, a ja tego nie potępiam, bo literatura to literatura, a nie mnie oceniać co kto lubi. No a z drugiej strony ja też sięgam czasem po książki, które nie od razu wbijają się w kategorię: muszę ją przeczytać. I czasem bardzo pozytywnie mnie one zaskakują.

Na Podarunek wpadłam w serwisie Lubimy Czytać, a następnie jako pierwszy zobaczyłam go w bibliotece. Postanowiłam po niego sięgnąć, zaczęłam czytać ponad tydzień temu, ale szczerze mówiąc niezbyt mnie on wciągnął. Do czwartkowego wieczoru, kiedy leżąc w łóżku zrobiłam drugie podejście i... spędziłam pół nocy nie mogąc się oderwać. Aż nagle się skończyła.

Mogłabym opisać tutaj jej treść, przedstawić Wam po kolei wszystkich bohaterów i na końcu dodać, że warto po nią sięgnąć. I przyznaję, że nawet zaczęłam to robić. Ostatecznie skasowałam jednak napisany tekst i doszłam do wniosku, że zamiast skupić się na głównym bohaterze (będącym jednocześnie narratorem) - przedstawię Wam kluczową postać chłopca o imieniu Collin. Jego jednego.

Otóż Collin jest dziewięcioletnim małym mężczyzną, jak zwykła nazywać go mama, który jak na swój wiek przeszedł w życiu stanowczo zbyt wiele. Choruje na białaczkę, cierpi na poważną wadę serca, której nazwy w tej chwili nie pamiętam, ale w praktyce oznacza to, że działa jedynie połowa tego małego, będącego jednocześnie wielkim, serduszka. Collin jest chłopcem, który pewnego wieczoru... umarł i opuścił swoje ciało. Sześć minut później wrócił do niego jednak, zyskując coś więcej niż życie.

Podarunek; rozdział 23.

I właśnie ta podróż do drugiego świata sprawiła, że dziś jest wyjątkowy. Choć nieustanne choruje i wydawać by się mogło, że jego byt na ziemi można określić raczej mianem egzystencji niż życia - w rzeczywistości jest osobą, która korzystając z ostatnich oddechów uczy ludzi w swoim otoczeniu, jak cenny jest każdy kolejny dzień. Niby to nie on jest tutaj głównym bohaterem, ale to jego historia wniosła do powieści najwięcej.

Podarunek to opowieść o naiwnej miłości dwojga dorosłych ludzi (co właściwie jest kwestią sporną, bo względem siebie zachowują się raczej jak dzieci), których połączyło nieszczęście małego chłopca. To faktycznie historia pełna ciepła i nadziei, która zmusza do refleksji i wyciska łzy na ostatnich kartkach. Nie jest to najlepsza książka, jaką przeczytałam w życiu, ale z całą pewnością ślad po niej na długo we mnie zostanie.

Podarunek; rozdział 31.

Moja ocena: 5/6

+ zapraszam do "zwiedzania" zakładek na górze :)

16:14:00

Matthew Quick "Poradnik pozytywnego myślenia"

Matthew Quick "Poradnik pozytywnego myślenia"

Obiecałam Alien, że kiedy tylko przeczytam Poradnik umieszczę tutaj recenzję, aby mogła sobie porównać z filmem. Z racji więc, że skończyłam ją czytać kilka dni temu, jestem. Od razu przepraszam wszystkich za moją nieobecność. No i spóźnione życzenia - żeby ta pogoda w końcu się polepszyła, bo ten piękny styczeń w tym kwietniu nie doprowadza mnie do śmiechu ;)


Poznajcie Pata. Pat ma pewną teorię - jego życie to film, który zakończy się happy endem, czyli powrotem jego byłej żony. Pat musi tylko spełnić kilka warunków: robić codziennie setki brzuszków, czytać więcej książek, ćwiczyć bycie miłym i dwa razy dziennie łykać kolorowe pastylki. Niestety nic nie układa się tak, jak powinno. Na domiar złego za Patem łazi piękna, choć równie zwariowana jak on Tiffany, prześladuje go piosenka Kenny'ego G, a nowy terapeuta sugeruje zdradę jako formę terapii!





