Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura współczesna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura współczesna. Pokaż wszystkie posty

08:25:00

Michalina Grzesiak - Krysia. Mała książka wielkich spraw

Michalina Grzesiak - Krysia. Mała książka wielkich spraw


Pisałam niedawno o pierwszej książce Michaśki, gdzie wstęp był do mojej miłości do tej osoby, więc nie będę się powtarzać, ale zostawię link - Krystyno, nie denerwuj matki.


To nie jest przewodnik, który poprowadzi was przez gąszcz rodzicielskich wyzwań. Z tej książki niczego się nie nauczycie. Nie znajdziecie tu żadnego tutorialu, który odwiedzie was od popełniania błędów. No serio, to nie tu. Tu notorycznie coś się paprze.
Ta książka pokazuje świat oczami dziecka, a widzenie i rozumienie u pięciolatki to jakby wyższy stopień wtajemniczenia. To jest sztuka. Tak nie oceniać, nie kategoryzować i nie nienawidzić.
Jest w nas, dorosłych, poczucie, że mamy niekontrolowaną władzę nad młodszymi. Przeświadczenie, że wolno nam przelewać w ich głowy dokonania i porażki, wiary i niewierności, chęci i niechęci, lubienia i nielubienia.
Niepopsuty człowiek, kiedy tylko dopuścisz go do głosu, opowie ci o pomaganiu nieznajomemu na dziale z lizakami i tęsknocie za „umarniętą” mamą, chociaż mama jeszcze nigdzie się nie wybiera. Przekona świat, że chłopcy mogą malować paznokcie na czerwono i zakładać sukienki z tiulem. Wskaże też palcem najsubtelniejsze sposoby wyznawania miłości każdemu, kto tylko zechce go posłuchać.
Posłuchajcie Krysi.
„Szczęśliwe dzieci, które mogą być Krysiami i szczęśliwi dorośli, którzy z Krysi nie wyrośli. To wielka sztuka – zachować w sobie trochę dziecka. Nie myśleć kolorami skóry, konwenansami, opiniami innych, nie patrzeć na płeć. Wiedzieć, chociaż przez chwilę, co jest w życiu ważne. Znów zedrzeć buty, farbować włosy bibułą, gadać z mamą o przedszkolnych dramatach, a potem zasypiać w samochodowym foteliku.
Ta książka uczy słuchać uważniej, myśleć prościej, dostrzegać więcej. Ta książka budzi w czytelniku dziecko, które zasnęło znudzone dorosłością.”
Anna Ciarkowska



Właściwie moja chęć przeczytania czegoś więcej niż postów na instagramie zaczęła się od tej pozycji - Krysi. Małej książki wielkich spraw. Zaczęłam jednak od początku, od tego, jak Michaśka poznała Grzesia, skąd się wzięła Krystyna i Jurek, dlaczego kredyt hipoteczny, a nawet dwa, i dlaczego ta Łódź, skoro ja od zawsze mieszkam o krok, a od zawsze nienawidzę.



Krysia, w skrócie nazywając, to jednak zupełnie coś innego. Michalina, o czym wspomniałam ostatnio, jest osobą szczerą do bólu i prawdziwą na wszerz. I właśnie dlatego, patrząc na całą ich rodzinę, chciałam zobaczyć ją jako mamę, bardziej od strony "dla dzieci", z tym dystansem i miłością. Wcześniej widziałam cytaty - prawdziwe na wskroś.


Dzieci zaczynają od zera, od pustych kartek. Są nowe, jak świece z całym knotem i chleb, z którego nikt nie odkroił nawet piętki. Gdybyśmy pozwolili im biec własnym torem, swobodnie, w tempie dla nich najwygodniejszym, niemęczącym wcale, być może udałoby nam się oddalić od niezgód i uciec od smutku. Postanowienie na zawsze - nie psuć niewinności. Uczyć tolerancji, kiedy ich chłonne głowy, jeszcze nieusztywnione schematami myślenia, mają szansę zwiać uprzedzeniom.


Wiecie, ja lubię tematykę dziecięcą, choć do bycia mamą mam drogę jeszcze daleką. Mimo wszystko, z tego co zauważyłam, po Krysię sięgają kobiety na każdym etapie ich życia, niekoniecznie mamy i niekoniecznie te, które są od bycia mamą o krok.


Ta książka nie radzi, nie wyznacza drogi i niczego nie ułatwia. Ta książka jest o moim własnym, niepopsutym człowieku, którego jeszcze nie pożarła rzeczywistość, a którego słuchanie uczy mnie więcej niż przeczytanie milionów książek.


A z drugiej strony to przecież nie jest poradnik wychowawczy. A przynajmniej nie miał być. Choć w mojej ocenie wszystko, co prawdziwe, wszystko, co o życiu i wszystko, co uczy miłości, może być poradnikiem. Choćby nie wychowawczym, to takim... do życia.



Źródło zdjęć: instagram

08:29:00

Anna Carey - Eve

Anna Carey - Eve


Jak pewnie na przestrzeni lat zdążyliście się już zorientować, nie pałam wielką miłością do fantastyki. A z drugiej strony, lubię od czasu do czasu sięgnąć po coś, co zupełnie nie wpasowuje się w klimat książek, po które najczęściej sięgam. Szczerze mówiąc, Eve wpadła w moje ręce zupełnie przypadkiem i pomyślałam sobie, że skoro już ją mam, to przeczytam i... przyznaję, na krótką chwilę przepadłam.

Dokąd uciekniesz, skoro nigdzie nie jest bezpiecznie?
Szesnaście lat temu zabójczy wirus zmiótł z powierzchni Ziemi niemal wszystkich jej mieszkańców. Świat stał się miejscem śmiertelnie niebezpiecznym.
Osiemnastoletnia Eve nigdy nie wyszła za pilnie strzeżony teren zamkniętej szkoły. Szkoły, w której nie ma mężczyzn ani chłopców. Gdzie ona i dwieście innych dziewcząt przygotowuje się do roli elity Nowej Ameryki.
Ale w przeddzień ukończenia szkoły, Eve odkrywa szokującą prawdę o prawdziwym celu tej nauki – i o przerażającym losie, jaki czeka ją samą.

Eve to jedno z dzieci uratowanych przed samotnością. Gdy zakażeni wirusem dorośli masowo umierali, dzieci zabrano do szkół - by ocalić, wychować w poczuciu wspólnoty, wykształcić i obronić. Przed płcią przeciwną, wykorzystującą i śmiertelnie niebezpieczną. Nie znając niczego poza murami szkoły nie wyobrażała sobie nawet, że życie może wyglądać z goła inaczej. Aż pewnego dnia...

Nie sądziłam, że Eve do mnie przemówi. To dość krótka, szybko czytającą się (celowo używam tego sformułowania, bo miałam wrażenie, że czyta się ona sama) historia postapokaliptycznego świata, w którym nic, co wydawało się znane i bezpieczne, w rzeczywistości nie prowadzi do ocalenia i obiecywanej przez lata utopii.