Powiedzenie czegoś na temat tej książki nie jest takie łatwe, jak mogłoby się wydawać. Z jednej strony mamy książkę pisaną lekkim językiem, nad czytaniem której nie musimy jakoś specjalnie używać szarych komórek, a z drugiej... No właśnie. 

Pat ma trzydzieści pięć lat, z czego cztery lata spędza w Złym Miejscu, czyli szpitalu psychiatrycznym. Poznajemy go w momencie, gdy opuszcza szpital. Jego mama zdobywa nakaz sądowy, dzięki któremu może wrócić do domu.  Aby jednak został wypuszczony, musi obiecać, że będzie się dobrze sprawował oraz będzie uczęszczał na obowiązkowe sesje terapeutyczne. Jak się później okazuje, jego głównym celem okazuje się życie tak, by nie musieć tam wracać. Skrupulatnie pilnuje więc jedzenia pastylek o odpowiednich porach, jak i hamowaniu swoich emocji, by nikt nie chciał się go pozbyć. Nie pamięta okresu sprzed Złego Miejsca, co więcej - wszyscy zachowują się tak, jakby nic się wcześniej nie wydarzyło, ponoć dla jego dobra. Wiadomo jednak, że kłamstwo ma krótkie nogi i prędzej czy później wyjdzie na jaw...

Przez większość czasu Pat rozczula się nad swoją żoną, która - z niewiadomych mu przyczyn - od niego odeszła i nie może się nawet z nią skontaktować. Przyznaje sam przed sobą, że nie był dobrym mężem, jednak teraz robi wszystko, żeby się poprawić, jakby miało to wrócić mu poprzednie życie sprzed Złego Miejsca. Wszystko okazuje się jednak bardziej skomplikowane. Oczywiście Pat mógł liczyć na rodzinę - nie licząc swojego despotycznego ojca, który głównie przesiaduje w swoim gabinecie, albo ogląda mecze Orłów, jednocześnie unikając kontaktów ze swoim synem, którego, można by powiedzieć - się wstydzi. 

Okazuje się, że w ciągu tych czterech lat (właściwie autor nie od razu przyznaje, ile lat trwała nieobecność Pata, więc musimy sie tego domyślać) w rodzinie Pata wiele się dzieje - brat się żeni (i też nie od razu mówi mu o tej nowej żonie), najlepszy przyjaciel zostaje ojcem. Główny bohater jednocześnie ma za złe bliskim, że zatajają za nim prawdę, z drugiej zaś dziękuje im za to, że tak się o niego troszczą. W jego życiu, za sprawą przyjaciela z czas licealnych, pojawia się Tiffany - kobieta, która straciła swojego męża. Podobnie jak on przeżyła załamanie psychiczne, jednak - w przeciwieństwie do niego - pamięta to, co było przyczyną. Na początku jej obecność go denerwuje - chciałby pobyć sam, nie zna jej intencji. Jak się okazuje, Tiffany ma wobec niego pewne plany, wobec których Pat nie może zostać obojętny. 

Mamy jeszcze Cliffa - jego nowego terapeutę, który w pewnym momencie terapii sugeruje mu, że rzekoma „zdrada” Nikki mogła by mu pomóc. Mimo wszystko mężczyzna utrzymuje z nim dobry kontakt. Gdy jeszcze okazuje się, że Cliff - podobnie jak on i jego rodzina - kibicuje Orłom wydaje się, że wszystko jest na dobrej drodze.  Wiemy jednak z życia, że nie zawsze wszystko idzie po naszej myśli nawet wtedy, gdy mamy dobre intencje. 

Nie chcę mówić więcej, bo mogę przypadkowo zdradzić za dużo, a tego nie chcemy. Książka jest bardzo przyjemna, choć momentami Pat i jego słowotok doprowadzał mnie do szewskiej pasji. Niejednokrotnie zachowywał się jak kilkulatek, zadawał sobie banalne pytania i - mimo wszystko - naprawdę zachowywał się jak psychicznie chory. Jednak pewna magia ukryta gdzieś między wersami sprawiała, że nie mogłam się od niej oderwać. Utrzymana w pozytywnej tonacji (wszak Pat chce uszczęśliwiać wszystkich wokół) w sam raz nadaje się na wiosenne, a jednak nadal zimowe wieczory. Każdemu, kto zastanawiał się nad tym, by po nią sięgnąć - polecam. 

Moja ocena: 5/6