Jest w tej książce trochę niedociągnięć, kilka zbyt rozwlecznych wątków, które ostatecznie nie znalazły kontynuacji, ale - co bardzo mnie zaskoczyło - to jedna z niewielu pozycji, w której mając pewność jak się skończy... koniec był zgoła inny. Odłożyłam ją na półkę pewnej nocy i przeszłam do poszukiwań kolejnej części przekonana, że to zakończenie w rzeczywistości nie może być końcem - i faktycznie nim nie jest. Ale patrząc na tę historię z pewnej perspektywy (czasu i kolejnej przeczytanej pozycji), nie jestem już taka pewna, czy chciałabym do Eve wrócić.

Niemniej - polecam na wieczór, z którym nie do końca wiadomo co zrobić. ;-)

08:09:00

Michalina Grzesiak - Krystyno, nie denerwuj matki

Michalina Grzesiak - Krystyno, nie denerwuj matki


Kto bywa na instagramie i nie zna Michaliny, popełnia w moim mniemaniu zbrodnię stulecia. Krystyno, nie denerwuj matki to zarówno tytuł książki, o której przyszłam dziś pogadać, jak również nazwa profilu, który jako jeden z niewielu, naprawdę obserwuję, z każdą nowinką. I mówiłam to samej Michalinie, marzę o winie z nią, zwłaszcza że poza poczuciem humoru łączy nas jeszcze jedno - Łódź.



Kto by pomyślał, że odebrany odruchowo nad talerzem parujących klusek telefon zmieni moje życie o 180 stopni.
Że wyląduję w mieszkaniu wielkości komórki pod schodami, zacznę systematyczną walkę z charczącym kiblem i tetrisem gratów uzbieranych w ciągu dwóch lat zmian, upychanych skrupulatnie w wolne dziury dwudziestu siedmiu metrów łódzkiej kawalerki. Kto by przypuszczał, że w końcu rzucę wszystkim w pizdu, zaciągnę drugi hipoteczny i wyniosę się na przedmieścia już nie sama, a z rodziną w pełnym znaczeniu tego słowa.
Nie ja. Ja się nie spodziewałam.
Ta książka to zapis ewolucji kobiety. O tym, jak Pikachu zmienił się w Raichu. O tym, jak karmiłam się dystansem do siebie, oczekiwań i odbioru rzeczywistości, żeby nikogo nie zabić, nikogo nie zabić i przypadkiem, gdybym się kiedyś zapomniała – nikogo nie zabić. O tym, jak się kocha, nawet kiedy się wątpi, i o tym, jak mężczyźni wierzą w depilację bikini pęsetą. O wszystkim. Serio.


Generalnie, Michalinę uwielbiam. Za bezpośredniość, za otwartość i za poczucie na instagramie, że jesteś na kawie czy winie i gadasz z kumpelą o życiu, o nie życiu, o - jakby to Miśka powiedziała - o dupie Maryny. Swoją drogą, szczególnie lubię to ostatnie.


Przechodząc się po salonach, uwalniałam się powoli od ciasnego stanika i pijących w brzuch spodni. Przebrałam się w wygodne, poplamione dresy, opatuliłam polarowym kocem i zaczęłam żyć tak, jak kochałam najbardziej: wolna od „muszę”, „masz” i „teraz!”.


Krystyno, nie denerwuj matki to historia trochę Michaliny, trochę Grześka, trochę Krystyny i Jurka (dzieci). Gdybym kiedyś powiedziała, że instagram to wszystko, to książki są jeszcze lepsze!

Przy okazji Kulturowego podsumowania lata 2019 pisałam recenzję ebooka zakupionego w ramach Wielkiej Orkiestry, którego rok temu trochę z braku laku czytałam na wakacjach. Kit nie zawsze jest dobry. Wtedy była mowa o Nicole Sochacki-Wójcickiej i pokusiłam się o stwierdzenie: książka niech będzie książką (...) umówmy się, że pisanie na instagramie to nie literatura. A okładki warto zostawić jednak dla czegoś, co przyjemnie trzyma się w ręku. I o ile o #instaserialu zdania nie zmieniłam (i niech mnie ręka boska broni, żeby to się stało), o tyle Michaliny nie będę nawet zestawiać z tamtą grafomanią.

Krystyno, nie denerwuj matki to rozmowa z koleżanką. To już mówiłam, nie? Lubię te wszystkie bezbożnice na k., wyrazy niezadowolenia na ch. i zachwyty na zaje., które wciąż z niezrozumiałej dla mnie przyczyny nie są bluźnierstwami.



Nie wiem czy to jest autobiografia. Powiedziałabym raczej, że opowieść o sobie wysnuta z kieliszka wina w domu pełnym miłości. Michalina jest osobą, która tworzy dom pełen prawdziwości i jest szczera do bólu we wszystkim co w życiu miłe i wszystkim tym, co naprawdę miłe nie jest. Do tego ma serce na dłoni, otwartość godną podziwu i choć nie zawsze i nie we wszystkim się z nią zgadzam, a niekiedy nawet jej poglądy idą zupełnie na przekór moim, w sprawach fundamentalnych, to daję jej do tego prawo, jak każdemu, kto nie wtyka mi siłą swoich racji. Powtarzam to kolejny raz, nie oceniam życia, ale oceniam to, co trzymam w ręku i to, jak się przy tym czuję. A dzisiaj sobie myślę, że żałuję, że trafiłam na Krystyno... tak późno, a do książki jeszcze później.


Będzie też część druga Michaliny, bo jestem po obu tych lekturach - Krysia. Mała książka wielkich spraw. Już niebawem :)


Źródło zdjęć: instagram

08:47:00

Tyson Fury - Bez maski. Autobiografia.

Byłam tu kilka razy w temacie autobiografii i... wiecie, że za nimi nie przepadam. Z różnych względów. Przede wszystkim dlatego, że czytanie miliona nazwisk w moim przypadku zdaje się na nic, kiedy po kilkunastu latach oglądania M jak miłość nawet tam nie zapamiętuje bohaterów. W przypadku Tysona różnica jest taka, że te nazwiska - dla odmiany - znam, przynajmniej częściowo. 


Szczera, zaskakująca i szokująca historia jednego z najlepszych pięściarzy świata!
Przyszedł na świat, ważąc ledwie 450 gramów. Lekarze dawali mu jeden procent szans na przeżycie. 14 lat później mierzył już niemal dwa metry, a rywale uciekali, gdy tylko zobaczyli go na ważeniu. Kiedy zdobył tytuł mistrza świata wydawało się, że osiągnął swój wymarzony cel. Nie miał pojęcia, że dopiero teraz zmierzy się z najtrudniejszym przeciwnikiem.
Depresja, a wraz z nią kolejne omeny: alkohol, narkotyki i myśli samobójcze. Był „Królem Cyganów”, który sensacyjnie położył kres erze braci Kliczko, a w kilka miesięcy stał się 180-kilogramowym wrakiem człowieka. Był o krok od skończenia ze sobą, ale również z tej walki wyszedł zwycięsko.
W tej szokującej autobiografii Tyson Fury opowiada, jak tego dokonał. Ale nie tylko. Zdradza, co działo się w szatni przed i po walce z Wilderem, kto próbował go przekręcić podczas turnieju w Polsce i jak to możliwe, że pojedynek z Kliczką rozegrał się tak naprawdę w saunie. Najlepszy bokser naszych czasów zrzuca swoją maskę. Sprawdź, co się pod nią kryje!


Z tymi nazwiskami chodzi mi przede wszystkim o to, że o ile na początku "upchano" w tę książkę historię rodziny Tysona, o tyle rozumiem ideę - facet przecież opowiada o sobie. Rzecz w tym, że odnoszę wrażenie, że nie spotkałam w tej książce miliona nazwisk, których nie znam, a odniesienie do ludzi, których spotkał w życiu jest opowieścią o nim i jego karierze, a nie opowiadaniem o kolegach, których pamięta ze szkoły. Dobra, może nie umiem tego napisać, ale wierzę, że wiecie co mam na myśli.

Utrzymuję to, że nikt nie dał mi prawa do oceniania czyjegoś życia, więc o nim opowiadać nie będę. Pozostawię Wam to, co daje opis, a powiem raczej o odbiorze.

Tyson to facet, który pisząc tę książkę wszedł na pewien etap w swoim życiu, który wielu nazwało katharsis. Opowiedział szczerze o sobie, o drodze do sławy i o tym, jak niewiele znaczą te materialne rzeczy, kiedy człowiek ma z samym sobą problem. Pierwszy rozdział zderzył mnie z rzeczywistością. Zamiast opowieści iście sportowych, o ciężkiej pracy i hektolitrach potu wylanych na sali treningowej czy ringu, zaczął "z grubej rury" o depresji i tym, jak bardzo nie radził sobie z życiem, będąc na sportowym świeczniku.

Depresja w naszym społeczeństwie wciąż jest czymś, o czym wiemy, ale nie chcemy mówić. Ile by nie pisać, ile nie uświadamiać, ile nie przekonywać, że to nic złego, a choroba, z którą nie jesteśmy w stanie poradzić sobie sami i nie da się tego "przeczekać"... Wciąż jesteśmy w ułomnym momencie, kiedy w większości, zwłaszcza w opowieściach o "wielkich ludziach", zamykamy oczy, zatykamy uszy, bo to przecież niemożliwe. A jednak możliwe i, a jednak, się zdarza. Zakładam, że dużo częściej niż jesteśmy w stanie sobie wyobrazić.

Nie chcę zostać źle odebrana, ale jak na autobiografię faceta, który z pisaniem ma wspólnego równie dużo co ja z boksem, odbiór tej książki mnie zaskoczył. Nie wiem, kiedy minął czas przy niej spędzony i nie wiem dlaczego tak szybko się skończyła. Ale jest to opowieść mocna i motywująca. Za to właśnie lubię ten "świat sportu". Tu nikt nie kłamie, że jest lekko i przyjemnie. Tu szczerze padają słowa o tym, jak wiele razy... padało się na pysk.

20:08:00

Nora Roberts - Beztroski książę

Zabierałam się kilka lat temu za twórczość Nory Robert, ale raczej z marnym skutkiem. Tym razem, skuszona obyczajówką, której bardzo dawno nie czytałam, sięgnęłam po Beztroskiego księcia.

Książę Bennett de Cordina prowadzi barwne i bogate życie towarzyskie, nieustannie trafia na pierwsze strony gazet. Jest wytrawnym kolekcjonerem niewieścich serc – jego czarowi ulegają bez wyjątku wszystkie kobiety. Miłosne podboje traktuje niefrasobliwie, dla niego to tylko pasjonująca gra. Aż do dnia, w którym spotyka elegancką i tajemniczą lady Hannah Rothchild. Jej niedostępność potęguje zainteresowanie Bennetta…

Z początku podchodziłam do niej z dystansem. W dalszym ciągu walczę z awersją do polskich autorów, ale tę historie znacie dobrze (bo znacie, prawda?), niemniej są także obce nazwiska, które niekoniecznie do mnie przemawiają. O dziwo, choć czytaniem - co też już kiedyś mówiłam - zaraziła mnie mama, na ogół nie podchodzą mi książki, po które ona sięga najczęściej. I tak oto ani Danielle Steel ani Nora Robert, ale... 

Beztroski książę to propozycja zarówno dla mamy, jak również córki. Pierwsze wrażenie to, rzecz jasna, okładka, mnie przypominająca te sceny z kuchni, kiedy mama wstawała wcześniej, żeby poczytać. Drugie wrażenie, choć może bardzo mylne, to historia klasyków, Rozważniej i romantycznej czy Dumy i uprzedzenia (obie bezsprzecznie uwielbiam!). Nie zjedzcie mnie za to porównanie, to zupełnie inne światy! Ale prawdę mówiąc w tym właśnie momencie już mam ochotę mocno ugryźć się w język, bo cokolwiek chciałabym napisać, zdradzi za dużo z fabuły. 

Okej, spróbujmy jednak. Hannah to młoda kobieta, zupełnie nie w typie Bennetta. Na pozór dystyngowana i skromna, z goła inna od tych, którymi do tej pory interesował się tytułowy Beztroski. A, jak wiemy od pierwszego słowa, było ich wiele. Hannah zjawia się w pałacu, by pomóc ciężarnej Eve. Przynajmniej z pozoru. Otóż ta powściągliwa dziewczyna w rzeczywistości skrywa dużo więcej niż piękną twarz, na co dzień skrytą pod maską "zakonnicy" (porównanie to pada w kontekście jej nijakich sukienek i nazbyt opanowanego sposobu bycia). Może właśnie ta szara myszka, ta inność, przyciąga de Cordina?

Może nie jestem zbyt bystra, a może dawno nie czytałam tego typu literatury, ale miałam lekki problem z osadzeniem tej książki w czasie. Z jednej strony jazdę konną i pałace niczym z wspomnianych wcześniej klasyków, z drugiej szpiegowski wątek - ewidentnie czasy współczesne. Szpiegowski, no właśnie. Lubię przy recenzjach zajrzeć na lubimy czytać, a tam padło: powieść oprócz wątku romantycznego, który nie jest za słodki ma wątek szpiegowski, który nadaje treści pazura. Wydarzenia nie trzymają w napięciu, gdyż autorka bardzo je łagodzi, ale szybko się je poznaje. 

Z początku nie byłam przekonana do autorki, później niekoniecznie do tego "szpiegostwa" z miłością w tle (tak tak, kolejność jak bardziej zachowana!), a ostatecznie bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie dobrze napisana, niezbyt długa, historia, który ani nie wymusza domysłów w rozszyfrowaniu tysiąca spisków, ani też nie mdli nadmiarem miłości. A z racji tego, ze wszelkie twierdzenia o "wytrawnym kolekcjonerze niewieścich serc", jakkolwiek ładnie by to ująć w opisie, przywodzą mi na myśl Greya czy 365 dni, to bardzo pozytywnie odbieram to, że są jeszcze autorki i wydawnictwa, które "dają nam" coś innego, wartego uwagi. Nie zrozumcie mnie źle, ja wiem, że jest ich wiele, ale mnie romansidła ostatnimi czasy naprawdę kojarzą się w ten sposób...

08:50:00

Kulturowe podsumowanie lata.

Kulturowe podsumowanie lata.
Ciężko mi uwierzyć, że minęły cztery miesiące, odkąd byłam tu ostatnio! Mogłabym to, oczywiście, tłumaczyć natłokiem spraw i obowiązków, końcem semestru, sesją, okresem urlopowym... Ale ani nie byłaby to do końca prawda, ani też nie o tłumaczenie chodzi. 

Korzystając z okazji powrotu do wrześniowej rzeczywistości przychodzę do Was z kulturowym podsumowaniem lata - trochę filmów, trochę książek. Ale, bez zbędnego gadania, do rzeczy :). 


Trzy kroki od siebie 

O ile jest to film dla młodzieży, o tyle wiecie już przecież, że lubię kategorię New Adult zarówno w literaturze jak i filmie - od czasu do czasu. Trzy kroki od siebie to wzruszający dramat dwojga nastolaktów, których życie definiuje mukowiscydoza. Po pierwsze uważam, że to obraz pięknej przyjaźni, po drugie - film dla ludzi w różnym wieku pozwalający poznać chorobę, o której niby wszyscy wiemy... a jednak wiemy naprawdę niewiele.


Niedobrani 

Do dziś mam przed oczyma pewną scenę, która skutecznie obrzydziła mi uwielbienie dla facetów z zarostem, ale gdybym miałam o tym filmie powiedzieć w trzech słowach - komedia (nie do końca) romantyczna, jakich wiele, ale na jesienny wieczór całkiem niezła. W końcu jesień rządzi się swoimi prawami, a tu można się było pod nosem uśmiechnąć.


Oszustki 

Rebel Wilson gra w specyficznych filmach specyficzne role. W gruncie rzeczy jest naprawdę fajną aktorką, choć mnie samą słowo "fajna" w pewnym momencie (tego lata, a jakże!) zaczęło uczulać, ale ilekroć myślę o filmie, który z nią widziałam, mam wrażenie, że wszystkie są do siebie podobne. 
Scenariusz Oszustek pozostawia trochę do życzenia, ale to z założenia nie miał być z pewnością film wysokich lotów, więc... całkiem okej.


Imprezowi rodzice

Pamiętam, że ten film widziałam, ale... żeby przypomnieć sobie wrażenia musiałam zobaczyć zwiastun. Cóż, zdecydowanie jest to jeden z gorszych filmów, jaki widziałam w tym roku.



Fighter

Chciałabym powiedzieć: Roznerski, ach, Roznerski. No cóż, naprawdę gościa lubię. Niestety, podobnie jak w poprzednim przypadku, nie do końca zapamiętałam fabułę tej produkcji, choć minęło od jej premiery zdecydowanie mniej czasu. Mam dziś wrażenie, patrząc z dystansu, że to film mający przypominać Do utraty sił (pamiętam, że myślałam o nim podczas seansu), ale zdecydowanie nie wyszło.


Szybcy i wściekli: Hobbs i Shaw

Film jak film, ale nazwanie go dalej Szybcy i wściekli to pomyłka. Z szacunku do tej serii powinni przestać kontynuować ją kilka części temu. I tyle.  


Jeśli chodzi o książki, niestety mam zdecydowanie mniej do powiedzenia. Ponadto wszystko z ostatniego miesiąca, niekoniecznie też wszystko warte uwagi. 

Po pierwsze, Wszystko czego pragnęliśmy Emily Giffin. Zdecydowanie jest to jedna z moich ulubionych autorek, z chęcią sięgam po wszelkie nowości spod jej pióra, więc jak widzę promocję nie mogę przejść obojętnie. 

Nina należy do elity i u boku bogatego męża prowadzi wygodne życie, jakiego zawsze pragnęła. Ich syn Finch właśnie dostał się na wymarzone studia w Princeton. Tom jest samotnym ojcem i pracuje od rana do nocy. Rozpiera go duma, gdy jego córka Lyla dzięki stypendium zaczyna naukę w prywatnym liceum. Dziewczyna usilnie stara się dopasować do obcego jej otoczenia, choć latynoska uroda odziedziczona po matce wcale jej w tym nie pomaga. Światy Niny i Toma zderzają się gwałtownie, gdy w szkole wybucha skandal obyczajowy z udziałem ich dzieci. Pośród piętrzących się kłamstw bohaterowie będą musieli przemyśleć relacje z najbliższymi i odpowiedzieć sobie na ważne pytanie: czego naprawdę pragną? 

Po drugie, #instaserialomiłości Nicole Sochacki-Wójcickiej. Jak zdecydowana większość zakupiłam tę książki przy okazji WOŚP-u. Musiało minąć dużo czasu zanim zaczęłam ją czytać i gdyby nie fakt, że poprzednią na wakacjach zabrała mi koleżanka, pewnie instaserialu bym nie zaczęła... Wciągająca o tyle, że czyta się niewiarygodnie szybko, odrzucająca o tyle, że... Ja wiem, że to historia z instagrama, że wcale nie miała być książką, że to zebrane "do kupy" wpisy dla "oglądaczy zdjęć" w mediach społecznościowych. Nie oceniam tej książki z perspektywy historii, bo wciąż uważam, że życia się nie ocenia, ale - na Boga! - książka niech będzie książką. Znam to powiedzenie, że śpiewać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej, i gro powie, że z pisaniem jest podobnie. Ale umówmy się, że pisanie na instagramie to nie literatura. A okładki warto zostawić jednak dla czegoś, co przyjemnie trzyma się w ręku. Instaserial to dla mnie swego rodzaju wyraz grafomanii. Spędziłam z Nicole dwa wieczory, uśmiałam się, ale - proszę - nigdy więcej. 

I po trzecie, po raz kolejny, Osieckiej i Przybory Listy na wyczerpanym papierze pod redakcją Magdy Umer. Wracam do tej książki i kocham ją nieprzerwanie od lat. Ale... pewnie nie muszę Wam tego tłumaczyć. 


Źródło zdjęć z filmów: grafika google. 

08:52:00

Daria Orlicz - Drapieżcy

Daria Orlicz - Drapieżcy

Cześć!

Skusił mnie opis tej książki, choć - jak wiecie - nie jestem fanką tego typu literatury. Ale że ostatnio moją uwagę przykuwają głównie thrillery (poza powrotem do ciężkiej tematyki psychologii), musiałam spróbować. 

Dziewczyna ze szkarłatnym znamieniem na twarzy mieszkała samotnie w domu pod lasem. Nazywali ją córką czarownicy; prześladowali, wyśmiewali i upokarzali. Tamtej nocy, kiedy dopadło ją trzech zwyrodnialców, nie było nikogo, kto mógłby ją uratować. Jej życie zgasło niespostrzeżenie i nikt nie zauważył, że zniknęła… Czas mijał i napastnicy zaczęli się czuć bezkarnie. Ale ktoś jednak odkrył, co się stało. Ktoś, kto zapalił przed jej domem znicz w kształcie serca. Ktoś, komu jej brakowało. Nieco później w miasteczku zdarzyło się coś, co sprawiło, że bestialska zbrodnia wyszła na jaw, a sprawcy zaczęli panikować, tracąc grunt pod nogami. Tamtej nocy, kiedy wdarli się do jej sypialni i zawlekli ją nad pobliskie jezioro, było ich trzech. Kilka dni później zostało już tylko dwóch. Ale czy dopadnie ich ręka sprawiedliwości? I czy zbrodnia, której ofiarą padła dwudziestokilkuletnia Irena Wilczyńska pociągnie za sobą kolejne dramaty? Co zrobią zdesperowani mordercy wiedząc, że lada moment policja zacznie deptać im po piętach? W ”Drapieżcach” ścieżki bohaterów splatają się w łączącą ich dramatyczne losy wspólną historię, a spirala przemocy nakręca się do ostatnich stron. Nikt nie jest całkowicie bez winy, a każdy może paść ofiarą tych, którzy polują nocą – złych ludzi i ich równie podłych zamiarów.

Szczerze mówiąc, dopiero z innych recenzji dowiedziałam się, że Drapieżcy to trzecia część serii, o której nawet nie słyszałam. Ściśle związane jest to oczywiście z pierwszym zdaniem, które dziś tutaj padło, no ale... 

Piekło jest puste, wszystkie diabły są tutaj

Brutalny gwałt stroniącej od ludzi dziewczyny z domu pod lasem to zbrodnia, która nigdy nie powinnam się wydarzyć. Abstrahując nawet od tragedii, to początek batalii trojga nastolatków, spośród których jeden, wrażliwy - prowadzony przez starszego brata - nie tylko boi się konsekwencji, ale również lęka reakcji na minione wydarzenia. 

Można podejść do tej książki jako kryminały - gwałtu, zabójstwa, tajemniczego znicza na schodach domu, w którym nie odkryto jeszcze zbrodni. A można - jak to zazwyczaj bywa w moim przypadku - spojrzeć na to bardziej psychologicznie i obserwować więcej niż jedną tragedię. Motyw kobiety to tak naprawdę, jak czytałam już w jakiejś recenzji, nawias dla historii o moralnych dylematach, trudnych wyborach między złym a gorszym, wyrzutach sumienia...

W wielu recenzjach spotkałam się z opinią, że Pani Orlicz (swoją drogą czy trzy nazwiska dla jednej autorki to nie za dużo?) wplata w swoje książki zbyt dużo patologii - zachowań i osobowości. Być może... Z całą pewnością w każdym razie nie jest to pozycja dla wszystkich, a na pewno ja musiałam po niej psychicznie odpocząć.



09:37:00

Agata Czykierda-Grabowska - Adam

Agata Czykierda-Grabowska - Adam

Są takie książki, które zapadają się w człowieka.

Adam to jedna z pozycji, którą w tym roku kupiłam pod choinkę. Kupiłam nie sobie, ale zanim jeszcze nowa właścicielka zdążyła wziąć tę powieść w ręce, pochłonęłam ją. Pochłonęłam, bo inaczej nie da się nazwać momentu, w którym sięgasz po niemal czterysta pięćdziesiąt kartek w święta i robisz wszystko, by jak najszybciej skończyć. Choć - co mają do siebie dobre książki - przychodzi moment, w którym za wszelką cenę chcesz opóźnić jej zakończenie... 

Adam nie zaznał w życiu szczęścia. Po trudnym dzieciństwie i tragicznej śmierci matki trafił do domu tymczasowego, żeby doczekać osiemnastych urodzin. Później miał być zdany sam na siebie, sam stawiać czoła swoim lękom, koszmarom i niebezpieczeństwu, od którego nikt nie mógł go uchronić.
Nie spodziewał się, że los postawi na jego drodze dziewczynę o zielonych oczach i wielkim sercu, które czuje zbyt mocno. Nie wiedział, że ona także skrywa bolesną tajemnicę, której dotychczas nikomu nie wyjawiła. Nie mógł przewidzieć, że zrodzi się między nimi miłość – czysta i młodzieńcza, ale też namiętna i obezwładniająca.
Miłość, która uratuje ich na tysiąc różnych sposobów. 

Wiecie nie od dziś, że zatopiłam się w tematyce opieki zastępcze i przemocy w rodzinie wiele lat temu i choć nigdy nie będzie brzmiało to dobrze - zawsze chętnie do niej wracam. Nieustannie przyciąga mnie do tych książek prawdziwość i siła płynącego z nich przekazu, a kiedy Adam wpadł w moje ręce zaledwie na chwilę przed świętami, kupiłam go trochę dla siebie. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że moja mama o tym wie, więc i przed sobą mogę się już przyznać. 


Adam to jeden z tych bohaterów, który zawsze będzie zbitką. Zbitką dwóch gatunków, które w ostatnim czasie czytam naprzemiennie - tajemniczej postaci z powieści new adult i rozbitym dzieckiem z przeszłością, który trafiając do rodziny zastępczej jest zamknięty w sobie i ucieka przed ludźmi. Przynajmniej na początku. I przynajmniej z pozoru. 

I jest Ona. Dziewczynka, która czuła zbyt dużo i zbyt mocno, by móc pewnie stąpać po ziemi. 

Poznali się w domu, który jedynie z pozoru tworzył komukolwiek oazę bezpieczeństwa. Dwoje rozbitków po brzegi wypełnionych samotnością, którzy nie czując niczego prawdziwego, czuli wszystko zbyt mocno. Dwoje nastolatków postawionych pod ścianą w brutalnej dorosłości, którzy w pewnym momencie tylko dzięki sobie stawiali kolejne kroki. Zakochani miłością, która ratowała ich na tysiąc różnych sposobów. 


Wsiąknęłam w tę książkę nie mniej niż ona wsiąknęła we mnie. Zapadłam się w niej, tak jak ona wpoiła się we mnie i chociaż - co zauważam z przykrością - dawno już przestałam czytać tak, jak chciałabym czytać, czuję głód i niedosyt słów, które ukoją wulkan buzujących we mnie emocji.

Adam to historia dziecka, które widziało zbyt wiele, czuło zbyt wiele i które zbyt mocno zapadło się w siebie. Historia chłopaka, który u progu dorosłości poznał rodzinę, która uratowała go przed samym sobą. Historia pełna wzruszeń, nadziei i miłości. Czasem typowo nastoletniej, żarliwej i infantylnej, a z drugiej strony rozumiem, że rozbite dzieci w późniejszej dorosłości są wrażliwsze, inaczej przyjmują relacje. A skłamałabym mówiąc, że chodzi tu tylko o Niego...


22:54:00

Rhiannon Navin - Kolor samotności

Rhiannon Navin - Kolor samotności

Od momentu, kiedy przeczytałam pierwsze zdanie opisu tej książki byłam pewna, że odłożę na rzecz tej pozycji wszystkie inne, choć zalegający na parapecie stosik już dawno skradł bo całkowicie. Parapet, rzecz jasna.

A mimo to bałam się tej książki, głównie z jednego powodu - narracji dziecka, którą łatwiej niż jakąkolwiek inną popsuć choćby jednym, nietrafionym elementem. 

Zach to wrażliwie, pozostawione samo sobie dziecko, które po rodzinnej tragedii stara się poradzić ze swoimi demonami na swój sposób. Niekoniecznie trafiony, ale czego spodziewać się po sześciolatku. Co prawda niejednokrotnie odniosłam wrażenie, że jak na dziecko w tym wieku jest mocno samodzielny, trzeźwo myślący i dojrzalszy niżeli powinien być taki chłopiec. Ale może to kwestia tego, że kiedy rodzice sami nie radzą sobie ze sobą, dziecko w pewnym sensie musi dojrzeć, by zadecydować o sobie, choćby na niewielkiej płaszczyźnie.


Tego dnia sześcioletni Zach powinien był zostać w domu. Do jego szkoły wpadł uzbrojony napastnik i zabił dziewiętnaście osób, w tym Andy’ego, starszego brata Zacha. Dręczony przez koszmary chłopiec nie może liczyć na wsparcie najbliższych. Pogrążeni w żałobie i skupieni na własnym cierpieniu rodzice na ogół zbywają go niecierpliwym: ”nie teraz”. Osamotniony Zach odnajduje sposób na wyjście z traumy. Ucieka w świat wyobraźni - czyta i maluje, co pomaga mu zrozumieć i uporządkować własne uczucia. Odnajduje też sposób, jak pomóc najbliższym i sprawić, by przestali się zasklepiać w cierpieniu. On po prostu chce, by znów było jak kiedyś. 

Po kilkudziesięciu stronach podzieliłam się z Kimś myślą, że to chyba najlepsza książka, jaką wzięłam do ręki w tym roku i choć staram się być w tych osądach - zwłaszcza kiedy chodzi o książki - mocno ostrożna, mogłabym długo dyskutować na temat tego, kiedy ostatni raz spotkałam podobnie wciągającą opowieść osadzoną na gruncie psychologicznym, która nie pochodzi z serii Skrzywdzonych czy Prawdziwych historii. Choć z drugiej strony - łączy je jedynie tematyka, bo sam sposób przedstawienia tej historii jest zupełnie inny, abstrahując nawet od dziecięcej narracji. Kolor samotności to emocjonująca, chwytająca za serce opowieść rodziny, która rozbita po stracie dziecka i brata próbuje ułożyć sobie życie. Albo - może inaczej - uświadomić sobie, że tak naprawdę to życie toczy się dalej, choć zabrakło w nim jakże istotnego elementu, Andy'ego.

Jak to zwykle bywa, nie chcę powiedzieć zbyt wiele, więc po prostu zamilknę. Na koniec jeszcze jedno - uważam, że jest to jedna z tych książek, z którą każdy powinien się zapoznać. Zwłaszcza, jeśli jest lub planuje zostać rodzicem. Choć nie tylko. 

Mocne 6/6. Nie pamiętam, kiedy ostatnio oceniłam tak cokolwiek.


08:20:00

Bożena Kraczkowska - Czubek

Bożena Kraczkowska - Czubek

Mój dotychczasowy brak sympatii do polskich autorów spowodował pewną ignorancję w stosunku do nazwisk autorów nawet „sławnych” pozycji czytelniczych. Przyznaję się do tego, choć pewnie nie uszło Waszej uwadze, że coraz więcej tu recenzji (a co za tym idzie, coraz więcej czytam i oglądam) rodzimych książek i filmów. Wielokrotnie już lata temu mówiłam, że chcę się przekonać, ale ten moment – powiedzmy – przełomowy nastąpił (a właściwie wciąż następuje) dopiero od kilk(nastu) miesięcy. Mniej więcej w tym roku, choć może zaczęło się to w ubiegłym. 

W każdym razie – sięgnęłam po jedną z najnowszych pozycji NovaeRes, Czubka Bożeny Kraczkowskiej. Zupełnie nieświadoma kim jest ta Pani, jak i również nie wiedząc co do tej pory wyszło spod jej pióra (czy to nie jest zbyt archaistyczne określenie? nieważne). Tym samym mocno zaskoczył mnie opis autorki na okładce. 

Bożena Kraczkowska urodziła się w Świdniku k. Lublina. Mieszka i pracuje w Olsztynie. Z wykształcenia jest muzykiem i dziennikarzem. Wieloletnia redaktorka i dziennikarka w Gazecie Olsztyńskiej. Jest autorką wierszy, opowiadań oraz powieści dla dzieci i młodzieży. Fotografuje, komponuje i śpiewa.

Wydała m.in. tomiki poezji Da się żyć (2011), Flamingi (2015), powieść Purpurowe gniazdo (2014) i zbiór opowiadań Mały człowiek z wielkim psem (2014). W 2011 roku nagrała autorską płytę Wystarczy mnie lubić. 

Jej przeboje znalazły się na listach przebojów „Trójki” i RAGA TOP Radia Olsztyn.
Jest autorką tekstów piosenek znajdujących się w repertuarze m.in. Maryli Rodowicz i Cezarego Makiewicza. 

Piosenka z jej tekstem Dziewczyna z granatem w ręce promuje serial TVP Czas honoru – Powstanie, jest także autorką tekstu piosenki Tancerka do serialu TVP Bodo. 

O ile zaciekawił mnie sam opis tej książki, obiecujący opowiadania nieoczywiste, niepokorne i niejednoznaczne, o życiu, śmierci, miłości chcianej i niechcianej, o wolności, uzależnieniach, samotności… Tak czytając jeszcze o samej autorce, byłam jeszcze bardziej głodna treści Czubka. Wydawać by się mogło, że to musiało się udać. 


Otóż to, mogłoby. Się wydawać znaczy. Czubek to faktycznie zbiór historii o tematyce różnorodnej, a jednocześnie zbliżonej do siebie, połączonej niczym innym jak właśnie życiem, ot co. Niemniej jednak od pierwszych stron, pierwszej bohaterki i pierwszych jej zachowań… chciałam tę książkę cisnąć przez okno. Ale, wiecie, jesień jest, zimno już, nie chciało mi się go otwierać. Postanowiłam dać Pani Kraczkowskiej szansę i brnęłam dalej, męcząc się i męcząc. Przepraszam, ale taka prawda!

Jest takie powiedzenie, że jak coś źle się zaczyna, to dobrze się kończy. Albo odwrotnie. Nieistotne. Jest to w każdym razie dość specyficzna opowieść, przy której trzeba zatrzymać się na dłużej. Niekoniecznie ta, przy której można nie myśleć i zwyczajnie odmóżdżyć się po całym dniu czy tygodniu - czyli nie ta na jesienne, depresyjne wieczory. Swoją drogą, czy u Was w tym okresie też najlepiej sprawdzają się lekkie powieści? Problem w tym, że mój nieprzeczytany stosik przybrał już miarę parapetu przy podwójnym oknie i może trzy z tych książek zakwalifikowałabym jako lekkie, pozostałe to czysta psychologia, trudne tematy.

Znów odbiegam od Czubka, niczym ten czubek. W każdym razie chcę powiedzieć, że słowem najlepiej opisującym te opowiadania będą właśnie te z opisu - nieoczywiste, niejednoznaczne. Choć pełno w nich kiepskiej konstrukcji, wątpliwej interpunkcji, składni i chaosu, o które nie podejrzewałabym Pani Kraczkowskiej jako osoby mającej na koncie takie osiągnięcia. A z drugiej strony każda niedoskonałość Czubka składa się na ogólny jego zarys i gdyby wyrzucić z niego to, co mierziło mnie i kuło w oczy - nie byłyby to te same historie. 

Dopływając do brzegu - warto po nią sięgnąć, żeby wyrobić sobie swoje zdanie. Chyba niczego ponad to nie wymyślę, bo szczerze mówiąc to nie jestem dziś pewna czy polecać czy niespecjalnie.

19:13:00

Kirsty Moseley - Chłopak, który wiedział o mnie wszystko

Kirsty Moseley - Chłopak, który wiedział o mnie wszystko

Cóż to jest za książka!

Moje pierwsze spotkanie z Panią Moseley miało miejsce bodajże w ubiegłym roku - zupełnie przypadkiem, z ciekawości, trochę też dlatego, że porównywana z Hoover stanowiła dla mnie ciekawą propozycję powieści młodzieżowej. Jako że tamtym razem błyskawicznie pochłonęłam historie bohaterów, widząc tego Chłopaka... nie mogłam przejść obojętnie. 

Zgodnie z resztą z oczekiwaniami - przepadłam. Rzadko zdarza mi się (zwłaszcza ostatnio) wsiąknąć w książkę w taki sposób, by nie móc się od niej oderwać i nie robić nic ponad przymus wieczorem, by jak najszybciej wrócić do lektury. Swoją drogą bardzo za tym tęsknię. 

Riley Tanner ma najlepszego przyjaciela, takiego przyjaciela, o którym marzy każda dziewczyna. Jest wspierający, lojalny, uczciwy, godny zaufania, dobry i troskliwy. Jest również najlepszym sportowcem w szkole.
Ich relacja była zawsze nieskomplikowana i ciepła, ale po miesięcznych wakacjach Riley, sprawy się skomplikowały. Zaczęła patrzeć na niego w sposób wykraczający poza strefę przyjaźni. Do tego na drodze pojawia się zainteresowany nią rywal jej przyjaciela i sprawy zaczynają wymykać się spod kontroli…

Riley wraca z wakacji, spotyka Claya na parkingu szkoły, w której właśnie rozpoczyna naukę i największym z kłamstw okładkowych jest stwierdzenie, że ich relacja była nieskomplikowana. O ile z początku pomyślałam sobie, że super mieć przyjaciela, któremu można powiedzieć wszystko w tak oczywisty sposób, tak już pierwsze sceny z udziałem tej dwójki sugerują, że niewiele jest... przyjaźni w tej przyjaźni. Ona rzuca mu się na szyję, on robi jej malinki, by "oznaczyć swój teren". Nie trzeba być jednak jasnowidzem, by wiedzieć, że ta dwójka ma się ku sobie. 

O ile z początku wydawało mi się to wszystko słodkie w taki oczywisty, nastoletni sposób, tak bardzo szybko nadmiar tej słodyczy zaczął wywoływać mdłości. Z przykrością stwierdzam, że jest to chyba opinia większości czytelników (sądząc po recenzjach), a szkoda, bo Chłopak, który wiedział o mnie wszystko mógłby być naprawdę wartościową powieścią o miłości, zaufaniu czy sile relacji, gdyby nie to, że przez pierwsze sto pięćdziesiąt stron jest fajnie, przez kolejne mdło przez zasłodzenie, a następnie ta grupa nastolatków (bo jednak są tam inni bohaterowie!) ma bardzo dorosłe problemy, z którymi normalnie ludzie w tym wieku nie muszą się mierzyć ani dawać sobie rady, a jednak Riley i Clay nie tyle stają na wysokości zadania, co bez chwili zastanowienia znajdują rozwiązania w sprawach, z którymi w rzeczywistości nikt by się w taki sposób i w takim czasie nie uporał. Swoją drogą, niby nie chodzi tu tylko o tę dwójkę, ale odłożyłam tę książkę i z pewnością jedynym, co za jakiś czas będę z niej pamiętać, to wzajemne ślinienie się do siebie głównych bohaterów.

Trochę się zawiodłam. Przede wszystkim mocno przerysowanymi wątkami miłości i dojrzałości, która wzięła się z powietrza. Jest to powieść napisana fajnym językiem, ale rozwleczona zbyt mocno i zbyt infantylnie (choć sytuacje w niej opisane wcale takie nie są), by przeczytać ją tak, jak pierwotnie myślałam, że ją przeczytam - z zapartym tchem w ciągu jednej czy dwóch nocy. A naprawdę sądziłam, że tę noc zarwę, żeby się z nimi nie rozstać! Niestety później odłożyłam książkę żeby jakoś tę cukierkowatość przetrawić... Jestem niemal pewna, że gdyby skrócić tę powieść o połowę - byłby to bestseller. A tak, no cóż...

19:42:00

Nina Reichter - LOVE Line

Nina Reichter - LOVE Line

Ach, Nina! 

Przy okazji trylogii Ostatniej Spowiedzi wspomniałam Wam, że mam do tej autorki ogromny sentyment. Od niej de facto zaczęła się moja przygoda z internetowymi opowiadaniami, przez nią swego czasu przepłakałam niejedną noc przed szklanym ekranem i - choć robiłam to na długo przed Spowiedzią - trochę dzięki tamtej właśnie powieści sama zaczęłam pisać (dłuższe formy). Kiedy myślę o tej autorce wciąż mam przed oczami Toma, którego kochałam tak bardzo całą sobą... 

Ale LOVE Line już takie nie jest. OS zawsze pozostanie dla mnie opowiadaniem pełnym emocji i choć gratulowałam Ninie nie raz oprawienia jej w okładkę, dla mnie zawsze pozostanie niedoskonałością publikowaną w sieci co kilka(naście) dni, spędzającą mi sen z powiek (dalej mam na laptopie folder z tamtą muzyką!). Dlatego też sięgając po LL rok (!) temu, ale również wracając do niej dzisiaj, miałam mieszane uczucia. Żeby nie powiedzieć, że ponownie złamane serce... 

Wiem, za dużo w tym wstępie emocji i sentymentów. Wybaczcie mi to, ale gdybym nie powiedziała tego na początku, moje odczucia względem LOVE Line byłyby niepełne. 

Bethany McCallum jest dziennikarką, której przyszło opowiedzieć o środowisku PUA - trenerów podrywu. Matthew jest nikim innym, jak byłym trenerem i pomysłodawcą audycji radiowej chwytającej za serce miliony Amerykanek - w tym, trochę przez przypadek, Beth. Poznali się przypadkiem, dawno temu, a następnie - przez jeszcze większy przypadek - trafili na siebie po latach. A później, przypadkiem... 


Wierzycie w przypadki? Z jednej strony trochę ich tutaj za dużo, z drugiej jednak LOVE Line nie jest schematyczną powieścią romantyczną rozciągniętą na 500 (!) stron, w tym o dwieście pięćdziesiąt za dużo (często mam takie odczucia w przypadku zbyt długich form). Nic z tych rzeczy. Gdyby sięgnąć po LL zaraz po OS da się zauważyć przeskok dojrzałości. To jest trochę tak, jakby na oczach czytelników dojrzał autor. Tworząc powieść już nie tylko dla młodzieży, wypełnioną nie tylko miłością, ale toną psychologii, ambicją i ideałami doroślejszymi niżeli w przypadku poprzedniczki. 

Czytałam tę książkę "na raty" i ilekroć sięgnęłam po nią ponownie utwierdzałam się jedynie w przekonaniu, że charakterystycznym dla autorki jest sposób przedstawienia postaci kobiecych - ich nie da się kochać. Są irytujące, podejmują decyzje, które rodzą pytanie "dlaczego!", ale wbrew pozorom, właśnie dzięki temu, są autentyczne i takie... ludzkie. 

Nie będę opowiadać fabuły, bo uważam, że warto zapoznać się z nią samodzielnie. A piszę o tej książce nie przez przypadek - już 25 października premierę będzie miała druga część LOVE Line, o której obiecuję opowiedzieć Wam wcześniej niżeli za rok :) 

Czytaliście?

08:32:00

Janusz L. Wiśniewski - Zbliżenia

Janusz L. Wiśniewski - Zbliżenia


Tak dawno nie pisałam o książkach!
Prawdziwe historie ludzi, którzy żyjąc w różnych miejscach - w Moskwie czy na Bora-Bora - jednakowo tęsknią za bliskością i marzą o miłości. Opowieści ukazujące wielką prawdę, że szczęście i tęsknota człowieka mają zawsze podobne oblicza - niezależne od szerokości geograficznej, statusu społecznego i koloru skóry.
Zebrane w jednym tomie felietony Janusza L. Wiśniewskiego ukazywały się w miesięczniku "Pani".

Wiśniewski to dla mnie autor na miarę Żulczyka i Coelho. Bynajmniej nie chodzi mi o "jakość" jego książek (wiem, wiem - "poziom" to lepsze słowo), ale bardziej o fakt, że jego cytaty przemawiają do mnie dużo bardziej niżeli pełna treść książek. De facto zachęcona nimi na instagramie postanowiłam dać mu jeszcze jedną szansę i podczas ostatniej wizyty w bibliotece sięgnęłam po dwie pozycje. W tym - po Zbliżenia.


Może jestem ignorantką, może nie doczytałam, a może zapomniałam pomiędzy biblioteką a lekturą - podchodząc do tej pozycji nie byłam jednak świadoma, że to zbiór felietonów. Ale! Przy okazji odkryłam, że to naprawdę ciekawa i zachęcająca forma. Wiem, wiem - teraz już na pewno jestem ignorantką.

Zbliżenia to... zbliżenia relacji ludzi z "różnych światów". Relacji przeróżnych - tych mniej lub bardziej wypełnionych miłością (i różnymi jej formami), przyjaźnią, ciepłem rodzinnym i seksem. Sposób ukazania kobiet w książkach Wiśniewskiego jest o tyle specyficzny, że są one - takie przynajmniej mam wrażenie - dużo wrażliwsze i emocjonalne na każdym kroku niżeli faktycznie jest w rzeczywistości. A może to kwestia tego, że "wyciąga" on w swoich książkach na pierwszy plan te najgłębiej skrywane (niekiedy) emocje?

Zbiór krótkich opowiadań, historii - idealny na wczesnojesienne wieczory z parującą herbatą. Polecam! I lecę czytać Zespoły napięć. 


08:07:00

Krótka historia o miłości według Sparksa

Krótka historia o miłości według Sparksa
  
Sparks, ah!, Sparks - chciałoby się powiedzieć. 

Współczesny pisarz amerykański, którego książki ukazują się dziś w 33 językach. Serca czytelników podbił swoją pierwszą powieścią "Pamiętnik" (1997). Kolejne - "List w butelce" (1998), "Jesienna Miłość" (1999), "Na Ratunek" (2000), "Na Zakręcie" (2001), "Noce w Rodanthe" (2002), "Anioł Stróż" (2003) przez wiele miesięcy nie schodziły ze światowych list bestsellerów. (...) *

Trzydzieści trzy języki niezaprzeczalnie robią wrażenie. Doskonale zdajemy (my - czytelnicy) sobie sprawę z tego, że po powieści tego autora sięgają (głównie) kobiety w naprawdę różnym wieku - od nastolatek po ich prababcie. Sięgają i płaczą, a następnie oglądają ekranizacje i... dalej, tudzież znów, płaczą. 


Wspomniałam nie raz, że o ile lubię filmy na podstawie powieści Sparksa, tak szczerze nie lubię jego książek. Przy okazji jakiegoś komentarza wyznałam też, że może to być spowodowane czasem, jaki trzeba poświęcić, by zapoznać się z daną historią. Jakkolwiek brutalnie to brzmi - film to tylko dwie godziny. Niestety, ale mnie wersje papierowe tych wyciskaczy łez (biorąc pod uwagę te, po której sięgałam) zupełnie nie przekonują. 

Myślę, że to jest tak - spośród jedenastu ekranizacji nie widziałam jednej, ostatniej. Spośród książek sięgnęłam po siedem. Niekiedy przed, niekiedy po, a innym razem bardzo długo po obejrzeniu filmu. O ile możliwe są dla mnie (ba! sprawiają przyjemność) dwie godziny skupienia uwagi wokół schematycznych bohaterów, których charaktery "urozmaicane" są różnymi historiami ciągnącej się za nimi przeszłości, kiedy widząc na ekranie napis "Na podstawie powieści Nicholasa Sparksa" jestem pewna zakończenia - o tyle trochę szkoda mi czasu na czytanie powieści, która zaczyna mnie nudzić po drodze. Nie ujmuję autorowi bynajmniej umiejętności wyrażania myśli i przekazywania emocji. Może jestem po prostu za mało romantyczna? Jakkolwiek by to jednak określić, ciężko jest mi wytłumaczyć tę dziwną zależność pomiędzy - powiedzmy - miłością do filmów i - powiedzmy - znudzeniem do książek. Przecież to te same  historie. Wiem, wiem! To wcale tak nie działa. 


Wydaje mi się, że pierwszym z filmów na podstawie tych powieści z jakim miałam do czynienia wcale nie był Pamiętnik, ale Szkoła uczuć. Cicha osobowość Jamie, niosącej serce na dłoni i dobry charakter Landona, który za bardzo chciał się pokazać, bynajmniej w żaden sposób nie popchnęły mnie do czytania książki za pierwszym, drugim czy piętnastym razem (może przesadziłam, ale niezbyt wiele). Sięgnęłam po Jesienną miłość w ubiegłym roku, zupełnie przez przypadek, kiedy koleżanka przyniosła mi ją mówiąc, że jest warta uwagi. Trochę się boję polecanych książek, ale kiedy stosik przy łóżku nieco się uszczuplił, przyszedł czas i na tę pozycję. I zrobiło mi się trochę przykro, że tak głęboka historia została w rzeczywistości opowiedziana w zupełnie inny, zdawkowy (!) sposób, tak bardzo ujmując jej... charakteru. Tak, to chyba dobre określenie. Zdaję sobie przy tym sprawę z tego, że jeśli - w przeciwieństwie do mnie - nie zaczynacie od końca, czyli od filmów (kiedyś o tym pisałam: o, tutaj) - sposób odbioru może być zgoła inny. No, niestety, mój jest taki. 

Chyba na instagramie wspomniałam niedawno, że Sparks jest jednym z tych autorów, którego albo się kocha, albo nienawidzi. I że tutaj nie ma półśrodków. Myślę sobie teraz, że chyba coś w tym jest. Czytelnicy oceniają jego książki trochę na podstawie poprzednich przeczytanych, ale ilekroć pytam swoją Rodzicielkę jak podobała jej się kolejna mówi przecież, że choćby nie należała do najlepszych nie przestanie szukać. 

Wiecie, prawdę mówiąc, mnie się już nie chce. Odkładałam swego czasu jedną, żeby sięgnąć po kolejną, ale po drodze zdałam sobie sprawę z tego, że czytanie książek nie ma być poszukiwaniem tego, co inni widzą w polecanych powieściach, ale przyjemnością samą w sobie, dla mnie samej. I takim sposobem, kiedy najdzie mnie chęć obejrzenia lekkiego, acz pięknego filmu, szukam ekranizacji. Kiedy szukam niezbyt ciężkiej, ale emocjonalnej książki... omijam nazwisko. I myślę sobie, że pogadać o poglądach zawsze jest fajnie, ale usilnie próbować kogoś (lub samego siebie) przekonać, to już kompletnie bez sensu. I tyle.

* filmweb